Na drugi dzień w pojedynkę planowałam Połoninę Caryńską. Po wędrówce poprzedniego dnia nie lękałam się już samotnego spaceru po górach. Ależ to dawało wolność i radość, że się przełamałam! Czułam się już oswojona z Bieszczadami i byłabym gotowa powędrować sama przez wszystkie lokalne szlaki przy sprzyjającej aurze.
Nieopodal sklepu spotkałam ponownie panią z Gorzowa poznaną dzień wcześniej. Bardzo się ucieszyłyśmy na swój widok! 🙂 Pytała, co jeszcze mam w planach. Powiedziałam:
– Ostatni dzień. Połonina Caryńska. Wetlińską widziałam we mgle, to jeszcze druga.
– Wetlińską warto zobaczyć też nie we mgle.
– Będzie po co wracać.
I rzeczywiście miałam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane odwiedzić Bieszczady. Mogłabym wtedy przejść obie połoniny razem i poznać szlak graniczny.

Przy sklepie wrzuciłam pocztówki do skrzynki (poza jedną, którą obiecałam wysłać z Sanoka). Następnie poszłam łapać busa, ale kierowca zaoferował, że zawiezie mnie tylko do Rzeczycy. To i tak był progres w stosunku do tego, co proponował wcześniej: dojazd do Brzegów i łapanie tam kolejnego busa. Ostatecznie wysadził nas nagle gdzieś w okolicy Brzegów, bo zobaczył busa ze znajomym kierowcą. Przesiadka była jednak tak szybka, że po drodze zgubiłam kabel do telefonu. Cieszyłam się jedynie, że miałam ze sobą zapasowy, choć przydał mi się dopiero w drodze powrotnej.

Już standardowo, w punkcie zapłaciłam za wstęp do Parku i przybiłam pieczątkę, szukając luk na zapisanych stronach, bo zabrakło mi już miejsca w książeczce. Spacerowałam powolutku, delektując się ostatnimi chwilami w Bieszczadach. Przeszłam kładką nad rzeką Rzeczycą, po czym pozwalałam się wyprzedzać innym turystom. Ani nie było mi spieszno, ani nie chciałam ich w kadrze 😉
Zrobiłam (już któreś podczas tego wyjazdu) zdjęcie, jak opieram dłoń o drzewo przy namalowanym oznaczeniu szlaku. Tak jak moja dotychczasowa towarzyszka „jednoczyła się z górą”, tak ja z radością „tuliłam się” do drzew. Było bardzo przyjemnie i śpiewały ptaki.








Idąc przez łąkę, skupiłam się na fotografowaniu detali przyrodniczych, czym wywołałam uśmiech na twarzy jednego pana. Dałam się wyprzedzić jemu i jego towarzyszowi. Obaj szli z całym bagażem na plecach, a mimo to mieli solidne tempo nawet na podejściach. Ich widok sprawił, że wróciła do mnie myśl o podróży od noclegu do noclegu i zastanawiałam się, gdzie bym mogła taki projekt wcielić w życie i jakim cudem zminimalizowałabym bagaż wagowo i objętościowo. W tym temacie wciąż jeszcze miałam nad czym pracować.
Tymczasem niedługo później, ledwie po półgodzinnej wędrówce, gdy weszłam ponownie w las i zaczęło się robić stromo, zbliżałam się do dwóch małżeństw, które szły naprawdę wolno, biorąc pod uwagę, że obrałam tempo spacerowe, robiłam zdjęcia, a mimo to ich dogoniłam (zaczęliśmy podobnie). Nie było jednak tak różowo, bo złapał mnie taki ból w pachwinie, jakbym coś naciągnęła i czułam go przy każdym zgięciu nogi, a przede mną było ostre podejście. Zatrzymałam się przy drzewie tuż nad państwem, poruszałam samą nogą i wydawało się, że ból jest mniejszy, ale przeszłam parę metrów i ponownie musiałam zrobić sobie przystanek. Państwo zauważyli, że coś się dzieje i nie przeszli obojętnie, za co im podziękowałam. Poczekali ze mną, aż doszłam ze swoją nogą do ładu, rozciągając ją i poruszając w stawie biodrowym, aż ból zupełnie ustał.
– Trzeba było wolno iść – zasugerował jeden z panów.
– Wcale nie szłam bardzo szybko.
– No to my tak wolno idziemy.
Dalej starałam się iść jeszcze spokojniej i przenosić ciężar na drugą nogę, ale było to dla mnie zupełnie nienaturalne. Chyba lewa noga okazała się na podejściach tą dominującą, służyła mi do odpychania i dlatego ją nadwyrężyłam. Byłam zmuszona zrobić sobie parę razy przystanki na porozciąganie się i odpoczynek, w tym raz na tyle długi, że państwo mnie dogonili i pan zapytał, czy znów coś się dzieje. Rozumiał, że chcę wejść do góry, zamiast się wycofać i sugerował złapanie swojego rytmu. Potwierdziłam, że pomalutku, na spokojnie podejdę i najwyżej będę częściej przystawać. Trochę czułam się dziwnie, kondycyjnie nie czując żadnego zmęczenia, a jednocześnie dając się wyprzedzać podczas tej wspinaczki niemal wszystkim. Schowałam jednak dumę do kieszeni 😉 Czas mnie też nie gonił.






Podczas dalszej wędrówki zaintrygował mnie mały ptaszek, ale przeleciał i usiadł na gałęzi za pniem drzewa, skąd już go nie widziałam. Wkrótce dotarłam do wiaty, gdzie posiliłam się i dałam nodze odpocząć. Trudno mi było uwierzyć, że szłam tutaj mniej więcej godzinę! Drogowskaz sugerował, że jeszcze ponad godzina przed nami, aczkolwiek później stwierdziłam, że tabliczki mogły odnosić się do kilku różnych punktów na Połoninie Caryńskiej. Przy wiacie zauważyłam, że było trochę wędrowców, którzy szli w pojedynkę i to wcale nie byli sami mężczyźni. Pomyślałam, że ograniczenia są tylko w naszych głowach i poczułam się raźniej.

Niedługo przed tym, jak na trasie pojawiły się zwykłe schody, to poprzedzały je kamienne. Strasznie trudno mi się po nich wchodziło, zatrzymywałam się więc, by rozciągać nogę. Po tych zwykłych wchodziłam powolutku, stopień po stopniu, choć w normalnych warunkach brałabym je po dwa, bo były dość niskie. Zaabsorbowana kwestią nogi, nawet nie zrobiłam im zdjęcia.
Na szczęście niedługo potem pojawił się wypłaszczony odcinek, ale widziałam stamtąd, że jeszcze czeka mnie wspinaczka. Tymczasem cieszyłam się, że noga troszkę odpocznie. Podziwiałam widoki dookoła i przyglądałam się temu, co miałam bliżej. Wokół było tyle ciekawych roślin i dopatrzyłam się też paru zwierzaków, przez co żałowałam, że Muzeum Przyrodnicze Bieszczadzkiego Parku Narodowego remontowano i w 2021 roku było niedostępne. Chętnie poznałabym te wszystkie gatunki, a pewnie tam miałabym tę wiedzę na tacy. Zawsze mogłam jednak zajrzeć na ich stronę 😉
Nie doskwierała mi też samotność. Przemiła pani ze Stalowej Woli wędrowała z dwójką starszych państwa (chyba to była jej ciocia) i gdy poprosiłam ją o zdjęcie na tle wejścia na Połoninę Caryńską, zrobiła je nie tylko w tym miejscu, ale chwilkę później sama zaproponowała w niecce tuż pod podejściem. Dlatego poprosiłam o kadr, jak idę, z widocznym plecakiem. Na koniec tej sesji pani rzuciła:
– A teraz przodem.
Później zatrzymałam się w niecce, by zrobić krótkie nagranie i pan nadchodzący z żoną, zatrzymał ją i uciszył, spoglądając na mnie porozumiewawczo, choć włączyłam nagrywanie dopiero chwilę później. Z panią od zdjęć miałam okazję porozmawiać jeszcze kilka razy, tak się mijaliśmy. Mówiła, że idzie wolno, żeby jej nie przeklinali, tymczasem ja przyznałam, że miałam kontuzję, ale też nie chcę się spieszyć, bo to mój ostatni dzień tutaj. Zachwycał mnie ten koloryt, wrażenie rozwarstwienia gór niczym na obrazie, a pogoda dopisywała. Nie czuło się na sobie palącego słońca, a jednocześnie było ciepło.

















Z góry rozciągały się fajne widoki. Bez dzikich tłumów (choć na ławeczkach regularnie rozsiedli się ludzie) udało mi się uwiecznić na zdjęciach i nagraniu tabliczkę, gdzie dotarłam. Poza tym super było spojrzeć w stronę Tarnicy, by uświadomić sobie, ile już tych gór miałam za sobą. Na górze, podobnie jak wcześniej przy wiacie, widziałam panie w ciąży – wczesnej, ale i tak podziwiałam, że były w stanie spacerować po tych przewyższeniach.
Powędrowałam dalej, skupiając się raczej na widokach niż na ludziach, przynajmniej na tym odcinku. I wtedy jedna z mijających mnie pań, powitała mnie żywo:
– O, dzień dobry!
– Już się widziałyśmy? – załapałam w lot.
– Tak, wczoraj.
Niestety jej nie pamiętałam, tylu ludzi napotkałam… Widocznie nie weszliśmy w interakcję 😉 Za to przy głazie z oznaczeniami dwóch szlaków poprosiłam pewną rodzinkę, by mi zrobili zdjęcie z widokami w tle. Przy innej skałce, bardzo malowniczej, poprosiłam o zdjęcie pewne małżeństwo.
– Jaki kadr? – zapytał pan.
– Tak, żeby było widać tę skałkę.
Pan mnie ustawił i pstryknął fotki, ale nieco zasłoniłam sobą skraj tej skałki, o którą mi chodziło. Odwzajemniłam się też państwu zdjęciem i ucieszyli się, że wreszcie mają jakieś razem i jak ładnie wykadrowane.











Gdy ruszyłam dalej, z naprzeciwka szła rodzinka z małą dziewczynką. Słyszałam, że robi się marudna. Mama, gdy mnie mijali, powiedziała:
– Motywacja siadła.
– Ale jesteś dzielna – zagadałam do dziewczynki. – Masz mniejsze nóżki, a tyle już przeszłaś. Dasz radę, nie ma co się poddawać! 🙂
Tymczasem ja na chwilkę się zatrzymałam, bo zobaczyłam znów zieloną gąsienicę. Tym razem jednak była zwinięta i się nie ruszała. Obawiałam się, że to źle wróży.



Kolejny przystanek był zdecydowanie najdłuższym. Około 12:30 doszło do najfajniejszego spotkania tego dnia! Idąc z naprzeciwka, natrafiłyśmy na siebie ponownie z Gabi i z Asią, które poznałam dzień wcześniej na Krzemieńcu. Zastanawiałyśmy się tam, czy skoro mamy nazajutrz w planach Połoninę Caryńską, to ponownie się spotkamy i udało się! Zrobiłyśmy sobie nawet wspólne zdjęcie, obiecałam jednak go nie publikować. Przy okazji tej pogawędki, a rozmawiałyśmy jakieś 20-30 minut, poznałyśmy się lepiej. Okazało się, że dla Asi to trzeci raz w Bieszczadach, a Gabi bywała wielokrotnie i uważa „rok bez Bieszczad za rok stracony”. Dziewczyny były studentkami polonistyki z antropologią oraz medycyny, więc ciekawiła je moja osoba jako biologa. Na prośbę Asi opowiadałam np. o swojej pracy magisterskiej, z jakiej była specjalności. Przyznałam też, że z biologią na poziomie akademickim mam coraz mniej wspólnego, za to jestem zafiksowana na punkcie Gdańska do tego stopnia, że zrobiłam kurs przewodnicki PTTK oraz studia podyplomowe z gedanistyki. Gabi powiedziała, że jestem humanistką w klasycznym znaczeniu tego słowa <3
Asia była ciekawa mojego oprzyrządowania, więc pokazałam jej mikrofon i powiedziałam, że prowadzę kanał na Youtubie, więc teraz też nagrywam urywki z trasy. Gabi zauważyła, że to jakby daily vlog. Dałam im też po wizytówce, co uznały za bardzo profesjonalne. Przyznałam:
– Czuję się blogerką, ale gdy zaczęłam nagrywać na Youtube, to ktoś znajomy nazwał mnie vlogerką. Wcześniej sobie tego nie uświadamiałam.
– Wybacz niedyskrecję – zagaiła tymczasem Asia. – Ale nie znam innego youtubera. Czy naprawdę na tym zarabiają?
– Są tacy, co z tego żyją. Ale ja mam 73 subskrypcje – odparłam bezpośrednio, śmiejąc się.
– To będziesz miała dodatkowe dwie – zapewniła mnie Gabi.
Dziewczyny były ciekawe moich wrażeń z gór, jakie już góry widziałam i czy do jakichś wracam. Przyznałam, że dotychczas w każdych odwiedzonych byłam tylko raz i robię to w ramach założonego celu, że zwiedzę wszystkie polskie parki narodowe.
Przegadałyśmy naprawdę sporo i mijało nas dużo ludzi, jak chociażby Państwo, którzy przywieźli dziewczyny do Brzegów na stopa albo pani ze Stalowej Woli z rodziną, którą z kolei ja mijałam parę razy na trasie. Śmiałam się:
– Zrobiłyśmy korek na połoninie!
To był cudowny czas, dodający jeszcze pozytywnej energii. Trzeba było jednak ruszyć dalej, bo dziewczyny miały przed sobą jeszcze spory kawałek, a mój, pozornie mniej wymagający, z moją nogą mógł też okazać się czasochłonny.




Wkrótce dotarłam do rozdroża na grzbiecie połoniny. Teoretycznie powrót stąd powinien mi zająć godzinę. Była prawie 13:00. Na prośbę starszego pana dokonaliśmy „fotografii wzajemnej” 😉 i ruszyłam kolejnym odcinkiem czerwonego szlaku (tu rozdzielały się z zielonym). Podjęłam próbę nagrania od poziomu drogi do krajobrazu w oddali i chyba żadnego ujęcia nie powtarzałam tyle razy, bo albo ktoś przeszedł, albo ludzie, którzy urządzili sobie obok piknik, głośno i niecenzuralnie dyskutowali.











Droga strasznie mi się dłużyła. Po 20 minutach zobaczyłam, ze czeka mnie jeszcze 45 minut wedrówki do Brzegów Górnych. W dół szła m.in. trójka ludzi z Olsztyna, jak wynikało z ich rozmowy i gdy zrobili sobie przystanek, a ja ich mijałam, to ten, który zgrywał największego kozaka, opuścił okulary przeciwsłoneczne tak, jakby mnie obczajał. To było trochę dziwne, a trochę śmieszne.
Minęłam również ponownie państwa ze Stalowej Woli, ale tylko panie, bo przysiadły sobie na kłodzie. Tymczasem pan był kilkadziesiąt metrów niżej i zagaił:
– Znowu?
– Znowu, znowu się widzimy. Dziewczyny widziałam u góry.
– Właśnie czekam na nie.
Widoki na trasie były malownicze. Wkrótce weszłam w las i miejscami czułam spore spadki. Gdy minęłam schody i wiatę, byłam przekonana, że to już koniec trasy, ale okazało się, że jeszcze nie. Pojawiały się kolejne schodki, dróżki, a nawet przejścia przez strumienie po ruchomych kamieniach 😉 Słysząc samochody, ucieszyłam się, że już blisko, bo strasznie długo szłam przez ten kawałek.








Około 14:15 zameldowałam się na ostatniej prostej do przystanku busów przy punkcie kasowym Parku, ale zeszłam jeszcze na moment w prawo. Odkryłam tu pozostałości przycerkiewnego cmentarza w Berehach Górnych, jak dawniej nazywano Brzegi. Dopiero wtedy zeszłam na dół na parking i przybiłam ostatnią bieszczadzką pieczątkę.
Na koniec byłam arcyzmęczona tym wolnym tuptaniem i pokonywaniem trasy (wliczając rozmowę) przez jakieś 4,5 godziny zamiast planowanych 3,5 godziny. Jednocześnie czułam się taka z siebie dumna, że jednak pokonałam własne słabości i przeszłam cały założony szlak. Na szczęście w miarę szybko złapałam powrotnego busa.




Gdy wróciłam do Wetliny, przespacerowałam się nad Wodospad Ostrowskich. Zrobiłam zdjęcia z boku, nie do końca wiedząc, jak zejść niżej, ale i tak były tam rodzinki z dziećmi. Pluskali się w wodzie, ale i ja zanurzyłam dłonie powyżej spadku wodospadu. Płynąca woda była przyjemnie chłodna.
W drodze powrotnej zjadłam obiad w lokalu „Pod Dachem”. Starałam się przez cały pobyt jeść nie tylko w różnych miejscach, ale też różne potrawy. Tym razem padło na placek po bieszczadzku. Był przepyszny i niezwykle sycący. Tymczasem już w swojej bazie poza pisaniem zajęłam się pakowaniem. Nazajutrz opuszczałam Jakubówkę, bo choć było mi tu bardzo dobrze, miałam w planach zwiedzanie kolejnych miejsc.




Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
