Cóż, buty nie były nazajutrz idealnie suche, ale o dziwo były bardziej mokre na zewnątrz niż w środku. Wymyśliłam patent, by ubrać dwie pary skarpetek i oddzielić je folią (miałam ze sobą asekuracyjnie kilka woreczków spożywczych). Choć nie było to rozwiązanie perfekcyjne, dało radę, a zamiast wilgoci czułam przyjemne ciepło i mogłam cieszyć się szlakiem.
Zastanawiałyśmy się, jaka będzie pogoda. Każda z nas sprawdzała inną stronę. U mnie zapowiadali opady około 13:00 i 16:00, tymczasem koleżanka mówiła, że u niej cały czas. Okazało się jednak, że miała na myśli procentowe prawdopodobieństwo opadów, na co odparłam:
– Bo to, że pokazuje procenty, to mi przez cały dzień pokazuje, ale jednocześnie mi pokazuje słoneczko za chmurką.
Ostatecznie wyszłyśmy około 9:00, a słoneczko wyłaniało się nieśmiało, aczkolwiek dało się odczuć chłód – było wówczas zaledwie około 10°C. Złapałyśmy busa do Ustrzyk, po drodze prowadząc ciekawą pogawędkę z małżeństwem z lubuskiego.


Miałyśmy niesamowite szczęście (nagroda za wczoraj?), bo choć Muczne nie było popularnym kierunkiem, gdy dotarłyśmy do Ustrzyk Górnych, okazało się, że już kilka osób od godziny (!) czeka i mogłyśmy pojechać od razu. Sympatyczne małżeństwo, które jechało z nami z Wetliny i wybierało się na Rawki, ucieszyło się, widząc nasz sukces.
– Udało się? – zawołał pan z uśmiechem.
– Tak. Powodzenia! – zamachaliśmy sobie.
Muczne okazało się maleńką osadą, gdzie dominujący budynek należał do Centrum Promocji Leśnictwa. Mieli tam hotel, restaurację i wystawę o przyrodzie Bieszczad, którą chciałam obejrzeć. Gdy jednak okazało się, że musimy czekać około pół godziny, bo oprowadza przewodnik, całość trwa 40 minut, a jak ujęła to niezachęcająco pani na recepcji „to tylko wypchane zwierzęta”, to zgodnie uznałyśmy, że odpuścimy. Gdyby to było muzeum należące do Parku Narodowego (ale to było w Ustrzykach Dolnych i remont miał potrwać do 2022 roku), pewnie bym wolała zaczekać.





Ruszyłyśmy zatem na żółty szlak. Na Bukowe Berdo planowo miałyśmy iść godzinę i kwadrans. Zakupiłyśmy bilet wstępu. Przy kasie stał pomnik z tabliczką zapisaną cyrylicą.
Zaskoczyło nas, że jak na mało popularny kierunek, to dużo osób przybyło tu na szlak (autami?). Z ciekawszych postaci szło za nami małżeństwo z córeczką. Mała zażądała, by opowiadali sobie po drodze bajkę i kolejno cała trójka wymyślała kolejne części fabuły.
Jak na niemal wszystkich naszych trasach, tak i tu dopatrzyłam się tabliczek tworzących ścieżkę przyrodniczą. Samo przejście początkowo nie było wymagające. Nagle jednak na naszej trasie pojawiło się błoto na całą szerokość. Zaśmiałam się do swojej towarzyszki:
– Dopiero co czyściłam buty.
– To ich teraz jeszcze nie czyść. Piechur żadnej drogi się nie boi.
– Mogę się bać, czego tylko chcę.
Wkrótce droga zaczęła się piąć do góry, delikatnie, po czym coraz gwałtowniej. Chciałam się wyminąć z jedną dziewczyną z naprzeciwka i obie jednocześnie sobie ustąpiłyśmy z drogi, znów stając naprzeciw siebie, co nas obie rozbawiło. Dopatrzyłam się też punktu granicznego w ziemi. Podobnie jak dzień wcześniej, nie miałam pojęcia, o jaką granicę chodziło. Minęłam tabliczki informacyjne, m.in. o faunie i florze Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Moją uwagę zwróciły również rozłożyste, a widoczne, korzenie drzew.
Koleżanka ponownie wyrwała do przodu i momentami szła koło 50 metrów przede mną. Czasem jednak na mnie czekała, aż się zrównamy i wtedy dzieliłam się z nią moimi obserwacjami:
– To drzewo jest jakieś smutne, widziałaś smutne drzewo?








Obie byłyśmy też pod wrażeniem liczby powalonych drzew z korzeniami na wierzchu.
– Dużo jest tych wykrotów – zauważyłam.
– Ten las jest taki po przejściach.
Były widoczne nie tylko naturalnie opadłe drzewa i gałęzie, ale niektóre gałęzie, a nawet całe pnie ewidentnie ścinał człowiek.
Najtrudniejszy etap paradoksalnie stanowiły schodki. Ich układ sprawiał, że trudno byłoby stanąć, by odpocząć, a ja też nie umiem zbyt wolno stawiać kroków. Dreptałam więc ku górze regularnym tempem. Po wspinaczce schodami aż przystanęłam. Nie tylko w powodu pięknej przestrzeni, która się przede mną otwarła, ale też serce waliło mi jak oszalałe, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Koleżanka zeszła kawałek, by zrobić mi zdjęcie w tym miejscu. Później wspinałyśmy się ścieżką dalej i zagaiłam do swojej towarzyszki:
– Czy Ty się czasem oglądasz do tyłu? Bo jak się człowiek obróci, to są takie piękne widoki!
Moja towarzyszka przyznała, że jak na mnie czeka, to ma czas na podziwianie 😉













Tymczasem dotarłyśmy do takiej jakby polanki. To było chyba najbardziej malownicze miejsce, z jednymi z piękniejszych krajobrazów tego dnia. Zrobiłyśmy tam obie nieco zdjęć, ale do krótkiego filmiku z tej części wędrówki zabierałam się wielokrotnie ze względu na jedną rodzinkę, której dzieci były wybitnie głośne i gadały wybitne głupoty (typu: chłopiec chciał się najeść górskich jeżyn, by przyleciał tu po niego helikopter i zabrał go do szpitala). Ostatecznie udało mi się nagrać cokolwiek i ponapawać oczy tym kolorytem.
Na polanie widziałyśmy też pana z krótkofalówką, który na kogoś czekał.
– Gdzie już jesteś?
– Na schodach.
– To jeszcze masz kawałek.
– Niech Pan ich tak nie straszy – wtrąciłam się.
– Mówią mi tu, że mam Ciebie nie straszyć 😉
Szedł później tą trasą co my i na kolejnym rozdrożu nawet jeszcze się spotkaliśmy i zamieniliśmy parę zdań. Zastanawiałam się nawet, czy nie był górskim przewodnikiem i najpierw próbował mnie wkręcać, ze tak, a potem jednak przyznał, że nie. My zeszłyśmy na bok od tego rozdroża, żeby na spokojnie zjeść bez tabunu ludzi nad głową jak na polanie. Krajobraz zainspirował nas również do sesji zdjęciowej.






Po tej przerwie regeneracyjnej odbiłyśmy w lewo. Niebieski szlak biegł tu również w prawo, natomiast interesowało nas Bukowe Berdo, a nie Pszczeliny. Droga była w miarę równa, co jakiś czas oferując malutkie pagórki i ciekawe skałki. Moja towarzyszka zrobiła mi zdjęcie z zaskoczenia, ale oczywiście ani nie pozostawałam jej pod tym względem dłużna, ani nie wzbraniałam się przed proszeniem jej o kadry z konkretnego miejsca.
Moja towarzyszka zatrzymała się na moment i kontemplowała, więc o dziwo ją wyprzedziłam. W pewnym momencie jednak wypatrzyłam tak fotogeniczną skałkę, że stwierdziłam, że chcę mieć tam zdjęcie, więc poczekałam na nią, by ją obsadzić w roli fotografa. Najpierw tam usiadłam, a później wstałam, rozpostarłam ręce i zawołałam:
– Marta zdobywczyni świata.














Naszło nas też na różne refleksje i chciałam nagrać na dyktafon tę, którą podzieliła się koleżanka. Że jak dojdziemy do oświetlonej góry, to zostanie tam do 18:00 celem kontemplacji. Poprawiła mnie jednak, że jednoczy się z górą już w tym momencie. Pani za nami zaczęła się śmiać i ja droczyłam się, że z niej, a ona, że z mojego mikrofonu z kotem. Tymczasem kawałek dalej szło przed nami małżeństwo z pieskiem.
– Czy mogę rzucić sucharem? (…) Zaczynam się obawiać mijanki z państwem z przodu, bo mają psa, a ja idę z kotem.
– To tylko nie rób „miau”, a będzie dobrze.
I było. Zrównałyśmy się z państwem. Niedługo później koleżanka chciała wyprzedzić państwa z psem i idealnie w momencie, gdy przeskoczyła na drugą połowę ścieżki, psiak przebiegł przed nią i ją zablokował 😉 Oj, bardzo nas to rozbawiło!
Spacery bieszczadzkie dodawały mi też pozytywnej energii dzięki napotkanym wędrowcom. Choć zwyczaj witania się na szlaku znałam już z innych gór, tu atmosfera była wyjątkowa. Nie mogłam wyjść z podziwu, z jaką serdecznością ludzie mówią sobie „dzień dobry” i „cześć” na szlaku.



Kolejny odcinek miał dużo gęstej roślinności w żywych odcieniach zieleni. Z jednej strony dawał poczucie przytulności. Z drugiej, mijanki w tych warunkach byłyby trudne. Mimo to obie, niezależnie od siebie, czułyśmy się oczarowane tą przestrzenią. Mijając ową „dżunglę”, zaczęłyśmy śpiewać początek piosenki z „Pocahontas” na wersy i o dziwo to koleżanka zaczęła:
– Ty masz mnie za głupią dzikuskę (…)
Kolejne dwa nieduże grzbiety wymagały użycia schodów. Ułatwiały one na pewno wejście na górę. A tam, poza drogowskazem, przy którym oczywiście nie mogłabym nie mieć zdjęcia pamiątkowego (Bukowe Berdo, 1313 m n.p.m.), znajdowała się konstrukcja z kamyczków, jak w Karkonoszach. Dołożyłam swój maleńki kamyczek.






Kontynuując przejście niebieskim szlakiem, musiałyśmy zejść schodami, kierując się jak na Przełęcz Goprowską. Na tym odcinku było mi tak gorąco, że marzyłam o tym, by mieć gdzie się zatrzymać i zdjąć polar. Ledwie dyszałam 😉 Tymczasem szedł ziomek z naprzeciwka, pewnie jakoś w podobnym wieku i rzuciliśmy sobie z uśmiechem zwyczajowe „cześć”, ale dodałam jeszcze:
– Fajna koszulka.
– Dzięki.
Miał T-shirt z Dywizjonem 303, tylko podpisany jako szwadron i z samolotem, być może Hurricane.
Przed kolejną partią schodów zrobiłyśmy sobie krótki przystanek, który wykorzystałyśmy również na sesję zdjęciową na tle tego, co nas jeszcze czekało. Schodów było zatrzęsienie, zakładam, że na pewno ponad tysiąc, ale zejście nie było trudne, tylko czasochłonne. Nie wiem, jakim cudem moja towarzyszka aż tak szybko je pokonała, ale spotkałyśmy się dopiero na Przełęczy Goprowskiej. Za schodami szłam jeszcze spory fragment wypłaszczoną, jakby łąkową ścieżynką, ale tu poza mijankami z ludźmi już nic mnie nie spowalniało.








Z Przełęczy Goprowskiej jak na dłoni było widać, ilu ludzi wybrało się na Tarnicę. Człowiek na człowieku. Miałyśmy idealne wyczucie, kiedy przybyć tutaj, a kiedy mieć na celowniku Muczne, choć dwa dni wcześniej, szukając busa do Wołosatego i słysząc, że jedna para chce kierować się na Muczne, mocno się zastanawiałyśmy, czy to nie jedyna okazja i czy nie zmienić planów. Dobrze zrobiłyśmy, trzymając się wstępnych założeń.
Kolejny odcinek był nam już znany sprzed dwóch dni i łączył szlaki czerwony z niebieskim. Ale i tak warto było patrzeć pod nogi – moją uwagę zwrócił tam ślimak bez muszli – pomrów błękitny, właśnie oryginalnej niebieskiej barwy.
Gdy z przełęczy pod Tarnicą kierowałam się w górę czerwonym szlakiem, jedna dziewczynka płakała. Obróciłam się i zobaczyłam idącą powoli w pojedynkę dziewczynkę, która na dodatek majstrowała coś przy nodze. Cofnęłam się i zapytałam, czy wszystko w porządku i potwierdziła, więc może to nie był jej płacz.


Wkrótce dotarłam do góry, gdzie miałyśmy zrobić sobie przerwę, ale okazało się, że koleżanka wyrwała do przodu tak, że zniknęła mi z oczu. Potem dowiedziałam się, że dla niej było tam za dużo ludzi. Tymczasem ja ubrałam tylko polar, bo zrobiło się chłodno i ruszyłam do przodu, by ją znaleźć. Przed nami był jeszcze niemal cały Szeroki Wierch.
Siedziała wpatrzona w górski bezkres na skraju drogi. Przyłączyłam się, by móc jednak się posilić. Mój telefon też by się już nie pogniewał za nakarmienie go z powerbanka 😉
Gdy siedziałyśmy przy ścieżce i podjadałam, wędrujący drogą pan zagadał do mnie:
– Fajna myszka – miał na myśli mikrofon.
– To kot – odpowiedziałam dumnie.
Koleżance chciało się ze mnie śmiać 😉 Gdy jednak przeszło koło nas więcej ludzi, usłyszałam:
– Chodźmy dalej, bo tu jest jak na jarmarku.
– Poczekaj, chcę zjeść.
Ona jednak nie chciała tu kontemplować, a ja byłam jednocześnie zachwycona widokami, głodna i obawiałam się po tym, jak wyglądał ostatni odcinek, że znów będziemy szły kawał drogi bez przerwy, bo ludzie ciągle byli w ruchu. Ostatecznie przysiadłam, nawet parę osób rzuciło do mnie „smacznego”, a ja sobie jadłam, pstryknęłam parę zdjęć i mogłam mimo wszystko się wyciszyć. Jakieś 10-15 minut później znalazłam swoją towarzyszkę na niewielkim wypłaszczeniu przy drodze, nie poszła szczególnie daleko. Chciała jednak dalej kontemplować, a ja już solidnie zmarzłam, więc powiedziałam, że powoli podreptam do przodu i mnie dogoni, jak już będzie chciała. Zeszłam po schodach i założyłam nawet kurtkę oraz rozpięłam kieszenie spodni, by schować tam ręce.




Choć raźniej było mi w towarzystwie, te samotne odcinki pokazały mi, że gdy wokół są ludzie, którzy ewentualnie mogą pomóc, szlak nie jest zbyt niebezpieczny i warunki są sprzyjające, to dałabym sobie radę, wędrując w pojedynkę. Myślę, że oswoiły mnie z górami na dwa nadchodzące dni.
W pewnym momencie jednak znów złączyłyśmy siły i trasa przebiegała tak, że w sumie nie oddalałyśmy się od siebie za bardzo, ale trzymałyśmy zbliżone tempo.
Do Ustrzyk dzieliło nas półtorej godziny. Były schody. Były leśne wypłaszczenia, ale i leśne spadki. Grunt, ze szlak był dobrze oznaczony. Widząc mikro rozdroże, powiedziałam:
– Chyba nie ma różnicy, jak pójdę.
– Rondo.
– Dużo tych rond, jak w Lęborku.
– Sam Lębork. Ronda. Schody jak w Parku Chrobrego.









Dotarłyśmy do wiaty, gdzie był drogowskaz. Czekało nas jeszcze 50 minut marszu, więc wcześniejszą część drogi do Ustrzyk pokonałyśmy w czasie o kwadrans krótszym od szacowanego.
Na leśnym odcinku obserwowałyśmy przyrodę i kompozycje, jakie tworzyła. Huby, nietypowe kształty powalonych pni drzew, do tego porośnięte mchem – oj, było na co popatrzeć! Cześć trasy pokonywałyśmy po kładkach, część po ubitej ziemi. Nie zawsze jednak było płasko. Na pewnym odcinku zejście było pod tak dziwnym skosem, że musiałam podbiegać, bo inaczej aż mi palce zjeżdżały ku czubkom butów.
– Skaczesz jak [wędrowiec] wczoraj – zażartowała koleżanka.
W pewnym momencie zapytałam ją:
– Czy to jest dźwięk deszczu, czy samochodów już?
– Dźwięk strumyka. Odpowiedź C.



Niedługo później na naszej trasie rzeczywiście pojawił się strumyk. Spacerując już równym tempem, wymieniałyśmy się po drodze spostrzeżeniami co do otaczającej nas przestrzeni. Gdy zatrzymałyśmy się, by zrobić zdjęcia hub, które wypatrzyła koleżanka, minęli nas wszyscy ludzie, którzy szli tuż za nami. Powiedziałam:
– O, patrz. Wszyscy ludzie przeszli. Mamy las dla siebie.
Niedługo później ja wskazałam małą hubę w omszonym pniu, co dość artystycznie wyglądało. Gdy moja towarzyszka także kucnęła, by ją uwiecznić, zawołała nagle:
– Patrz, tam jest tęcza!
I ja tak patrzyłam, patrzyłam i nie widziałam, póki nie wskazała mi kierunku. Wtedy uświadomiłam sobie, że miała na myśli cieniutki, wygięty łukowato pień drzewa 😉
Widząc jedną z dłuższych kładek, które pojawiały się tu dość licznie, uznała, że to „never ending story„, tymczasem moją uwagę zwróciły mało wyróżniające się stopnie, bo deski zlewały się w oczach i powiedziałam:
– Oczopląsu można dostać od tych stopni.




Ostatecznie dotarłyśmy do punktu kasowego Terebowiec. Ucięłam sobie pogawędkę z panią i przybiłam pieczątkę (na ostatnich kartach książeczki, będąc dopiero w połowie zwiedzania polskich parków narodowych), podczas gdy moja towarzyszka oglądała pamiątki. Zaciekawił mnie też wisząca niemal w powietrzu larwa przy drzewach nieopodal.
Stamtąd do Ustrzyk było bardzo blisko, a mając jeszcze czas do autobusu (o tej porze jechał taki regularnej linii, na który załapałyśmy się dwa dni wcześniej) popatrzyłyśmy, co oferują lokalne sklepiki. Zaopatrzyłam się w wędzony kozi ser Halumi, który wydał mi się smaczny, a dotąd jadłam tylko oscypki z owczego sera. Zjadłyśmy obiad w lokalu „Pod Połoniną”, zamówiłam gulasz z kopytkami i surówkami, którego nie jadłam całe wieki. Musiałam przyznać, że był pyszny, choć dla mnie ciutkę zbyt pikantny, a do tego naszła mnie taka myśl, że pod kątem obiadów jem na urlopie lepiej niż na co dzień 😉 Niedługo później wróciłyśmy do naszej bazy.
Bilans dnia to pokonane około 15 km. Trasa z wszystkimi przystankami zajęła nam jakieś 6 godzin. Ze względu na kąt spadków i wzniesień bardzo mocno pracowały stopy i czułam, że to im najbardziej musiałam dać odpocząć przed kolejnym dniem, już przedostatnim w samych Bieszczadach.


Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
