Moja dotychczasowa towarzyszka z rana wyjeżdżała, więc czekała mnie tym razem wędrówka w pojedynkę. Gdy spojrzałam za okno, rzuciłam:
– Tutaj codziennie wygląda, jakby padało.
Tym razem jednak od rana było widać przebijające się czyste niebo, choć poranek straszył chłodem. Gdy jednak wyszłam około 8:30, spacerek w stronę sklepu i busa był całkiem przyjemny. Weszłam tylko po pieczywo, ale kolejka była straszna. Za to na busa do Ustrzyk długo nie musiałam czekać. Pan nas usadził według kolejności wysiadania, więc wylądowałam zupełnie z tyłu. Siedziałam obok absolutnie przesympatycznej pani z Gorzowa Wielkopolskiego, która przyjeżdżała w Bieszczady już od 30 lat!!! Tym razem zamierzała tu spędzić miesiąc. To się nazywa miłość! 🙂
Rozmawiałyśmy trochę o sobie, o naszym pobycie tu, co dotąd widziałyśmy, co Pani poleca (z rzeczy, których nie brałam pod uwagę to np. szlak przygraniczny). Pani wybierała się na Połoninę Caryńską i zamierzała przejść się potem zielonym szlakiem przez Małą Rawkę do Wetliny, podczas gdy ja zamierzałam z Małej Rawki schodzić tym krótszym odcinkiem zielonego do głównej drogi, by po całej wędrówce łapać busa do Wetliny. Było więc niewykluczone, że spotkamy się jeszcze na tym „zielonym” odcinku. To właśnie pani zasugerowała, że wejście na niebieski szlak na Wielką Rawkę, od którego chciałam zacząć, jest kawałek przed Ustrzykami (potem okazało się, że zaoszczędzę pół godziny drogi) i żebym zagadała do kierowcy, a pewnie mnie tam wysadzi. Gdy w busie zostali już tylko pasażerowie do Ustrzyk, usiadłam z przodu i ruszyłam temat.

Kierowca był bardzo sympatyczny i wygadany. Powiedział, że bez problemu może wysadzić mnie w Rzeczycy, bo tak nazywało się docelowe miejsce:
– Tylko żebym pamiętał, bo mam tendencję do zapominania, jak się zagadam.
– To ja mogę nie gadać do pana i pana nie rozpraszać.
– Ale ja lubię rozmawiać.
I rzeczywiście okazało się, że świetnie nam się rozmawiało.
– A pani sama jedzie?
– No, dzisiaj sama.
– Co, kompani polegli?
– Nie, byłam trzy dni z koleżanką, ale pracuje w oświacie. Wie Pan, rady pedagogiczne, te sprawy i musiała wracać.
– Słabo samej. Skąd Pani jest?
– Z Gdańska.
Pan był zaskoczony, że pokonałam taki kawał drogi. Wspomniał nawet, że był tam niedawno na jakiejś rozmowie o pracę. Opowiadał, mając świadomość, że przekręca pewne nazwy, co widział w mieście („Taki chyba ratusz to był, taka wieża z zegarem.”). Subtelnie go poprawiałam i dopowiadałam co nieco o swoim ukochanym mieście. Zdradziłam, że mieszkam tam 12 lat i to moje miejsce na Ziemi, nawet robiłam kurs przewodnicki i jestem świeżo upieczoną gedanistką. Zainteresowało go, że jest taki kierunek jak gedanistyka na Uniwersytecie Gdańskim. Przyznałam się, że przeszłam miasto dwukrotnie ulicę po ulicy i pan aż spojrzał na mnie wielkimi oczami, przez moment nie patrząc na [pustą w tym momencie] drogę 😉 A że pan wspomniał, że choć jego miejsce na Ziemi jest tu, w Bieszczadach, to chętnie by jeszcze wrócił do Gdańska i o nim poczytał, to wraz z zapłatą wręczyłam mu wizytówkę bloga 🙂

Wystartowałam około 9:30 przy punkcie Rzeczyca. Stąd miałam wędrować do Wielkiej Rawki 2:55 według drogowskazu. Ruszyłam niespiesznie niebieskim szlakiem. Już na początku przy strumieniu i kładce wyprzedził mnie pan z synem. W związku z tym, że robiłam jeszcze zdjęcia i nagrywki, to także para z jakiegoś niemieckojęzycznego kraju minęła mnie i przeszła do przodu. Wędrowałam później długo za nimi, cały czas widząc ich na horyzoncie, ale raczej nie przeganiając, ze względu na swoje przystanki fotograficzne. Tymczasem jednak towarzyszyła mi myśl:
– Gdzie Ci wszyscy ludzie się spieszą. Mi jest tak dobrze w tym lesie.


Jedynie spryskałam się repelentem, bo latało nieco owadów wokół. Rozglądałam się wokół, ale patrzyłam też pod nogi, bo było błotniście. Przy tej okazji dopatrzyłam się resztki pnia, porośniętej delikatnie mchem i porostami oraz z rosnącymi niemal na nim koniczynami. Choć były trójlistne, niezwykle uroczo wyglądały.
Na przemian szło się po gruncie i po kładkach. Po drodze było dużo takich błotnistych przejść, że człowiek najpierw musiał przeanalizować, gdzie postawić stopę, a dopiero potem faktycznie mógł iść. Miałam też wrażenie, że huby są wszędzie. Bardziej jednak zaskoczyła mnie ułożona na poboczu kompozycja z kamieni.
Mijając kolejną tabliczkę ustawioną w ramach ścieżki przyrodniczej, zastanawiałam się, jakim cudem omijałam niektóre numerki po drodze. Chociaż wędrowałam sama (tylko ze swoimi myślami ;)), czułam się bezpiecznie. Szlak był bardzo dobrze oznaczony, spod jednego drzewa z oznaczeniem widoczne było już następne drzewo z charakterystyczną niebieską smugą. Lekko się wznosił, ale przebiegał jakby lasem. Wiedziałam też, że mam ludzi zarówno przed sobą, jak i za sobą, więc liczyłam, że w razie potrzeby ktoś by zareagował.












Niedługo później znalazłam się na wysokości wiaty, która na mapie u pani z busa była mniej więcej w połowie drogi na Wielką Rawkę. Tymczasem szłam dopiero 40 minut. Pomyślałam, że albo mam naprawdę solidne tempo, albo najtrudniejszy etap tej trasy był dopiero przede mną. I rzeczywiście, już wkrótce zaczęło się robić stromo. Na szlaku pojawiły się nawet schody. Mimo trudniejszego podejścia niż na początku wędrówki, w pewnym momencie dogoniłam ludzi, których wcześniej nie widziałam, więc musieli wystartować wcześniej ode mnie, a ja musiałam mieć całkiem fajne tempo. Zrobiło mi się w związku z tym cieplej, a gdy postanowiłam zdjęć bluzę, na przewróconej kłodzie dopatrzyłam się dużo hub w wersji mini. Ciekawym detalem wydała mi się także skałka, która wyglądała niczym góry. Cóż, tamten etap wspinaczki po stromiźnie i między skałkami oraz korzeniami był faktycznie bardziej górski niż leśny.
Wkrótce dostrzegłam również pierwszych ludzi, którzy wędrowali z naprzeciwka. Zapytałam dziewczyny, czy jeszcze daleko do Wielkiej Rawki. Stwierdziły, że całkiem sporo, ale gdy dopytałam, jak długo schodziły i powiedziały, że jakieś 20 minut, uznałam, że nawet gdybym miała wspinać się trzykrotnie dłużej, miałabym bardzo dobry czas. Do chwili naszego spotkania szłam godzinę i 20 minut. Dziewczyny były ciekawe, co pokazywał drogowskaz w drugą stronę, więc powiedziałam, że 2:55 z Rzeczycy do Wielkiej Rawki i dodatkowe 35 minut do Ustrzyk. Tymczasem one wyczytały u góry, że do Ustrzyk potrzebne były 2 godziny. Śmiałam się, żeby szykowały się na błota na koniec, ale spojrzały po swoich butach:
– Już w sumie po nich widać, że miały spotkanie z błotem.
– No, po moich też.








Tymczasem one ostrzegły mnie, że będzie podejście. Najpierw jednak wyszłam z lasu na wypłaszczenie i opromieniło mnie słońce. Cudowne uczucie! Ostatni odcinek zdominowały schodki. Było ich sporo, ale towarzyszyła im ciekawa roślinność i przyjemne dla oka widoczki. Już wówczas cieszyłam się całą sobą, ale gdy weszłam na Wielką Rawkę po 1:45 wędrówki, poczułam się naprawdę niesamowicie!










Muszę jednak przyznać, że pomimo słońca, na górze było zimno, bo wiał mocny wiatr. Narzuciłam bluzę z powrotem, ale okazało się, że to za mało, dlatego wkrótce dorzuciłam jeszcze kurtkę. Posiliłam się, popodziwiałam widoczki i okutana w trzy warstwy żwawo ruszyłam na Krzemieniec. Czas zakładany: 45 minut. Czas Marty do celu: 30 minut. To był kondycyjnie naprawdę świetny dzień. Zastanawiałam się tylko, czy nawrotka delikatnie pod górkę będzie równie udana. Według mojej mapy ten odcinek powinien zajmować wędrowcowi tyle samo czasu w obie strony.
Ścieżka, którą pani z busa określiła jako szlak graniczny, rzeczywiście biegła częściowo między słupkami ukraińskim i polskim (a częściowo obok nich po polskiej stronie). Zrobiło to na mnie wrażenie, więc poprosiłam przechodniów o zdjęcie, gdy wypatrzyłam kadr, że inni ludzie byli daleko w tle. Tymczasem do tych, którzy szli za nami, zagadałam, by moment poczekali i później podziękowałam jednym i drugim. Chwilę później zauważyłam panią, która chciała zrobić zdjęcie słupkom, więc wyszłam jej z kadru i zasugerowałam:
– Jeśli by Pani chciała, też mogę Pani zrobić.
– A bardzo proszę – zrobiłam i życzyłyśmy sobie miłego dnia.
Szlak transgraniczny miał dodatkowo swoją odrębną ścieżkę przyrodniczą, oznaczoną symbolem niedźwiedzia.
Gdy byłam już kawałek dalej, szedł za mną pan z dwójką nastolatków:
– O, taki mikrofon to ja widziałem.
Odwróciłam się i dodałam z uśmiechem:
– Przeważnie się sprawdza, chyba, że jest bardzo silny wiatr.











Już bez większych przygód (chyba, że liczyć widoki na pasikonika), naprawdę czując moc w nogach, znalazłam się u celu. Gdy fotografowałam tabliczkę, dotarłszy na Krzemieniec (Kremenaros, 1221 m n.p.m.), usłyszałam rozmowę dwóch panów, którzy usiedli na ławeczce tuż pod.
– Źle sobie miejsce wybraliśmy – widocznie nie byłam pierwszą fotografującą.
– Ale nie nagrywałam panów – odezwałam się.
– A to jeszcze film był. Sławni będziemy.
Nagrań dokonywałam dłuższą chwilę później. Pośrodku tego miejsca znajdował się pomnik o trójściennej formie, po każdej stronie prezentując nazwę miejsca i kraju, w którego języku tę nazwę zapisano.
Na trójstyku granic spotkałam dwie przemiłe dziewczyny – Gabi i Asię. Okazało się, że wędrowały podobnie jak ja, tylko zaczęły od krótkiego odcinka zielonego szlaku, by dojść przez Małą Rawkę do Wielkiej i chciały wracać długim odcinkiem zielonego (przez Dział) do Wetliny, ale resztę tak jak ja. Na trójstyku doszło do śmiesznej sytuacji. Asia, chcąc zagadać do Gabi, klepnęła mnie po plecach:
– Chodź, zagadamy do kogoś, żeby nam zrobił zdjęcie.
Odwróciłam się, dziewczyna delikatnie się speszyła swoją pomyłką (potem okazało się, że Gabi też miała kitka i czapkę z daszkiem), ale uśmiechnęłam się i powiedziałam:
– Możemy sobie wzajemnie uczynić przysługę i zrobić zdjęcie, bo ja pewnie też bym zaraz kogoś zagadywała 😉
Zawołała więc Gabi, którą do tej chwili odszukała wzrokiem. Najpierw zrobiłam im wspólne zdjęcie według ich sugestii, a potem one mi trzy tak, jak o to poprosiłam: przy polskim napisie oraz na rogach Polska – Ukraina i Polska – Słowacja.
Gdy rozmawiałyśmy i powiedziałam, że od Rzeczycy do Wielkiej Rawki szłam 1:45 zamiast 3 godzin, Asia odparła na to:
– To Pani… Marta… Ty jesteś niezły zawodnik.
– Nie, no co Wy 🙂
Na koniec sobie pomachałyśmy, bo dziewczyny zrobiły tam sobie przystanek na jedzonko, tymczasem ja, gdy obfotografowałam i nagrałam, co chciałam, postanowiłam już wykonać nawrotkę, a przerwę regeneracyjną zaplanowałam przy Małej Rawce. Byłam ciekawa, czy spotkamy się jeszcze tego dnia, a może nazajutrz, bo okazało się, że planują, podobnie jak ja, Połoninę Caryńską.






Wiedziałam, że według tabliczki z mapą na Krzemieńcu, powrót zaplanowaną trasą do głównej drogi powinien mi zająć 2 godziny. Gdy wracałam z Krzemieńca, szedł pan z dwoma synkami (wiek: wczesna podstawówka). Widziałam po maluchach, że lecą im morale, dlatego, żeby ich zmotywować, zagadałam:
– Ale zawodnicy! Świetnie Wam idzie!
– Pierwsza liga! – dopowiedział tata.
Poza tym ten odcinek pokonałam w podobnym czasie jak do trójstyku i ponownie dopatrzyłam się ciekawego owada, dla którego na moment przykucnęłam. Tym razem był to brązowy chrząszcz.



Na Wielkiej Rawce zrobiłam symbolicznych parę kadrów, przechodząc, ale ostatecznie nie zatrzymywałam się na dłużej. Dalsza trasa przebiegała na podwyższeniu, więc było na co spoglądać 🙂 Rozkoszowałam się widokami, słonkiem i delikatnym wiatrem. Pośród turystów, których o tej porze było już ciut więcej, szła pani z córeczką i gdy miałam je za plecami, usłyszałam głos mamy:
– Tę panią chyba widziałyśmy wczoraj, na Bukowym Berdo.
W tym momencie już mi się chciało śmiać. Tymczasem córeczka sugerowała mamie, że jak dotrą co widocznego na horyzoncie obelisku, to żeby każda miała pamiątkową fotografię, to sfotografują się wzajemnie. Sama też dość często przystawałam na zdjęcia, ale gdy potem je dogoniłam, żartowałam:
– Poznała Pani po mikrofonie? Nie ma dnia, by ktoś nie zwrócił na niego uwagi. To skoro już się znamy, mogę zrobić paniom wspólne zdjęcie, gdy już dojdziemy, a panie zrobicie mi?
Pani przytaknęła i ucieszyła się także z mojej propozycji. Gdy dotarłyśmy do obelisku, widniało na nim jedynie oznaczenie żółtego szlaku. Żeby było śmieszniej, okazało się, że myśmy myślały, że to już Mała Rawka. Panowie idący z naprzeciwka wyprowadzili nas z błędu, tymczasem jednak sami wzięli obelisk za Wielką Rawkę. To było całkiem zabawne, bo okazało się, że to tylko jakiś słup pomiędzy nimi, ale wszyscy chcieli mieć tu zdjęcia 😉





Do Małej Rawki był jeszcze spory kawałek i na pewno nie przechodziłam tego odcinka 20 minut, jak zakładał drogowskaz, ale dłużej. W pewnym momencie zatrzymałam się, bo spodobał mi się koloryt mijanego miejsca i zagaił do mnie idący z naprzeciwka pan:
– Co to? Myszka?
– Kot. Autentycznie tak się mówi.
Oczywiście po raz enty chodziło o mój mikrofon. Nie sądziłam, że stanie się główną gwiazdą wyjazdu.
Gdy zbliżałam się do Małej Rawki, nie miałam już żadnych wątpliwości. Im bliżej szczytu, tym większe było zagęszczenie ludzi. Na miejscu znajdował się taki tabun ludzi i panował taki gwar, że odechciało mi się przerwy. Szczególnie, że większość ławek opanowała wycieczka „szkolna”, a dzieci było tak dużo, że nawet ławek im zabrakło i niektóre stały po prostu z plecakiem pod nogami, pośrodku wszystkiego 😉






Przede mną był już tylko odcinek w ramach zielonego szlaku, a nie byłam szczególnie głodna, więc ruszyłam przed siebie, z myślą, że ewentualnie gdzieś przystanę na trasie. Droga biegła w dół, częściowo szłam po schodach, choć był moment, że dreptało się po kamieniach. Przystanęłam, by przepuścić dwóch chłopaków, wdrapujących się z naprzeciwka.
– Cześć, dzięki! – rzucił pierwszy.
– Cześć! Żółwik! – dodał drugi, podając dłoń zwiniętą w charakterystyczny kształt.
Odwzajemniłam gest i dodałam:
– O, żółwiki to ja lubię!
– Ale żeś trafił – powiedział pierwszy do drugiego.
Posłaliśmy sobie uśmiechy i ruszyliśmy każdy w swoją stronę.
Na leśnym odcinku schodów było mniej, trasa wciąż biegła jednak stromo w dół, czasami po zwykłym gruncie, czasami poprzetykanym kamieniami. Idąc jednak kolejnymi schodami na zielonym szlaku, trafiłam na panią, którą poznałam rano w busie! To niesamowite, jak rozpromieniłyśmy się na swój widok! Nawet chwilę pogadałyśmy i zrobiłam sobie z nią wspólną fotografię. Pochwaliła się, ile już przeszła, a ja powiedziałam o tym, jak szybko pokonałam swoją trasę. Pani się śmiała:
– No to niezły Pani miała napęd. Nie wiem, co Pani rano jadła i co Pani piła.
– No właśnie słabe śniadanie, ale wiedziałam, że będzie drugie śniadanie na Wielkiej Rawce.
– No to warto było iść.
Minęła nas też jakaś inna Pani i pytała, skąd startowałam.
– Z Rzeczycy, właśnie dzięki tej pani – wskazałam. – Poznałyśmy się rano w busie i zaoszczędziła mi pół godziny życia.
To spotkanie dodało mi energii i z wielkim optymizmem ruszyłam dalej, ale jednak tylko marszem. Słyszałam za sobą, jak ktoś próbował zbiegać. Okazało się, że to jakiś nastolatek, który uśmiechnął się do mnie i podziękował, po czym czmychnął niżej, wyprzedzając jeszcze trochę osób. Tymczasem ja minęłam pana z na oko czteroletnim synkiem i rzuciłam do chłopca:
– Jak kózka skacze, nie?
Po czym, już za plecami usłyszałam chłopca pytającego tatę:
– A jak skaczą kózki? 😉











Teren niedługo później stopniowo stał się wypłaszczony i odsłonięty, aż dotarłam do bacówki. Zajrzałam do łazienki i po pieczątkę. Następnie poszłam według drogowskazu drogą jak na Połoninę Caryńską. Zmierzałam jednak tylko do głównej drogi. Bez większych przygód, choć ileś kadrów i nagrań później 😉 dotarłam na zawalony autami parking przy Przełęczy Wyżniańskiej.




Myślałam, że będę jakoś długo czekała na busa do Wetliny, ale gdy zeszłam na dół, miały tu swój postój busy. Jakieś młode małżeństwo też czekało i zaraz po mnie dołączyło starsze małżeństwo, więc zebraliśmy się dość żwawo i niedługo później już jechaliśmy. Poprosiłam kierowcę, by wysadził mnie na wcześniejszym przystanku w Wetlinie i pokusiłam się o pizzę „Bies” na wynos w lokalu o nazwie „Rancho”, gdzie obsługa wyglądała trochę bluesowo albo hippisowsko, a i sam wystrój wydał mi się ciekawy. Zajadając pizzę, regenerowałam się przed ostatnim dniem. Wieczór zwieńczyłam, wypisując pocztówki. To był bardzo przyjemny rytuał.


Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
