Z rana nieco pisałam, ale musiałam też skończyć się pakować. Po 10:00 opuszczałam Wetlinę, by udać się do Soliny. Na przystanku rozsiadłam się na torbie wypełnionej ubraniami, opierając o nią jeszcze plecak. Był bardzo ciężki, ale jednocześnie cieszyłam się, że zmieściłam w nim całą resztę dobytku i nie musiałam już nosić osobno siatki z jedzeniem.



Dojechałam do Soliny i pierwsze, co mnie uderzyło, to masa ludzi. Stragany bardziej gęsto ustawione i oblegane niż na Krupówkach. A mimo to nie dorwałam nigdzie pocztówek i zadowoliłam się magnesem. Wypatrzyłam też oscypki, większy wybór niż w okolicach Wetliny, wiec postanowiłam kupić jakiś, zawracając na przystanek.
Przed wejściem na zaporę ustawiono słupek z tablicami informacyjnymi. Jedna z pań odsunęła się, bym mogła zrobić zdjęcie.
– Nie sądziłam, że tu będzie tyle ludzi. No, ale fakt, jest sobota.
– I się pogoda zrobiła, bo wczoraj było pochmurno.
– Dobrze, że jestem tu tylko przejazdem.
Z drugiej strony przedzieranie się przez nieskoordynowanych ruchowo ludzi, kroczących we wszystkie strony, zatrzymujących się nagle albo stawiających pośrodku wózki dziecięce, nie należało do najprzyjemniejszych… Na samej zaporze nie było lepiej. Szłam slalomem między ludźmi, co nie należało do najłatwiejszych, bo miałam na sobie górski plecak i jeszcze torbę, a na zaporze było dość gęsto. Wykorzystywałam chwilowe luki, by porobić parę zdjęć zapory i jeziora. W pewnym momencie usiadła mi na nogawce duża, niemal dziesięciocentymetrowa ważka. Na tafli sunęły kaczki, a w wodzie pływały wielgachne ryby. Oczywiście nie brakowało ludzi, którzy „wspaniałomyślnie” dokarmiali je chlebem.














Za zaporą poczułam się jak w nadmorskim kurorcie. Rejsy po jeziorze, lody, gofry, wesołe miasteczko… i pośród tego wszystkiego tłumy, a dla kontrastu kartka, jakie środki ostrożności zachować podczas pandemii, z dystansem na czele… Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak ludzie w takich warunkach odpoczywają 😉
Sama zaszyłam się w upatrzonej restauracji i z czystym sumieniem mogę polecić „Karmnik”. Klimatyczne, spokojne miejsce, urządzone bardzo estetycznie. Obsługa na medal, kultura na najwyższym poziomie. Co do jedzenia, zamówiłam pierogi z mięsem i chrupiąca cebulka na wierzchu przekonała nawet taką antyfankę cebuli jak ja, a farsz był idealny. Lemoniada arbuzowa okazała się dla mnie ciutkę zbyt kwaśna, ale za to na osłodę wzięłam wyborne ciasto marchewkowe, które przystrojono pysznymi owocami. Jedynie łazienka wydała mi się nieco creepy, bo miała drzwi z lustrem weneckim. Mnie nikt nie widział, ale ja widziałam wszystko, co działo się na zewnątrz.
Po tym wczesnym obiedzie powoli przespacerowałam się z powrotem na przystanek, po drodze zgodnie z zamierzeniem kupując oscypek. Jako, że w Ustrzykach kupowałam ser kozi, teraz szukałam owczego. Po zakupach poszłam przesiedzieć ostatnią godzinę na przystanku. Autobus dowiózł mnie do Sanoka.





Do Hotelu Jagiellońskiego, gdzie nocowałam, nie miałam daleko. Już na starcie zrobił na mnie wrażenie, bo mieścił się w budynku ozdobionym pilastrami. Pokój był ogromny, jak dla trzech osób, a jego wystrój wydał mi się dość dostojny. Jedynie łazienka była zwyczajna 😉 Zameldowałam się i postanowiłam zwiedzić już parę miejsc ze swojej listy, by mieć nazajutrz więcej czasu i swobody. Zrealizowałam kilka punktów, począwszy od końca listy.







Ulicą Jagiellońską dotarłam do skrzyżowania z Kościuszki. Wszędzie zachwycałam się architekturą! Te detale naprawdę cieszyły oko! Poza tym dopatrzyłam się kilku tabliczek informacyjnych, m.in. o Beksińskim i rzeźb na trawniku wzdłuż drogi. Pod arkadami pięknego budynku wyszłam na ulicę Grzegorza z Sanoka. W tle widniał kościół, tymczasem podeszłam jednak tylko do pomnika upamiętniającego tysiąclecie Polski i osiemsetlecie Sanoka.











W jednym z zaułków dopatrzyłam się graffiti, postaci oraz przyrodniczych, w nawiązaniu do działalności Ligi Ochrony Przyrody. Wkrótce jednak przeszłam na drugą stronę ulicy, by zobaczyć pomnik z kotwicami na pamiątkę wodowania statku „Sanok”. Tymczasem tuż obok mieścił się pierwszy punkt od końca na mojej liście (ułożonej według lokalizacji). Była to fontanna „Dziewczynka w deszczu”. Rzeźba bardzo mi się spodobała, a przy działającej fontannie nazwa wydawała się jeszcze bardziej adekwatna. Jednak otoczenie nie było super zadbane, w misie fontanny leżały zatopione buty, a jacyś państwo karmili całe stado gołębi, na dodatek chlebem! Natomiast obok dopatrzyłam się lwa, symbolu jednego z miast partnerskich Sanoka – Reinheim. A że miasto, z którego pochodzę i miasto, w którym mieszkam, też są miastami lwa, nie omieszkałam zapozować z królem zwierząt.







Kontynuowałam spacer ulicą Kościuszki, aż dotarłam do skrzyżowania z Matejki. Po drodze ucieszyłam się na widok pomnika patrona tej pierwszej. Gdy skręciłam w Matejki, dotarłam nią aż do Cmentarza Centralnego, po drodze zwracając uwagę na ciekawy brzeg drogi, jakby murowaną skarpę.
Sama nekropolia była dość spora, a szeroka droga dzieliła ją na dwie części. Mnie interesowała ta po mojej lewej. Już na dzień dobry moją uwagę skupił fakt, że alejki zostały wybetonowane, co na cmentarzach nie jest niczym oczywistym. Przeszłam obok kaplicy z dzwonnicą. Zajrzałam przez murek do części poświęconej radzieckim żołnierzom. Wówczas dotarłam do tzw. Starej Kaplicy. Przy niej była też tablica z planem całego cmentarza. Gdy chciałam zajrzeć do środka przez wybity fragment okna, dostrzegłam wewnątrz składzik. Szkoda. Zobaczyłam też Mauzoleum Ofiar II Wojny Światowej oraz zbiorową mogiłę rozstrzelanych przez hitlerowców na górze Gruszka. Nieopodal mieściły się grobowce Lipińskich (ulica Lipińskiego była jedną z pierwszych, której nazwę zobaczyłam w Sanoku) oraz Beksińskich (czy nie był on najsłynniejszym z sanockich mieszkańców patrząc z perspektywy Polski, a nie lokalnie?). Tamta alejka doprowadziła mnie do miejsca upamiętnienia powstańców polskich, chyba nie doprecyzowano, których, może w założeniu wszystkich. Chciałam też zobaczyć krzyż Ofiarom Polskiej Golgoty Wschodu, wokół którego zasadzono tzw. Dęby Pamięci ku czci pomordowanych np. w Katyniu czy Charkowie w 1940 roku.

















Wyszłam z nekropolii i skierowałam się ulicą Dmowskiego na północ. Poszukiwałam graffiti z samolotem, którego dopatrzyłam się z okna busa do Wetliny. Znajdowało się na budynku o adresie Heweliusza 3. Oprócz samolotu i okrętu wojennego prezentowało sylwetkę Ludwika Krempy – generała polskich sił powietrznych.
Na skrzyżowaniu z ulicą Jana Pawła II przeszłam przez światła i skierowałam się w stronę parku, mijając przy tym ulicę Szopena (pisownia oryginalna). Zorientowałam się, że mogłam przejść do parku na skrzyżowaniu przy mijanej wcześniej myjni samochodowej, ale w sumie wyszło mi na dobre, że poszłam naokoło, bo zależało mi na muralu z samolotem.




Park sprawiał wrażenie, jakby się spacerowało przez las, dodatkowo w niejednym miejscu drzewa porastały skarpy i pagórki. Jedynie ścieżki były asfaltowe, a potem wybrukowane kostką, czego w lesie by raczej nie było. O dziwo w parku szło się momentami mocno pod górkę. Miałam też wrażenie, że panował tam półmrok, ale nie dopatrzyłam się latarni. Gdy drzewa się przerzedzały, można było popatrzeć z góry na miasto.
W parku chciałam obejrzeć cztery miejsca. Pierwszym było Źródełko Fryderyka Szopena i ponownie byłam zaskoczona, że tu, na Podkarpaciu, wciąż spotykałam się z fonetycznym zapisem nazwiska kompozytora. A może „tak się pisał”, nim wyemigrował i tylko nas tego nie uczą w szkołach? Mocno mnie to zastanowiło. Sama woda w źródełku płynęła wąską strużką.
Ze względu na układ ścieżek musiałam troszkę nadłożyć drogi, by dotrzeć do Kopca Mickiewicza. Na szczycie była kamienna płyta upamiętniająca setną rocznicę narodzin wieszcza. Dalej trasa biegła już żwawiej. Trafiłam na punkt widokowy i widziałam powoli zachodzące nad miastem słońce. Dla aparatu jednak jeszcze było za jasno. Ostatnim punktem miało być Sanockie Stonehedge i okazało się tak „spektakularne”, że dotarłam do końca drogi i zawracałam z GPS-em, by je znaleźć. Ostatecznie wyglądało jak ułożone w okrąg betonowe słupki. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.











Zawróciłam i opuściłam park. Między uliczkami, oczywiście podziwiając architekturę, dotarłam do pomnika Grzegorza z Sanoka, umieszczonego na skrzyżowaniu ulic Sobieskiego i Lenartowicza. Zrobiłam sobie zdjęcie z tym poetą i duchownym i na tym zakończyłam planowane zwiedzanie pierwszego dnia.




Jednak nie byłabym sobą, gdybym w drodze powrotnej nie pstryknęła już żadnego zdjęcia. Minęłam bowiem budynek dawnego Gimnazjum i Liceum Królowej Zofii. Dalej zaciekawił mnie kościół farny Przemienienia Pańskiego, któremu postanowiłam poświęcić więcej uwagi nazajutrz i pomnik Michała Archanioła przy placu jego patronatu. Na koniec wypatrzyłam Ławeczkę Dobrego Wojaka Szwejka i próbowałam uwiecznić go w kadrze z zapadającą w sen ulicą 3 Maja. Tu planowałam zacząć zwiedzanie następnego dnia.



Na koniec, schodząc Jagiellońską do hotelu, delektowałam się widokiem zmierzchającego dnia w Sanoku.

