Niech czuwają nad Wami bieszczadzkie anioły!

Poranek spędziłam na pakowaniu i pisaniu o Rzeszowie, niespiesznie jedząc śniadanie i popijając herbatkę. W związku z tym, że powinnam się wymeldować o 11:00, a busa do Wetliny miałam dopiero po 14:00, musiałam sobie jakoś ten czas wypełnić. Postanowiłam nie spacerować w upale (zapowiadali do 31°C) z bagażem (kilkanaście kilogramów jednak), szczególnie mając zrealizowane wszystkie zamierzenia, ale zaszyć się w jakimś lokalu gastronomicznym i zjeść przed podróżą, pisząc dalej to, czego nie skończyłam. Wcześniej, przed otwarciem wybranej pizzerii, poszłam posiedzieć w parku przy Placu Ofiar Getta, bo był blisko i podobało mi się tam dzień wcześniej 🙂 W niedzielny poranek okazał się jednak miejscem schadzek ludzi, dla których piwko przed południem nie było problemem. Ale że siedziałam kawałek od nich, a oni mnie nie zaczepiali, to nie zmieniałam miejsca. Około południa zebrałam się do pizzerii, gdzie spędziłam kolejną godzinę. Dopiero wówczas ruszyłam na dworzec autobusowy, gdzie spotkałam się z koleżanką, bo miała mi towarzyszyć przez część wyjazdu.

Razem ruszyłyśmy busem do Wetliny. Droga zajęła około 3,5 godziny, przy czym początkowo odnotowywałam za oknem głównie ciekawe bryły kościołów, a dopiero na koniec górskie krajobrazy. Gdy wysiadłyśmy w Wetlinie i po krótkiej wędrówce dotarłyśmy do miejsca noclegu (Jakubówka), gdzie mogłam zrzucić z siebie bagaże, poczułam, że naprawdę jestem na urlopie. Miejską turystką bywam częściej, nawet w swoich okolicach, a jednak wyjazd na łono natury to co innego.

Rozpakowałyśmy się z grubsza, by zabrać kilka podstawowych rzeczy i pójść jeszcze coś zjeść. Po drodze mijałyśmy stragany z pamiątkami. Miałam zamiar na dniach nabyć (tu lub gdzieś indziej) pocztówki z Bieszczadami, ale tymczasem zakupiłam ostatni egzemplarz torby, która wpadła mi momentalnie w oko, gdy tylko tędy przechodziłyśmy, idąc z busa. Postaci Włóczykija (a i ja mam w sobie żyłkę wędrowniczą) towarzyszył napis „Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” 😉

Moja towarzyszka zasugerowała sławne gigantyczne naleśniki z jagodami w „Chacie wędrowca”. Na jagody nie trzeba było mnie dwa razy namawiać, ale choć wybrałam średniego naleśnika, ledwie byłam w stanie go zjeść, bo był gruby (i smakował podobnie) jak racuchy. Natomiast samo miejsce i fakt, że zajęłyśmy chyba najlepszy stolik z możliwych, sprawiły, że stwierdziłam, że mogłabym siedzieć tam, popijając herbatkę i kontemplując widoki.

Wracałyśmy już po zapadnięciu zmroku, ale miałyśmy blisko. Po powrocie rozpakowałyśmy się do końca. Zapytałam koleżankę, ile półek potrzebuje, czy woli wieszaki, ale uznała, że nie wykorzysta szafy, tylko rozłoży walizkę koło swojego łóżka. Gdy skończyłam swoje rozpakowywanie, powiedziałam:

– Jakby co, zajęłam całe pół szafy (…) – a następnie dodałam, jakbym ją cytowała: „Jakby co, zajęłam pół pokoju.” Wiedziałam, że mogę sobie pozwolić na takie przekomarzanie, bo miałyśmy już niejeden wspólny wyjazd za nami. I już nie mogłam się doczekać pierwszego dnia na szlaku.

Poranek, choć ten dzień miał być jedynym całkowicie słonecznym, powitał nas deszczem i mgłą. To tylko pokazało, jak zaskakująca potrafi być pogoda w górach. Chcąc przeczekać kaprysy pogody i zobaczyć, w którym kierunku rozwinie się sytuacja, najpierw odwiedziłyśmy sklep, by uzupełnić prowiant. Zrobiłam zdjęcie w kierunku rzeki Wetlinki i rzuciłam:

– Muszę tu zrobić zdjęcie. Wiem, że robiłam wczoraj, ale jest klimacik.

Już wracając ze sklepu, przekonałyśmy się, że pogoda dopisze, więc bluza i kurtka wylądowały asekuracyjnie w plecaku. Najpierw podeszłyśmy pod sklep, skąd odjeżdżały busy, ale tylko do Ustrzyk Górnych, więc czekała nas przesiadka do Wołosatego. Oba busy w tę stronę kosztowały nas w sumie 25 zł, co uznałyśmy zgodnie za dosyć wysoką stawkę. Miałam na sobie blogową koszulkę i koleżanka uświadomiła mnie, że pewni turyści się jej przyglądali. Nie speszył mnie ten fakt, a wręcz ucieszył:

– Bardzo dobrze, niech będzie reklama. Zapraszam na bloga 😉

Ponadto na tym odcinku ucieszył mnie widok turbo serpentyny, którą miałyśmy jechać.

Nim weszłyśmy na szlak, musiałyśmy wykupić wstęp do parku. Szkoda, że nie mogłam kupić zbiorczego biletu na kilka dni. Z niemałą euforią rozpoczęłam wędrówkę i postanowiłam po drodze nagrać parę filmików na pamiątkę oraz do sklejenia celem publikacji na moim kanale Youtube.

Przy drugiej tabliczce zastanowiło mnie, czy uda mi się zrobić kadr z krajobrazem tak, żeby było widać, co wskazuje drogowskaz.

– Wiesz, co Ci powiem? – zagaiłam swoją towarzyszkę. – Według tabliczek już pięć minut minęło, a nie idziemy pięć minut aż.

Stwierdziłam też, że jest na tyle ciepło, że zdejmę chustkę z szyi. Dałam koleżance swoje rzeczy (mapę i telefon z podłączonym mikrofonem z tzw. kotem, by ograniczał szumy) i zasugerowałam, że ją dogonię. Chwilę później zagadałam do niej:

– Przekazanie pałeczki.

– Chyba kota.

– Miau – i pogłaskałam mikrofonowe futerko 😉

Mały wędrowiec zapytał zresztą mamę kawałek dalej o mój mikrofon, co to jest. Gdy zorientowałam się, o co mu chodzi, powiedziałam do chłopca:

– To jest mikrofon i ma takie specjalne futerko, żeby nie zbierał szumu wiatru.

– A dlaczego mijamy już kolejną osobę z takim czymś? – zapytał mamę.

– Cały czas to jest ta sama pani i pewnie do samej góry będziemy szli tym samym szlakiem.

Trasa na Tarnicę miała mieszaną nawierzchnię. Czasem było piaszczyście lub kamieniście, a momentami wchodziłyśmy po schodach. Niebieski szlak na początku dał mi się mocno we znaki podejściami. Zauważyłam kolejną tabliczkę, lecz okazało się, że nie mogę z jej pomocą porównać naszego czasu i czasu według założeń szlaku, bo wskazywała wyłącznie kierunek.

Chwilę później poprosiłam koleżankę, by uwieczniła moją wędrówkę. W sumie miałyśmy takie tempo, że moja towarzyszka, bo ona prowadziła, śmiała się:

– To jest bieg na Tarnicę.

– Widzę, że zainspirował Cię TravElos, którego rano słuchałam na Youtube.

On mówił, że przeszedł szlak na Tarnicę godzinę szybciej niż zakładany czas. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale my zamiast 2:15 potrzebowałyśmy 1:30, więc też całkiem nieźle. Za to na miejscu spędziłyśmy około 20 minut.

Wracając jednak jeszcze na szlak, czekało nas trochę przygód, nim zdobyłyśmy najwyższy z lokalnych szczytów. Koleżanka zaśmiała się, widząc kolejne schody:

– Park Chrobrego [w Lęborku]. Jednocześnie na innych schodach podbiegała jak koziczka. Pozwoliłam sobie to nagrać, by potem jej pokazać, jakie tempo narzucała 😉

Jeszcze w kontekście uwieczniania chwil z pomocą stosownej aparatury, nasza uwagę zwrócił pan, który był niezadowolony ze zdjęcia, które zrobiła mu jego towarzyszka, wiec zasugerował jej, by zrobiła mu takie, jak on zrobił jej.

– Jakbym słyszała Ciebie – rzuciła koleżanka.

– Męska wersja Marty – przyznałam.

Z kolei inny pan powiedział do pani, która zatrzymała się i robiła zdjęcia:

– Tamujesz ruch.

– Ja Panią rozumiem. Mi też koleżanka ucieka, a ja robię zdjęcia – rzuciłam.

I sama zatrzymałam się chwilę później, by porobić trochę zdjęć z niebieskiego szlaku.

Dotarłyśmy do Przełęczy na wysokości 1275 m n.p.m., a kwadrans później wdrapałyśmy się na docelowy szczyt tego dnia. Zdobyłyśmy Tarnicę (1346 m n.p.m.)! Mega tam wiało. Trudno się nagrywało, ale też robiło zdjęcia, bo było troszkę turystów jednak. Właściwie uwieczniłam charakterystyczny krzyż, kombinowałam, jak mieć jakiekolwiek pamiątkowe zdjęcie ze szczytu, w czym zainspirowała mnie koleżanka. Usiadła na ławeczce, obracając się w stronę barierek. Wypróbowałam ten kadr i był wyjątkowo fotogeniczny. Jednocześnie jednak trudno było mi przekazać swojej towarzyszce, jaką mam wizję na zdjęcie z moją osobą i w miarę udało się ją zrealizować po kilku próbach. Tymczasem z detali zachwyciła mnie zielona gąsienica motyla, a na jednej z belek dopatrzyłam się gdańskiej naklejki 🙂

Miałam cudowny humor. Podczas zejścia podśpiewywałam piosenkę Nalepy, ze szczególnym naciskiem na wers: „Wicher silne drzewa głaszcze, hej!” 🙂

Przez moment szlaki niebieski i czerwony biegły razem. Szłyśmy dość wypłaszczonym odcinkiem jak na Halicz. Koleżanka uznała, że było ładnie, nie mijałyśmy tabunu ludzi i mogłyśmy się rozkoszować tym szlakiem. Stwierdziła wręcz:

– Tutejsze widoki są dla duszy jak ciasteczko z kremem.

Moją duszę radowały z kolei serdeczne przywitania na szlaku między wędrowcami – cudowna tradycja! W tym momencie akurat „cwaniakowałyśmy”, bo schodziłyśmy i z zacieszem na buzi wołałam „cześć” i „dzień dobry” do osób, które akurat się wspinały i było po nich widać ten wysiłek.

W związku z faktem, że szłyśmy podwójnie oznaczonym szlakiem, gdy dało się już zauważyć, że się rozchodzą, poprosiłam koleżankę, by pstryknęła mi fotkę „a la myśliciel” i wydałam z siebie nawet naprawdę charakterystyczne „hmmm…” 😉 Ostatecznie dotarłyśmy do Przełęczy Goprowskiej, gdzie zrobiłyśmy sobie krótką przerwę na przekąskę i ruszyłyśmy na prawo.

Po przejściu kolejnego odcinka odsłonięta połać ustąpiła na moment wąskiej ścieżce porośniętej wokół niczym wrota do Tajemniczego Ogrodu. Później dróżka była dalej wąska, ale już towarzyszyła jej niska roślinność. Znalazłam świetne miejsce do kontemplacji, gdzie poprosiłam koleżankę o uwiecznienie mnie. Spodobał mi się tam detal, konkretna skałka, a wraz z nią rozciągające się widoki. Usiadłam, patrzyłam w dal, rozpościerałam ramiona, ostatecznie ułożyłam z dłoni serduszko. Do tego momentu przez pewien odcinek wyprzedziłam koleżankę, ale gdy czekałam na zaangażowanie jej w roli fotografa, to zrównałyśmy się, a później ponownie mnie wyprzedziła.

Gdy byłyśmy za połową drogi na Halicz, dostałam głupawki i zaczęłam śpiewać piosenki, głównie Disneya:

– Wyczuwam go za pasmem gór i tam gdzie wodospadów chór…

Prawie tańczyłam na tym szlaku z radości i jeden pan, gdy mnie mijał, nawet się uśmiechnął pod nosem. Zachwyt nie towarzyszył tylko mi. Koleżanka obróciła się nagle i zawołała:

– Patrz, jak ładnie [wygląda], którędy szłyśmy.

Gdy dotarłyśmy na Halicz (1333 m n.p.m.), zrobiłyśmy sobie przerwę. Tutaj też ustawiono krzyż, co wydało mi się ciekawą prawidłowością. Siedziałyśmy, wykorzystałam moment, by chwycić coś do jedzenia i rozejrzeć się wokół. Poza widokami na Haliczu dało się dostrzec sporą grupkę ludzi. W pewnym momencie poczułam wzrok na sobie i usłyszałam panią od ciekawskiego chłopca 😉

– Mówiłam Ci, że jeszcze będziemy widzieli panią z mikrofonem.

Pomachaliśmy sobie i się do siebie uśmiechnęliśmy.

– Jakiś czas się nie widzieliśmy – zauważyłam.

– Był czas zatęsknić – skomentował tata chłopca.

Państwo schodzili z Halicza chwilę szybciej niż my (moja towarzyszka kontemplowała, ja się ubrałam, by się osłonić przed wiatrem i dlatego chciałam w sumie też niedługo iść, ale dałam jej czas i poprosiłam jeszcze o zdjęcia). Pan na do widzenia powiedział:

– Pewnie jeszcze gdzieś się miniemy na szlaku.

– Na pewno – przytaknęłam.

– Do zobaczenia – pan się uśmiechnął.

Na szlaku przypomniała mi się jeszcze piosenka „Wędrówką jedną życie jest człowieka” w wykonaniu zespołu SDM. I tak wędrowałyśmy, pozując gdzieniegdzie, napawając oczy widokami i w oddali, i pod naszymi stopami (dopatrzyłyśmy się gąsienicy innego gatunku motyla). Tymczasem wiatr rozhulał się na dobre i byłam przekonana, że gdyby nie dodatkowe obciążenie w postaci plecaka, to autentycznie by mnie zwiało…

Naszło mnie też takie przemyślenie, że na szlakach cudownie jest być offline. Planowałam sama z siebie odciąć się od sieci, co praktykowałam coraz częściej i podczas mniejszych wycieczek, ale w Bieszczadach i bez tego nie miałam zasięgu. Czułam się naprawdę świetnie, mogąc w pełni zaangażować się w odkrywanie przestrzeni wokół, nie dając się odrywać zewnętrznym bodźcom.

W pewnym momencie zobaczyłyśmy kawałek drewna, na którym dało się usiąść i postanowiłyśmy się posilić. Na horyzoncie nie było nikogo i fajnie się nam rozmawiało i wpatrywało w góry. Gdy wstałyśmy, by ruszyć dalej, zauważyłam, że chrząszcz walczył z wiatrem. Podlatywał i go zwiewało, i tak w kółko. W pewnym momencie upadł na pokrywy skrzydeł.

– Się przewrócił! – zawołałam.

– Podaj mu rękę – zażartowała koleżanka.

A ja faktycznie paluszkiem obróciłam go, by pomóc mu odlecieć.

Szłyśmy dalej i nagle zobaczyłyśmy nieduże rozgałęzienie dróg i zażartowałam:

– Idź drugą stroną, te ścieżki się chyba spotykają za chwilę.

– Za późno – szła już za mną.

Zatrzymałam się, by zrobić zdjęcie szlaku przed nami i spostrzegłam się, że koleżanka zawraca tą drugą ścieżką.

– To jest jak rondo – uznała.

– Ale czemu Ty idziesz rondem? – zdziwiłam się.

Tymczasem moje zatrzymanie się moja towarzyszka odebrała jako komunikat, że dalej nie ma już szlaku.

A widoki przyrody przed sobą odebrałam jako jedne z piękniejszych tego dnia i właśnie ów kadr rozesłałam wieczorem kilku osobom z pozdrowieniami z gór. Chciałam też być częścią tego krajobrazu, więc poprosiłam swoją towarzyszkę o zdjęcie jak idę szlakiem.

Wkrótce minęłyśmy Przełęcz Bukowską i odbiłyśmy na moment w lewo, by dotrzeć do granicy państwowej z Ukrainą. Tabliczka informowała: „Pas drogi granicznej. Wejście zabronione”.

Zawróciłyśmy do ostatniego rozdroża, by tym razem kontynuować wędrówkę w prawo. Stąd dzieliły nas dwie godziny do Wołosatego. Zauważyłyśmy, że przebiegała tędy droga krzyżowa. Szło się niczym przez las, teren był już raczej płaski , gdzieniegdzie dopatrzeć się można było wody w postaci strumienia czy stawu.

– Twoja rodzinka przed nami – zagaiła moja towarzyszka.

Rzeczywiście, chwilę później dogoniłyśmy rodzinkę z ciekawskim chłopcem.

– Dzień doberek – zawołałam radośnie.

Państwo się przywitali, a my zagadałyśmy młodego:

– Ale masz super kondycję!

– Już się powoli kończy – przyznał tata.

– A co się stało? – zapytałam.

– Uda go bolą.

– Jesteś i tak naszym bohaterem. Dasz radę. Już niedużo zostało do Wołosatego.

Później się okazało, że jeszcze szłyśmy godzinę, ale byłyśmy przekonane, że zostało mniej 😉 Szczególnych przygód już po drodze nie było. Koleżanka stwierdziła na ostatniej prostej do Wołosatego, gdy szłyśmy poboczem jezdni, że mamy całkiem konkretne tempo na finiszu.

– Już nogi niosą same, na autopilocie – przyznałam.

Gdy minęłyśmy samą tabliczkę z nazwą miejscowości, miałyśmy jeszcze do przebycia spory kawałek asfaltową szosą do busa. Z Wołosatego podjechałyśmy do Ustrzyk Górnych, gdzie planowałyśmy zjeść, ale akurat złapałyśmy autobus powrotny do Wetliny (do tego tańszy niż w tamtą stronę), więc dopiero po powrocie do naszej miejscowości poszłyśmy zjeść. Padło na pierogi w gościńcu „W Starym Siole”. Były bardzo smaczne, ale nie czułam się pełna. Wieczór upłynął już na leniuszka.

Bilans dnia to 6,5 godziny na szlaku, przy czym szacunkowo pokonałyśmy ok. 20 km według aplikacji na telefonie koleżanki. Całkiem ładny start w Bieszczadach, ale ciąg dalszy nastąpi 😉

Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *