Sanok – dlaczego już wyjeżdżając, chciałabym tam wrócić?

Już po siódmej zjadłam śniadanie, by mieć czas na przepakowanie się. Zabrałam ze sobą tylko mały plecak, resztę bagażu pozwolono mi zostawić w hotelu.

Cieszyłam się, że już dzień wcześniej zobaczyłam co nieco w Sanoku, więc liczyłam na to, że poza zaplanowanymi elementami na trasie, zapuszczę się też nad San i za rzekę, by zobaczyć tamtejszy skansen.

Tymczasem rozpoczęłam od Ławeczki Dobrego Wojaka Szwejka. Dalej kierowałam się ulicą 3 Maja na północ, odbijając jednak nieoczekiwanym zaułkiem ku kościołowi farnemu tj. Przemienienia Pańskiego. Weszłam do środka tylko na chwilę, bo miała się tam rozpocząć msza. Już dzień wcześniej spodobała mi się bryła świątyni.

Ponownie znalazłam się przy tej okazji na placu Św. Michała. Sfotografowałam tym razem w świetle dnia pomnik patrona. Następnie skierowałam się do klasztoru franciszkanów, po drodze znajdując tablicę upamiętniającą tzw. „Marsz Głodnych” z 1930 roku. We franciszkańskim kościele trwała msza. Tym razem nie pakowałam się więc do środka, nie chcąc przeszkadzać i ruszyłam po prostu na rynek.

A ten o poranku (było koło 9:30) mnie naprawdę zachwycił. Mogłam podziwiać architekturę bez rzeszy turystów. Siedziba Urzędu Miasta, Burmistrza i Rady Miasta była w naprawdę pięknym budynku, zwieńczonym orłem na niebieskim tle i herbem miasta nad urzędowymi tabliczkami. Na rynku umieszczono też fontannę, o niewyszukanym kształcie, ale doceniłam chłód wody, gdy zanurzyłam jedną z dłoni. Dzień zapowiadał się upalny.

Bardzo estetyczne pierzeje kamienic, śliczne latarenki, w jednym z rogów rynku kościół franciszkański – to wszystko cieszyło moje oczy. Gdy kierowałam się do pomnika Zdzisława Beksińskiego, moją uwagę zwrócił też budynek Urzędu Stanu Cywilnego. Uznałam to za urocze, że był w kolorze pastelowego różu i spełniał akurat taką funkcję. Nie umknęło mi też, że u szczytu fasady miał zegar 😉 Pierwotnie to tutaj stał ratusz miejski.

Pomnik artysty stał nieopodal i muszę się przyznać, że właściwie słyszałam o nim tylko i widziałam wcześniej ze 2-3 jego obrazy. Miałam nadzieję nadrobić to w Muzeum Historycznym, gdzie mieściła się poświęcona mu ekspozycja. Ten wyrzeźbiony miał dość nonszalancką postawę.

Przy okazji fotografowania, usłyszałam rozmowę toczącą się przy otwartym oknie. W ten sposób odkryłam, że stoję pod samą informacją turystyczną! Pan w środku był przemiły, zaangażowany i miał ogromną wiedzę. Weszłam po mapkę, a dostałam mnóstwo ciekawych folderów (pan chciał mi też dać kalendarz, ale nie miałabym jak się z nim zabrać, bo był w rozmiarze A3) i moc inspiracji (przy czym wiedziałam, że większość wykorzystam ewentualnie przy kolejnej wizycie, ale polecana pijalnia czekolady wydawała się ze względu na swoją lokalizację idealnym zwieńczeniem wizyty w Sanoku). Ponadto kupiłam pocztówki, w tym jedną dla koleżanki, której obiecałam pocztówkę właśnie stąd, a która bardzo przystępnie wprowadziła mnie w temat Bieszczad, szczególnie, które szlaki warto zrobić i do których podejść z ostrożnością.

W drodze do Zamku Królewskiego, gdzie mieściło się muzeum, natrafiłam jeszcze na pomnik upamiętniający poległych w walkach podczas II wojny światowej, nie tylko na terenie Polski. Widniał na nim napis: „Synom ziemi sanockiej poległym i pomordowanym za Polskę”. Dalej był budynek tzw. „Zajazdu”, którego historia sięgała końca XVIII wieku. Po drodze przekonałam się, że Grzegorz z Sanoka doczekał się w mieście nie tylko ulicy i pomnika, ale jeszcze tablicy.

Dotarłam wreszcie do Muzeum Historycznego. Miało ono kilka kondygnacji. Przy okazji zakupu biletu, nabyłam też pocztówki z ikonami i z pracami Beksińskiego. Zwiedzanie rozpoczynało się od podziemi. Na początek w pomieszczeniu Zbrojowni można było obejrzeć wystawę militariów. Moją uwagę zwróciły szczególnie czako ułańskie oraz leżąca obok ładownica oficerska. Zaciekawiła mnie też kabura jednego z pistoletów, bo nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że kształtem przypominają wątrobę, choć widziałam je już wiele razy na różnych wystawach i w filmach. Zajrzałam też do pomieszczenia, które pełniło dawniej rolę schronu. Ucieszyłam się też na widok pamiątek (np. odznaczeń) po generale Krempie, którego dzień wcześniej zobaczyłam na muralu.

Kolejną salę wypełniały prace Mariana Kruczka. Były dosyć oryginalne, autor wykonywał je bowiem ze znalezionych fragmentów metalu, chociażby z maszyn, drucików, śrubek, ale też koralików czy muszelek. Choć na pierwszy rzut oka nie czułam, ze mogłabym być odbiorcą takich prac, kilka z nich naprawdę przykuło moją uwagę. Może to baśniowość, która przepleciona z ludowością była ponoć charakterystyczną cechą twórczości tego artysty.

Dalej slalomem przechodziło się przez galerię malarstwa współczesnego, artystów polskich i zagranicznych. Obrazy były zróżnicowane, większość wpasowywała się w moje poczucie estetyki, a kilka naprawdę ucieszyło oko. Dostrzegłam nawet pracę Picasso, choć akurat ten rysunek wyglądał dość szkolnie i nie przypominał mi stylistycznie jego obrazów, które znałam. Klimatu tej przestrzeni dodawały nagie ściany.

Na końcu tej kondygnacji mieściła się ekspozycja archeologiczna. Szczególnie zaciekawił mnie grób z grodziska Horodyszcze w Trepczy, skórzany but znaleziony na terenie dziedzińca sanockiego zamku, a także fragmenty fajek, co rozpoznałam dzięki zajęciom z archeologii na gedanistyce.

Na parterze i części I piętra mieściła się kolekcja ikon z kościołów obrządku wschodniego. Dominowały tu postaci Chrystusa, Matki Boskiej, grupy deesis, a także świętych, z czego najczęściej dopatrywałam się św. Mikołaja. Znajdował się tam ogromny ikonostas, ale nawet pojedyncze ikony były różnorakich rozmiarów albo więcej ikon łączono w większe kompozycje. Zaciekawiło mnie przedstawienie pięciu świętych, bo jedna nisza pozostawała pusta. Niestety, nie dopatrzyłam się informacji, które postaci namalowano, ani której brakowało.  Poza malowidłami, do obejrzenia były krzyże oraz przedmioty liturgiczne, a także rzeźby, w tym nie tylko święci, ale i putta.

Na tym etapie miałam mały kryzys. Wokół było tyle ciekawych obiektów, ale okazało się, że nie jestem nawet w połowie. Zaczęłam czuć ból pleców, postanowiłam więc przysiąść na jednej z ławek ustawionych pewnie, by na siedząco móc pokontemplować ikony. Jednocześnie cieszyłam się, że kręgosłup odezwał się dopiero na koniec wyjazdu, bo dużo udało mi się odkryć 🙂

– Jesteś youtuberką? – zapytał mnie inny zwiedzający.

Przytaknęłam. Pan kojarzył mnie z punktu informacji turystycznej.

– Gdzie można Cię znaleźć?

– To ja może dam wizytówkę. Mam bloga, YouTube i fanpage o tej samej nazwie, ale jestem początkującą youtuberką.

– Każdy kiedyś zaczynał. Po Polsce podróżujesz?

– Tak. Najwięcej jest o Gdańsku, bo stamtąd jestem.

Pan podziękował za wizytówkę i słyszałam, jak potem mówił o mnie towarzyszącym mu paniom, kogo to oni spotkali 😉

W ostatniej salce na tym piętrze widniała galeria portretów, a moją uwagę przykuły także meble i zegar. Tymczasem wyżej mieściły się dwie wystawy czasowe – o szablach oraz malarstwo abstrakcyjne Tomasza Wooja. Nie przemawiała do mnie taka forma ekspresji. I chyba nie tylko do mnie, bo pewna para weszła za mną do sali i momentalnie wyszła, aczkolwiek rozumiem, że ludzie wyrażają siebie na różne sposoby.

Poprzez wystawy czasowe przechodziło się do części ekspozycji poświęconej Beksińskiemu. Nareszcie! Wystawę podzielono na kilka kondygnacji, pomieszczenia były mniejsze i stopniowo po obejrzeniu każdej strefy schodziło się niżej. Ciekawie pomyślany kierunek zwiedzania.

Dopiero tu dowiedziałam się, że Beksińskiego zamordowano, a nie zmarł śmiercią naturalną. Pomyślałam, że może warto byłoby obejrzeć film poświęcony artyście, nakręcony jakoś w ostatnich latach. Beksiński był nie tylko malarzem, o czym miałam okazję przekonać się już na początku ekspozycji. Tworzył też rzeźby oraz prace komputerowe i fotografował. Wystawie towarzyszyły zdjęcia rodzinne i przedstawiające artystę przy pracy oraz zaaranżowana pracownia Beksińskiego. Tutaj też umieszczono testament malarza, zgodnie z którym chciał cały dorobek przekazać właśnie do tutejszego muzeum, by zadbało o jego prace już tu przekazane. Ciekawą formą dopełnienia wystawy były zapisane na ścianach cytaty artysty.

Przechodząc liczne sale, mogłam się przekonać, jak płodnym był twórcą i że działał przez wiele, wiele lat, tak naprawdę od dziecka. Wiele obrazów podpisywał literami i numerami, niekoniecznie typowo je tytułując. Niektóre prace przemawiały do mnie bardziej (te bardziej detaliczne lub budzące osobiste skojarzenia, a także z motywami szkieletów, na które jako biolog jestem szczególnie wrażliwa), inne totalnie do mnie nie trafiały. Na pewno jako jeden z tematów jego twórczości pojawiała się śmierć i poruszył mnie naścienny cytat (z muralu): „Od lat malował śmierć, a gdy po niego przyszła, narysował ją kto inny”. Ostatni obraz artysta ukończył w dniu śmierci 21 lutego 2005 roku i skojarzył mi się z ćwierciami życia jak na tarczy Zegara Astronomicznego w Gdańsku.

Wychodząc, przechodziło się obok gabloty z ceramiką i moją uwagę przykuł piec kaflowy, który ponownie wzbudził gdańskie skojarzenia. Pospacerowałam jeszcze wokół zamku, skąd rozciągały się widoki na fragmenty miasta i rzeki. Ustawiono tam także wystawę plenerową, poświęconą pracom lokalnego artysty muralu, był to Arkadiusz Andrejkow. Dopiero opuszczając teren zamku, zobaczyłam przed wjazdem figury trzech rycerzy. W pobliżu umieszczono głaz ku czci Żydów pomordowanych przez hitlerowców. Miejsce nie było przypadkowe, bo kiedyś naprzeciwko znajdowała się synagoga.

Tymczasem na mojej trasie był inny obiekt sakralny – cerkiew Św. Trójcy, zbudowana na dawnym wale miejskim. Posiadała dzwonnicę, która stała obok. Obeszłam świątynię dookoła, podziwiając widoki ze wzniesienia, po czym zajrzałam do środka, krata w przedsionku była jednak zamknięta.

Na tym skończyła się moja podstawowa lista obiektów do zwiedzenia, ale miałam jeszcze około 2,5h do odebrania bagaży z hotelu, by nie spóźnić się na busa. Postanowiłam przejść się nad San i zobaczyć Muzeum Budownictwa Ludowego po drugiej stronie rzeki. Był to rejon dość odległy, więc liczyłam z zapasem godzinę na przejście w obie strony, szczególnie, że na skrzyżowaniu ulic Mickiewicza i Królowej Bony wyjątkowo długo stało się na światłach.

Dalej spacerowałam już w pobliżu Sanu, a gdy tylko było to możliwe, z ulicy zeszłam na ścieżkę biegnącą wzdłuż rzeki. Przy tej okazji zarejestrowałam, że śmietniki przy ławkach umieszczono po kilka tak, by ułatwić segregację odpadów – z mojej perspektywy bardzo na plus!

Przez rzekę przebiegała tyrolka. Dla pieszych i zmotoryzowanych przewidziano most. Ścieżki na nim były na tyle wąskie, że ludzie intuicyjnie poruszali się jednostronnie. Most klekotał podczas przemieszczania się, co zapewniało dodatkowe wrażenia 😉

Po drugiej stronie Sanu mieściło się Muzeum Budownictwa Ludowego, mające formę skansenu. Zapytałam panią na kasach, jaki jest rekomendowany czas zwiedzania. Powiedziała, że z przewodnikiem są to 2 godziny, więc pytanie, jak szczegółowo zwiedzałabym sama. Według pana z informacji turystycznej przy rynku było to 38 ha, miałam więc świadomość, że nie przejdę całości. Jeśli chciałam wyrobić się z powrotem, mogłam obejrzeć bardziej zwartą zabudowę zaaranżowaną na galicyjski rynek i pewnie fragment rozległych wsi. Żałowałam bardzo, bo od pierwszej chwili ten dawny klimat zrobił na mnie wrażenie, a jednocześnie pogoda była wymarzona na spacer. Grzało słoneczko i niebo było bezchmurne.

W obrębie rynku znajdowało się ponad 20 chat. Domy krawca, fotografa, stolarza, cukiernia czy sklep kolonialny to tylko niektóre przykłady ich aranżacji. Przy piekarni był staw i przechodziło się do wsi. Przespacerowałam się wzdłuż kilku chat. Przy jednej zobaczyłam stado kóz. Koziołki bodły się rogami, co budziło powszechną sensację. Zawracając z konieczności (czas), obiecałam sobie zobaczyć drewniany kościółek. Była to jedna z piękniejszych budowli i urządzono go elegancko również w środku. Obok ustawiono tablice upamiętniającą zalożyciela muzeum – Aleksandra Rybickiego. Ostatnim wiejskim obiektem, który zobaczyłam, był domek z lukarnami w dachu i niebieskimi ramami okien. Wówczas wróciłam na rynek. Tam zajrzałam na wystawę GOPR i obejrzałam chaty po przeciwnej stronie niż poprzednio. Miałam okazję posłuchać też występu kataryniarza. Żałowałam bardzo, że mój czas tutaj był tak ograniczony i obiecałam sobie, że jeśli będzie mi dane jeszcze zatrzymać się w Sanoku, zrobię tu sobie porządny spacer, jak to miejsce moim zdaniem na to zasłużyło.

Tym razem nie weszłam nigdzie na obiad, ale zjadłam po drodze. Zahaczyłam tylko o klasztor franciszkanów, po czym poszłam do hotelu odebrać swój bagaż. Tam się przepakowałam z małego plecaka częściowo do dużego, częściowo do torby i byłam gotowa do drogi. Tym razem bus miał odjeżdżać z dworca autobusowego. Obok stała Kaplica Opatrzności Bożej.

Od pana z informacji turystycznej wiedziałam, że na piętrze dworca znajdowała się Pijalnia Czekolady M. Pelczara urządzona w stylu Willy’ego Wonki. Wjechałam po ruchomych schodach na piętro  i rzeczywiście uznałam miejsce za klimatyczne. Na ścianach wisiały tablice z historią czekolady, a w rogu były tory z jeżdżącym pociągiem. Kupiłam przepyszne lody oblane czekoladą, która momentalnie na nich stężała. Były przepyszne. Jak kiedyś przyjadę jeszcze do Sanoka, chcę skansenu i tych lodów <3

Busem dotarłam do Rzeszowa. Ponownie jak poprzednio, nocowałam w Retro Apartments, choć trafił mi się inny pokój niż poprzednio. Tym razem już nie spacerowałam po mieście, bo co chciałam zobaczyć, to zobaczyłam wtedy. Czekała mnie też wcześniejsza niż zwykle pobudka.

Choć przez cały urlop wstawałam sama z siebie podobnie jak do pracy (czyli około 6:30) to pobudka po 5:00 była odczuwalną zmianą. Rzeszów był deszczowy, jakby płakał, że wyjeżdżam 😉 O 6:13 ruszał mój Pendolino do Gdańska. Ponownie mnie w nim nakarmili i napoili 😉

Zastanawiałam się tak swoją drogą, ile będzie ważył mój bagaż po powrocie, choć miałam wrażenie, że mniej, a ja jadłam na Podkarpaciu tak dobrze, że byłam przekonana, że mimo tylu kilometrów w nogach, waga mi raczej nie spadła 😉 Nieszczególnie się tym przejmowałam, ale byłam ciekawa. Po powrocie okazało się jednak, że ani moja waga, ani waga bagażu nie drgnęły w żadną stronę 😉

Dojechałam bez przygód, Gdańsk powitał mnie słońcem i tramwajem Jan Heweliusz (najlepiej!), a w głowie już planowałam podróż urodzinową! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *