Chojnice – w drodze do ostatniego z parków

W ramach urodzin od kilku lat jeździłam co roku na mniejsze lub większe wycieczki. Rok wcześniej zwiedzałyśmy Wiedeń z koleżanką, a zaczynałam chyba od jednodniowej wycieczki po Tczewie. Tym razem mieliśmy tam przesiadkę z Michałem, co wystarczyło, by wróciły wspomnienia.

W mglisty poranek wsiedliśmy w Gdańsku z rowerami i trafiliśmy na innego rowerzystę, który także przesiadał się w Tczewie, bo zmierzał do Czerska, a my do Chojnic. Rozmawialiśmy po trochu przez całą trasę, zastanawiając się, czy nie trafimy na siebie także w drodze powrotnej. Był bardzo sympatyczny 🙂

W Chojnicach uwieczniliśmy siebie i rowery. Podziwiałam budynek dworca z jasnej cegły – niedawno odnowiony, jak dowiedzieliśmy się później. Jego dodatkowym atutem poza cegłą i ciekawą bryłą (szczególnie widoczną z boku) był zegar na wieży. Na skrzyżowaniu ulicy Dworcowej i alei Brzozowych stały dwa stare budynki o ciekawej, złożonej architekturze. Jeden opatrzono napisem „Erbaut 1910”. Tą drugą ulicą jechaliśmy długo, bo dopiero minąwszy kilka przecznic, znaleźliśmy się w Parku Tysiąclecia.

Tam mieliśmy na celowniku kilka obiektów. Przejechaliśmy przez mostek i odbiliśmy lekko w prawo. W ten sposób dotarliśmy do rzeźby Flory. Na tle żywej zieleni w słoneczny dzień wyglądała naprawdę dobrze. I naturalnie, bo wykonano ją z drewna. Objechaliśmy zbiornik wodny i znaleźliśmy się pod zegarem słonecznym. Jak słusznie zauważył Michał, wskazywał godzinę jedenastą czyli działał poprawnie. Na kamieniu nieopodal znajdowała się informacja, że park otrzymał nagrodę marszałka województwa pomorskiego za najlepszą przestrzeń publiczną.

Poprzyglądaliśmy się chwilę łabędziom, po czym poprowadziliśmy rowery dalej. Na ławeczce umieszczono rzeźbę człowieka, który z odległości przypominał w moich oczach lotnika, a okazał się pielęgniarzem. Jarosław Armada był także działaczem społecznym i związał się z klubem Chojniczanka.

Dalej znów natrafiliśmy na obiekt rzeźbiony w drewnie. Zareagowałam z dużym entuzjazmem:

– [Kazimierz] Jagiellończyk. Dzięki niemu mamy koronę w herbie Gdańska. Zrób mi zdjęcie z panem Jagiellończykiem.

Nieco mniej zaciekawiła mnie rzeźba Piotra Dunina, polskiego hetmana. Aczkolwiek wyglądał tak, że mógłby budzić sympatię, a dodatkowo miał zwój, na którym upamiętniono włączenie Chojnic w granice Polski w 1466 roku, co wyjaśniałoby, dlaczego obok był głaz celebrujący powrót do macierzy w pięćsetną rocznicę tegoż.

Natrafiliśmy niedługo potem na głaz z tablicą. Upamiętniała chojniczanina Ottona Weilanda – szkutnika i pioniera żeglarstwa śródlądowego. Na to nazwisko mieliśmy jeszcze trafić później.

Tymczasem kolejny obiekt miał formę kamiennej ławki, na której przysiadł pan w czapeczce. Przedstawiał regionalistę Juliana Rydzkowskiego. Po sfotografowaniu go zrobiliśmy jeszcze rundkę przez park, finalnie chcąc wyjechać w jego północnej części. Na tablicy rozrysowano plan ogrodu botanicznego.

Przed wyjazdem z parku zobaczyliśmy jeszcze bramę z popiersiem Kopernika i kulą ziemską. Za to niestety ławeczka z rzeźbami Jasia i Małgosi była zniszczona. Z figurek dzieci zostały ledwie buciki.

Z parku ruszyliśmy w kierunku Starego Rynku. Od razu uwagę zwracał Ratusz, wkomponowany w jego północną pierzeję. Jednak nim podjechaliśmy bliżej, przypatrzyliśmy się dwóm wystawom plenerowym. Pierwsza dotyczyła prac archeologicznych, sięgających jednak wstecz do czasów II wojny światowej, kiedy Niemcy dokonywali tu masowych egzekucji na Polakach. Drugą poświęcono samemu miastu i pokazano historyczne zdjęcia, pochodzące ze zbiorów konkretnej osoby. Jacek Klajna, dziś już emeryt, zajmuje się lokalną historią, publikuje i działa społecznie w wielu chojnickich strukturach.

Przed Ratuszem stała fontanna, która nie tryskała wodą od pierwszej chwili, ale później zaczęła i doszliśmy do wniosku, że musiała mieć nadany jakiś rytm. Obok umieszczono jeszcze rzeźbę koni. Najciekawsza była jednak zdecydowanie bryła samego Ratusza ze schodkowym szczytem i wkomponowanymi w fasadę płaskorzeźbami. Dodatkowo fajny akcent na rynku stanowiły latarenki. Z kolei zaskoczyła nas liczna grupa młodzieży, która (jakby nie patrzeć w szkolny dzień) rozsiadła się pod restauracyjnymi parasolami i na ławeczkach w najbliższej okolicy. Zerwali się w sumie też niemal wszyscy naraz, więc uznaliśmy, że musieli mieć długą przerwę i że szkoła musiała mieścić się niedaleko, co potwierdziło się później, gdy zasięgnęliśmy języka.

Z rynku wyjechaliśmy koło studni. Nawet korzystał z niej jakiś mężczyzna. Tymczasem dach nad studnią opanowało stadko gołębi. A my ruszyliśmy każde na swoich dwóch kółkach w kierunku Bramy Człuchowskiej. W jej murach mieściło się Muzeum Historyczno-Etnograficzne. Aby je zwiedzić, musieliśmy podpiąć rowery na stojakach nieopodal, ale weszłam także podpytać, czy będzie gdzie przechować sakwy. Panie były przemiłe, wskazały stosowne miejsce, więc po oporządzeniu się z bagażem zakupiliśmy bilety, pamiątki i rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Brama Człuchowska była jedyną zachowaną spośród trzech bram wjazdowych do miasta w jego dawnych granicach. Przez pewien czas pełniła także funkcję więzienia, a grawerunki po osadzonych dało się dostrzec na cegłach za oknami na jednym z pięter. A do zwiedzenia były cztery kondygnacje.

Na początek zaprezentowano historię Chojnic od średniowiecza do okresu II Rzeczpospolitej. Akt lokacyjny wystawił Winrych von Kniprode w 1360 roku. Na tym piętrze było też dużo monet, naczyń, elementów stroju czy odznaczeń. Na jednej z metalowych ozdób powtarzał się motyw strzelca, za którym stał kościotrup. Mnie osobiście bardzo zaintrygowała skrzynia opatrzona datą 1785 i literami MHS, bo były to (choć przemieszane kolejnością) moje inicjały. Żartowałam do Michała, że „póki co”, bo jednak byliśmy już narzeczonymi. Oczywiście nie mogłam też przejść obojętnie wobec ryciny z planem miasta. Zaintrygowały mnie też przedstawienia miasta w lustrzanym odbiciu, z czym po raz pierwszy spotkałam się w Domu Uphagena w Gdańsku.

Przechodząc na kolejne piętra i na poszczególnych poziomach, warto było wyjrzeć również przez okienka. Szereg schodów powiódł nas tym razem na piętro z wystawą etnograficzną. Pierwszy rzucił się w oczy tzw. pająk czyli wieniec dożynkowy, choć skojarzył mi się nieco z takim podwieszanym na budowanych domach tuż przed położeniem dachu. Poza czarno-białymi zdjęciami, wystrój tej kondygnacji miał oddawać wygląd wnętrza dawnego domu. Znalazły się tam łóżka, półki z atrybutami kuchennymi i różne nieoczywiste przedmioty. Należało do nich np. ustawione pod łóżkiem naczynie z małym otworem, według pani kojarzące się ludziom z nocnikiem, a w rzeczywistości pełniące rolę termoforu. Sama zapytałam o konstrukt, który (jak się okazało) służył do ściągania butów. Był to wyzuwacz albo inaczej parobek. Pani pokazała nam też koszyk z korzeni sosny, charakteryzujący się płaskim (w przeciwieństwie do wikliny) splotem i mógł posłużyć np. do zbierania malin.

Kolejną kondygnację poświęcono archeologii. Odkryte w ziemi fragmenty naczyń, narzędzi, biżuterii i inne drobiazgi umieszczono w gablotach. Całość opatrzono tablicami, które opisywały poszczególne okresy. Michał wczytywał się uważnie, więc pokazał mi ekran multimedialny, dzięki któremu zajęłam się czymś dodatkowym, gdy on jeszcze czytał. Były tam nawet dwie gry – memory oraz taka polegająca na wydobywaniu przedmiotów spod piasku i zebraniu całej ich puli. Mi osobiście bardzo spodobała się mapa najbliższej okolicy z oznaczeniem, jakie przedmioty znajdowano w poszczególnych miejscowościach (tzn. z jakich okresów). Ze szczególną uwagą prześledziliśmy te miejsca, które zamierzaliśmy jeszcze odwiedzić. W tej części zaprezentowano również sposób chowania zmarłych. Zaintrygowały mnie również buciki dziecięce i fragmenty fajek, bo o tych drugich uczono mnie na gedanistyce.

Ostatnie piętro zajęła wystawa malarska. Autorem prac był Juliusz Joniak. Zaintrygował mnie już obraz wiszący na klatce schodowej. Widząc elegancko ubranych dostojników, rzuciłam okiem na tytuł. „Karol VI z rodziną” – przeczytałam omyłkowo. Gdy zapytałam panią, czy chodzi o Habsburga, uświadomiła mnie, że to Karol IV i nie pochodził z tej dynastii. Była jednak ciekawa moich skojarzeń, bo ta praca zwracała szczególną uwagę gości muzeum. W sumie to nie dziwiło. Prezentowane obrazy były dość „nierówne”, jedne naprawdę mogły przyciągać wzrok, inne wyglądały na namalowane naprędce, żeby nie powiedzieć niestarannie. Jednak sztuka współczesna miała to do siebie, że wszystko dałoby się podpiąć pod styl artysty. Zastanowiło mnie, czy może tak różne prace nie powstawały po prostu w różnych okresach jego twórczości. Biogram wskazywał na to, iż rzeczywiście inspirował się sztuką wielu artystów, a jego działalność artystyczną można by podzielić na kilka okresów. Ponadto związany był z krakowską ASP i zaangażowany w działalność dydaktyczną. Finalnie zyskał tytuł profesora.

Dalsze zwiedzanie dotyczyło dwóch innych budynków. Przespacerowaliśmy się zatem wzdłuż murów miejskich do Domu Szewskiego czyli baszty zwanej także zbrojownią. Tu mieściła się wystawa militariów. Gabloty ustawiono w kolejności chronologicznej, począwszy od broni białej, z której najstarszy egzemplarz pochodził z XVI wieku, aż po współczesną broń palną. Ciekawostką był na pewno pojemnik z zapasową podkową dla konia. Pani pokazała nam także haki do ściągania oficerek. Przy ostatniej z gablot wskazała również lunetę i zwróciła uwagę na karabin z bagnetem – gdyby strzelcowi skończyły się kule, wciąż możliwa była walka wręcz. W ramach ciekawostki opowiedziała również, że broń ma muszkę i szczerbinkę. Okazało się, że temat był znany Michałowi, ale dla mnie stanowił nowość. Muszka znajdowała się przy końcu lufy, a szczerbinka bliżej oka strzelca. Aby zwiększyć szanse na trafienie, należało jak najbardziej precyzyjnie ustawić muszkę pośrodku szczerbinki w jednej linii z celem.

Ostatni dostępny do odwiedzenia budynek muzealny nazywał się Kurzą Stopką. W tej baszcie umieszczono galerię polskiej sztuki współczesnej. Pani zapewniała nas, że nie brakuje tu znanych nazwisk, ale jako osoba spoza branży, kojarzyłam raptem ze trzy (Szajna, Kućma, Łajming – ale bardziej ze słyszenia niż z twórczości). Rozpoznałam natomiast pracę Mariana Kruczka, bo wykonywał je w dość charakterystyczny sposób, m.in. z metalu. Długo zastanawiałyśmy się z panią, gdzie wcześniej widziałam wystawę jego prac. Wymieniała różne miasta, w tym takie, w których mnie jeszcze nie było, ale finalnie właściwą odpowiedzią okazał się Sanok, a sprawdziłam to po wpisaniu nazwiska w wyszukiwarkę bloga. Niezależnie od faktu, że nie kojarzyłam tych artystów, parę prac było ciekawych, jak rzeźba sowy, postać z kulą u nogi czy medale pamiątkowe, pośród których jeden przedstawiał Pomnik Grunwaldzki, który widzieliśmy w Krakowie na żywo.

Pani podjęła także dyskusję nad rzeźbą złożoną z dwóch części, podwieszoną pod sufitem na parterze. Okazało się, że nosiła tytuł „Introwersja”, Michałowi skojarzył się popcorn, a dla mnie to wyglądało jak żółwik, jednak liczba wystających łapek była zdecydowanie za duża.

Niemałą ciekawostką był za to piec kaflowy. Elegancko wykonany, a do tego z ciekawą historią. Rodzina Fugger podarowała 3 tony złota przyszłemu władcy Karolowi V, aby mógł przekupić elektorat i rzeczywiście zostać cesarzem. Jakub Fugger, przedsiębiorca i filantrop, dostał za to tytuł szlachecki. Na piecu upamiętniono scenkę, w której palono weksel dłużny Karola V.

Po opuszczeniu tej baszty ruszyliśmy z powrotem ku Bramie Człuchowskiej. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w jej przejściu, po czym odebraliśmy bagaże.

Podjechaliśmy ponownie na Stary Rynek. Zatrzymaliśmy się na moment przy tablicy z planem miasta, spróbowaliśmy się ponownie z fotografowaniem Ratusza, ale docelowo podjechaliśmy pod dwa pobliskie kościoły, których jeszcze nie widzieliśmy. Ze względu na rowery i bagaż wchodziliśmy do obu świątyń kolejno, w pojedynkę.

Jako pierwszą odwiedziliśmy Bazylikę Mniejszą pw. Ścięcia Św. Jana Chrzciciela. Kościół pochodził z połowy XIV wieku i budowano go 20 lat, a reprezentował styl gotycki. Wystrój był bardzo prosty, na ścianach malowidła w przytłumionych barwach, a we wnękach jasne figury, tworzące scenki rodzajowe. Przystanęłam również przy tablicach historycznych – jedna opisywała historię świątyni i wspominała tutejszych proboszczów, druga upamiętniała ofiary hitleryzmu,

Drugi kościół, pw. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, był świątynią pojezuicką, ale w okresie II wojny światowej przejęła go gmina ewangelicka. Zbudowany został w stylu barokowym w pierwszej połowie XVIII wieku. I zdecydowanie określiłabym go jako „bardziej strojny” od poprzedniego. Freski po wojnie odrestaurowano, bryła też była nieco bardziej fantazyjna, a dodatkowo w oczy rzucały się złocenia. Całość doskonale się jednak ze sobą komponowała.

Niedługo później zrobiliśmy sobie przerwę obiadową w pizzerii na Rynku, aby nabrać sił na dalszą podróż. Trasa z Chojnic przebiegła w zasadzie bezproblemowo. Tablica z napisem „Charzykowy” ukazała się naszym oczom niespełna pół godziny później. Choć do miejsca noclegu dzielił nas jeszcze kawałek, na mojej liście było również kilka obiektów w tej wiosce. Gdy znaleźliśmy się na Rondzie Róży Wiatrów, właściwie po każdej jego stronie znaleźlibyśmy coś ciekawego – drogowskazy, mapy szlaków czy słupek z napisem nawiązującym do Orląt Lwowskich.

Najfajniejszy moment był jednak pod tabliczką Park Narodowy „Bory Tucholskie”. Michał mi pogratulował, dał mi buziaka i przytulił. Choć wiedział, że dopiero zaczniemy zwiedzać, uznał, że skoro już tu dotarliśmy, to ostatni park narodowy mam zaliczony. Uznałam, że to super, że wspierał mnie w moich marzeniach i był ze mnie dumny 🙂

Również przy rondzie mieściła się botaniczna ścieżka dydaktyczna, mająca za zadanie pokazać reprezentacyjne rośliny i formacje roślinne borów Tucholskich. Michał uznał, że popilnuje naszego dobytku, żebym ja mogła przespacerować się nią i eksplorować. Oczywiście zrobiłam dużo zdjęć, i sobie na pamiątkę, i jemu do pokazania. Ścieżka była złożona z dwóch pętli. Spacerowałam zgodnie z ruchem wskazówek zegara, począwszy od tablicy dotyczącej roślin użytkowych. Należały do nich m.in. rośliny lecznicze czy zboża. Rośliny synantropijne, które towarzyszyły siedliskom ludzkim, nie zawsze były pożądane, bowiem do tej grupy należały także tzw. chwasty. Kolejnej tablicy, na temat bartnictwa, nie opatrzono numerem.

Kolejnym punktem według wytyczonej ścieżki były siedliska borowe. Dalej natknęłam się na tablicę dotyczącą paproci, ścieżkę zmysłów (złożoną z różnorakich podłoży) i ogród zapachów, który podobno stworzono także z myślą o osobach niewidomych, a znalazły się tu rośliny o charakterystycznej woni, jak np. lawenda, mięta czy szałwia. Nieopodal ustawiono hotel dla owadów. Tablice po jednej stronie (pszczoły, kompostownik itd.) były jakby niezależne od rodzajów lasów liściastych, które opisano po przeciwnej (buczyna, grąd, łęg).

W tym miejscu można było odbić na dodatkową atrakcję. Stanowiła ją wąska, drewniana kładka z tropami zwierząt. Co kilka kroków obok niej stały tablice, które ujawniały gatunek zwierzęcia zostawiającego ślady danego typu. Chętni mogli również doczytać dodatkowe informacje m.in. o lisie, bobrze, borsuku czy żurawiu. Myślę, że dla dzieci fajną atrakcją mogły być też słupki, gdzie należało dopasować obrazki drzewa, liści i owoców do nazwy gatunku. Za tablicą dotyczącą łąki warto było się również zatrzymać przy stanowisku na temat martwego drewna. Wbrew pozorom, nawet takie wywrócone drzewo mogło stać się domem wielu innych gatunków, szczególnie bezkręgowców czy grzybów.

Kawałek dalej, za fragmentem poświęconym torfowisku, rozpoczynała się druga pętla. W alejce pomiędzy pętlami opowiedziano o zbiorowiskach wodnych. Znalazły się tu nawet dwa oczka wodne. Dalej okazało się, że temat łąki był jeszcze kontynuowany. Finalną strefę stanowiły wydmy śródlądowe oraz murawy napiaskowe, a tutejsze gatunki musiały być odporne na niesprzyjające warunki takie jak niestabilne podłoże czy brak wody. Na koniec zwiedzania ścieżki przystanęliśmy oboje przy ogromnej mapie parku i jego najbliższej okolicy.

Kolejnym punktem na naszej trasie był kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej. Przeszliśmy się krótko po świątyni. Miała dość prosty wystrój, ale podobał mi się motyw alfy i omegi w prezbiterium, a kolorytu dodawały witraże. To z podpisu pod jednym z nich dowiedziałam się, że patronem podróżników był Andrzej Apostoł. Bardzo ciekawie zaaranżowano również chrzcielnicę, dodając figurę Jana Chrzciciela i gołąbka ponad nim.

Dłuższą chwilę spędziliśmy za to w marinie nad samym Jeziorem Charzykowskim. Moją uwagę najpierw skupiła żaglówka z żaglem na wzór sera z dziurami znanej marki, a następnie pływająca na wodzie łyska. Wkrótce jednak odkryliśmy głaz upamiętniający wspomnianego już Ottona Weilanda, a obok umieszczono ławeczkę na kształt żaglówki i pomnik tegoż. Starsza para ustąpiła nam miejsca, żebyśmy mogli zrobić zdjęcia. Polecili nam też wystawę plenerową na temat żeglarza. Podjechaliśmy rowerami ciutkę na południe i rzeczywiście przespacerowaliśmy się między tablicami. Tymczasem nieco bardziej na północnej części jeziora zatrzymaliśmy się na wysokości tzw. Wyspy Miłości. Do 1945 roku ponoć mieściła się tam kawiarnia, dopóki po wkroczeniu Rosjan nie spadła tam bomba.

Jadąc dalej, na wysokości Starego Młyna, trafiliśmy na stację ładowania rowerów elektrycznych (w ramach projektu Kaszubska Marszruta), której się nie spodziewaliśmy. Wyposażono ją dodatkowo w licznik przejeżdżających rowerzystów. Był to też całkiem przyjemny punkt wypoczynkowy, opatrzony napisem „Dzień dobry” po polsku, kaszubsku, angielsku i niemiecku. Za to nie znaleźliśmy w tej okolicy młyna wodnego, który ponoć miał się znajdować w pobliskiej lokalizacji.

Stamtąd kierowaliśmy się już prosto do Funki, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. W ośrodku było sporo młodzieży, co nawet nieco nas zaskoczyło, ale nasz domek znajdował się po przeciwnej stronie ścieżki niż budynek, w którym oni nocowali, także nie stanowiło to problemu. Po krótkiej adaptacji wybraliśmy się jeszcze do sklepu, który okazał się czasowo nieczynny z powodu urlopu. Michał zasugerował, żeby podejść nad jezioro, to może jeszcze zdążymy na zachód słońca. Dzięki temu odkryliśmy sklepik przy innym ośrodku. A te zachody słońca stały się w pewnym sensie tradycją tego wyjazdu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *