Od rana dzień był deszczowy. Zapowiadały się burze i nawet usłyszałyśmy o poranku parę grzmotów. Gdy sytuacja nieco się uspokoiła, ale wciąż była niepewna, przeszłyśmy się po Wetlinie. Nareszcie kupiłam bieszczadzkiego anioła, jak o tym marzyłam (kiedyś jednego dostałam, ale przywieziony z własnej wyprawy to co innego). Miał zielony strój i był namalowany na tle przyrody, więc skojarzył mi się z Matką Naturą.


Wróciłyśmy do bazy, by się posilić i obserwowałyśmy pogodę za oknem. Gdy już chciałyśmy wychodzić, znowu się rozpadało. Niby było jasno, słońce prześwitywało, a jednocześnie widziałyśmy ścianę wody. Koleżanka spytała z nadzieją:
– Sprawdzamy pogodę?
– Na moje, a siedzę jakieś 2 metry od okna, to dalej pada – roześmiałyśmy się.
– Według prognoz jeszcze 50 minut opadów.
– To może ja wrócę do pisania?
Udało się nam wyjść po dwunastej. Na celowniku miałyśmy tym razem krótszy szlak. Nie było jednak łatwo złapać busa do Przełęczy Wyżnej. Pan nas przekonywał, byśmy zamiast żółtego szlaku wybrały czarny, ale zależało nam na krótszym, który ponadto zaczynał się od obelisku Harasymowicza. Na szczęście znalazły się dwie panie chętne na podróż w tę samą stronę, a nawet ciut dalej od nas i pan dał się przekonać, by zabrać naszą czwórkę i nie czekać dalej, czy ktoś jeszcze się pojawi. Panie pochodziły z Sieradza, przy czym córka Kinga (mniej więcej w naszym wieku) na co dzień mieszkała w Niemczech. Przeszła z nami na Ty i pytała, skąd jesteśmy. Gdy okazało się, że przyjechałam z Gdańska, wspomniała, że Niemcy dalej tęsknią za Gdańskiem i płaczą, że „Polacy im go odebrali”, ale przepiękne miasto. Moja towarzyszka zauważyła, że ja mam fioła na punkcie Gdańska, a sama przyznałam, że jestem gedanistką z wykształcenia (pierwszy raz tak komuś o sobie powiedziałam!). Gdy wyszło na jaw, że prowadzę też bloga, postanowiłam „poczęstować” je wizytówką.





Rozpoczęłyśmy zwiedzanie około 13.00. Weszłyśmy przy Przełęczy Wyżnej na żółty szlak. Na początek zobaczyłyśmy wspomniany obelisk. Przed nami właściwie szedł tylko jeden pan w żarowiastym żółtym stroju. Choć zaczynaliśmy niemal równocześnie, szybko zniknął nam z oczu, bo przynajmniej w kluczowych momentach trasy starałam się uwieczniać co nieco na zdjęciach czy nagraniach. Zrobiłam tego dnia jednak znacząco mniej kadrów niż zwykle, odpuściłam też mikrofon, bo aura nie sprzyjała. Deszcz padał mniej lub bardziej intensywnie przez większość drogi. Minęliśmy też nieco osób zmierzających w przeciwnym kierunku. Jeden z panów stwierdził, że widoków u góry nie ma żadnych, ale przejść się można.





Jakiś czas później przeszłyśmy na czerwony szlak i właściwie nim szłyśmy przez większość trasy. Głównym celem był bowiem spacer Połoniną Wetlińską ku Przełęczy Orłowicza, by wyjść w samej Wetlinie. Trasa nie była łatwa ze względu na panujące warunki pogodowe, bo szlak był mokry i śliski. Na górze przez większość czasu widziałyśmy gęstą mgłę, białą niczym mleko, na szczęście z widoczną do pewnego stopnia drogą przed nami i pięknym kolorytem samej połoniny. W momentach lepszej widoczności lub tam, gdzie mgła tworzyła ciekawe kompozycje, np. ze skałkami, pstryknęłam parę zdjęć i nagrałam parę urywków do filmiku z kolejnego dnia (swoją drogą koleżanka uznała, że te filmiki są super pamiątką!).















Wkrótce dostrzegłyśmy rozdroże z oznaczeniami szlaków, z jednoczesną informacją poniżej o zmianach w ich przebiegu. Trochę skołowane, widząc we mgle jakiś dach, ruszyłyśmy ścieżką w stronę budynku (kierowca busa radził nam wcześniej pominąć zakazy i iść jak na schronisko Chatka Puchatka). Niestety, ale zaliczyłam tutaj spektakularną glebę i zjechałam na pupie. Na szczęście miałam plecak osłonięty przed deszczem, a na sobie przeciwdeszczową pelerynę. Jedynie dłonie miałam czarne od błota, które weszło aż pod paznokcie. Poprosiłam koleżankę, by wyciągnęła mi mokre chusteczki i zaczęłam z grubsza czyścić dłonie. Tymczasem dotarłyśmy do bacówki (bo tym okazał się zadaszony budynek). Tam mogłam wyrzucić chusteczki, wykorzystałam też deszczówkę do opłukania rąk i ruszyłyśmy wskazaną ścieżką. Miałyśmy dojść do drogi na górze za 20 minut.
Zajęło nam to mniej czasu, ale sam punkt był miejscem ciekawego spotkania. Nagle z bocznej drogi wyłonił się wędrowiec. Zaczął z nami rozmawiać i okazało się, że nie wiedział, którędy chce iść, ale chciał dotrzeć do Wetliny, gdzie zatrzymał się na polu namiotowym. Powiedziałyśmy, że my zmierzamy do Wetliny przez Przełęcz Orłowicza i jak ma ochotę dołączyć, to zapraszamy. Szybko złapaliśmy wspólny język, choć był na oko z dekadę starszy od nas. Co więcej, gdy przeszliśmy na Ty i zaczęliśmy gadać, skąd przybyliśmy, okazało się, że nie tylko ja jestem z Gdańska 😉 Świat jest doprawdy mały! Łączyło nas miasto, znał jednego z moich wykładowców i zajmował się m.in. rzeźbą.


Mężczyzna skomentował fakt, że idziemy hardo taki kawał i wybrałyśmy się w taką pogodę, że „jesteśmy bohaterki”. Jednocześnie zostawałam czasem z tyłu nie tylko dlatego, że obawiałam się kolejnego upadku i szłam ostrożnie, ale momentami miałam też upatrzony jakiś kadr i potrzebowałam, by już przeszli.
Nowy kompan wzbogacił naszą wędrówkę o dodatkowe tematy. Chociażby wskazał na będące częścią szlaku schody, podkreślając, że są solidne, bo wykonano je z dębowego drewna.
Na Osadzkim Wierchu (1253 m n.p.m.) zrobiliśmy sobie krótką przerwę regeneracyjną i pogadaliśmy we czwórkę z panem ubranym w żarowiasto żółty strój, którego widziałyśmy na starcie. On też nas pamiętał, okazało się, że przyjechał w Bieszczady z Wrocławia, a obecny punkt był jego docelowym, wiec wkrótce zawrócił do auta. W tym miejscu poprosiłam o pamiątkową fotkę, choć wolałam nie myśleć, jak bardzo jestem ubrudzona 😉



Na dalszym odcinku moi kompani znów wyrywali do przodu, po czym na mnie czekali. Nawet potem opowiadałam nowemu koledze, że jestem nieprzyzwyczajona, bo z kim bym do tej pory nie była w górach, to zawsze ja na kogoś czekałam, a koleżanka jest pierwszą osobą, którą to ja gonię. Ona przyjechała tu prosto z Tatr, więc już wyrobiła sobie kondycję, tymczasem ja ostatnio w górach byłam rok temu (w Karkonoszach). Ale sam nasz towarzysz w pewnym momencie tego pędu się zreflektował i zażartował:
– Co my tak pędzimy? Mieliśmy podziwiać widoki!
Cóż, wszędobylska mgła nie ułatwiała tego zadania 😉 Ale dostrzegłam też ciekawostkę nieco bliżej: słupek, który okazał się znakiem pomiarowym. Tylko po samym napisie nie byłam w stanie stwierdzić, co mierzono. Przeszliśmy też przez wąskie ścieżki między gęstwinami różowych kwiatów. Gdy zatrzymałam się w innym miejscu niełatwym do przejścia z powodu niskich gałęzi, by uwiecznić, przez co przeszłam, nasz kompan porozumiewawczo pokiwał głową, że przystanęłam, by uwiecznić je w kadrze.






Gdy dotarliśmy do Przełęczy Orłowicza we trójkę, zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać, czy chcemy się jeszcze wspinać na Smerek. Kolega stwierdził, że może iść z nami, jeśli nie będzie nam przeszkadzał. Uznałyśmy, że nie. A że byłam tam po raz pierwszy i zobaczyłam na tablicy, że trasa w obie strony zajmie nieco ponad pół godziny, to zasugerowałam, by podjąć wyzwanie.
– Ale zawodniczki – powiedział z uznaniem.
– Jaka drużyna – dodała koleżanka.
Ostatecznie ekipa się zgodziła, choć na miejscu nasz towarzysz żartował, że należy się im po 50 zł, bo przyszli tu dla mnie 😀 Na Smerku znajdował się krzyż z trzema innymi krzyżami poniżej, na tej pionowej „belce” – prawosławnym, tzw. krzyżem Tau oraz równoramiennym jak harcerski. Tu też zapozowałam 😉 Widoczność była bardzo ograniczona, ale jak na życzenie, wiatr rozwiał na chwilę mgły i nawet to przejaśnienie, które wypatrzył nasz nowy znajomy, udało mi się nagrać 🙂 To trwało ledwie moment.






Zawróciliśmy do przełęczy i skierowałyśmy się szlakiem na Wetlinę. Drogowskaz sugerował dwie godziny na trasie. Pomijając jakieś pojedyncze zwały błota na całą szerokość ścieżek, ten odcinek był całkiem przyjemny i niemal nie padało, choć czułam, że moje buty już i tak średnio dają radę z zatrzymywaniem wilgoci na zewnątrz.
Początkowo szliśmy jeszcze połoniną, ale wkrótce znaleźliśmy się w lesie.
– Taki checkpoint ominęłaś, takie skałki. Nic ciekawego potem nie będzie na tym blogu – droczył się nasz towarzysz.
– Robiłam zdjęcie szlaku z góry, ale i tak go nie użyję, bo mam Was w kadrze 😉
Niedługo później zaczęły śpiewać ptaszki. Kolega zagaił:
– Chyba przestaje padać, skoro już ptaki śpiewają.
– Myślę, że to śpiewa gil – stwierdziłam.
– Umiesz rozpoznawać dźwięki ptaków?
– Tylko niektóre. Pewnie powinnam znać więcej.



Dotarliśmy do drogowskazu przy wiacie, w której jakiś wędrowiec szykował sobie posiłek. Tymczasem mnie zastanowiło, że szliśmy od przełęczy raptem kwadrans, a czas do przejścia już się skurczył do godziny. Niedługo później kolega zauważył dwie kłody leżące niemal jedna za drugą i jako całość skojarzyły mu się z wężem. Włączyłam się w zabawę, przyjrzałam tylnej i uznałam:
– Ja tu widzę pyszczek.
Próbowałam nagrać filmik, jak wygląda droga przed nami, ale że moi kompani rozmawiali ze sobą, dopiero trzecia próba skończyła się powodzeniem.



Minąwszy po drodze jeszcze parę malowniczych obrazków, dotarliśmy do parkowego punktu Stare Sioło. Na drogowskazie nieopodal widniała informacja o kwadransie do Wetliny, ale dopiero tutaj zobaczyliśmy, jak się wypogodziło, mgły stopniowo przechodziły i na horyzoncie dało się dostrzec górskie szczyty. Nasz towarzysz śmiał się, że teraz nareszcie może zrobić użytek z lornetki, którą zabrał w trasę. Gdy i mi pozwolił popatrzeć, zachwycił mnie efekt trójwymiarowości i oczywiście same widoki, które uwieczniłam telefonem przez lornetkę, a on podpatrując ten patent, uznał, że kiedyś sam spróbuje.






Gdy szliśmy dalej, na wielkiej połaci trawy zobaczyliśmy ustawiona zjeżdżalnię i wydało się to nam tak abstrakcyjne, że aparaty poszły w ruch, by to uwiecznić 😉 Kolega nawet droczył się z koleżanką, by usiadła „na huśtawce”, ale i bez tego uznał to za najciekawsze zdjęcie wyprawy.
Żółty szlak wyprowadził nas ostatecznie do Wetliny, gdzie przyszedł czas na ostatnie nagranie. Po wielu próbach, by nie mieć aut i ludzi w kadrze, udało się, ale sporo się przy tym naśmialiśmy. Na koniec nasz kompan zasugerował, że fajne byłoby zdjęcie, jakbym usiadła na ławeczce, a że pomysł wydał mi się ciekawy ze względu na oryginalność tych ławeczek, chwilę później go zrealizowaliśmy. Wówczas ruszyliśmy już w trójkę przez Wetlinę, by każdy mógł wrócić „do siebie”.



Minęłyśmy jednak naszą bazę, bo najpierw chciałyśmy ogarnąć coś do jedzenia. Wiedziałam, że gdy zdejmę buty i skarpetki, to prędko z domu znów nie wyjdę. Pożegnałyśmy się z nowym znajomym, który ruszył dalej, tymczasem my umorusane weszłyśmy do upatrzonego lokalu gastronomicznego („Kredens”) i zapytałyśmy, czy dostaniemy jedzenie na wynos. Gdy rozejrzałam się wokół, czułam, że tam nie pasujemy, bo „wszyscy są tacy czyści” 😉 Po tym, jak to powiedziała koleżanka, survivalu poszłyśmy zjeść obiad już w swoich czterech kątach i wybitnie nam smakował po naszej wyprawie. Koleżanka przyznała, że dawno nie miała takiej przygody, a ja dodałam:
– Marta jest magnesem na przygody!
Bilans dnia to jakieś 18 km podczas pięciogodzinnej wędrówki przez szlak. Dorobiłam się dwóch odcisków, złamanego paznokcia i zakwasów w kolejnej partii nóg. Trasa okazała się wymagająca w tych warunkach, a widoki były mało spektakularne w tej mgle, ale czułam, że podołałam wyzwaniu i wyszłam poza swoją strefę komfortu w pozytywnym znaczeniu tego zwrotu. Jestem też przekonana, że to właśnie ten skład osobowy sprawił, że cała nasza trójka przeszła szlak w całości. Nie zdecydowałabym się na samotne spacery we mgle, koleżanka pewnie zwątpiłaby w tym deszczu, a napotkany wędrowiec zawróciłby może, gdyby nie nasze towarzystwo i po trosze męska duma w towarzystwie dwóch pań 😉 Niestety, solidnie zmoczyłam i wybrudziłam też buty, jedyne typowo górskie, jakie zabrałam (mój błąd!). Naładowałam papieru, zasypałam ryżem i byłam ciekawa, w jakim stanie będą nazajutrz…
Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
