Zamkowy Trójkąt #1 Sztum

To nie był pierwszy termin, gdy wraz ze znajomymi z pracy, zaplanowaliśmy weekendowy wyjazd, by odwiedzić trzy zamki: sztumski, kwidzyński i gniewski. Pomysł wyszedł od jednej z koleżanek, ja obudowałam plan ramowy o więcej atrakcji na założonej trasie, druga koleżanka ogarniała nocleg, tymczasem kolega transport i przez cały wyjazd był „kierowcą bombowca” 🙂 Przystaliśmy na sugestię, by przenocować w Grudziądzu, a tym samym ciut wyszłam poza granice założonego Pomorza, ale oferta zdecydowanie była ciekawsza, a dodatkowo dawała możliwość poznania kolejnego miasta. W marcu jednak pochorowaliśmy się jedno po drugim, każde na coś innego, dlatego pojechaliśmy dopiero w maju.

W sobotni poranek umówiliśmy się na terenie gdańskiego Śródmieścia, choć z pierwszą z koleżanek spotkałyśmy się już w SKM-ce. Przeszliśmy na ulicę Kładki, gdzie zaparkował kolega, więc przy tej okazji pokazałam znajomym swój dawny wydział i wplotłam wątek Viktoriaschule. Żwawo ruszyliśmy w kierunku Sztumu. Na trasie do zamków zahaczyliśmy o McDonalds w okolicy miejscowości Dworek. To podobieństwo nazw wydało mi się całkiem ciekawe. Sam obiekt też pobudził mnie i koleżankę do debaty na temat… łazienki. Skojarzyła nam się z amerykańskimi filmami i była w kolorze frytek. Nie mogłyśmy znaleźć, gdzie wrzucić śmieci do śmietnika, w związku z czym pokusiłyśmy się o wysunięcie całej szuflady i dopiero wówczas zorientowałyśmy się, że w blacie był dedykowany otwór. Wróciłyśmy do reszty ekipy, którzy rozczulili mnie, dając mi zakupione tu ciastko.

– Wycieczka pt. „Dużo żarcia” – zażartowała koleżanka.

Dalej jechaliśmy w kierunku Nowego Dworu Gdańskiego. Siedząc z przodu, obserwowałam zarówno krajobraz, jak i rejestracje mijających nas aut (WND, NNM).

– Pewnie to śmieszy tylko mnie… – zaczęłam. – Ale jesteśmy prawie w Nowym Dworze Gdańskim, a jechało auto na blachach WND czyli Nowy Dwór, ale Mazowiecki.

Kolejnym większym miastem po drodze był Malbork. Dosyć szybko po wyjechaniu stamtąd, trafiliśmy na oczekiwane drogowskazy.

– Gmina Sztum – zakomunikowałam.

– Marta gotowa do wyjścia. Ubrała już czapkę – śmiała się koleżanka.

Zaparkowaliśmy przy ceglanym budynku, który wyglądał jak kościół, choć i zamek mógł być przecież ceglany. Zapozowałam zawczasu, ale tego dnia nie tylko ja fotografowałam. Jedna z koleżanek zabrała ze sobą lustrzankę i też uaktywniła się już na początku wycieczki. Gdy robiła zdjęcie, ja zrobiłam zdjęcie, jak ona robiła zdjęcie. Stwierdziła, że kadr, który powstał w tym momencie wyszedł super i była z niego zadowolona.

Po schodkach ruszyliśmy odkryć zamek a la kościół, po czym okazało się, że to faktycznie był kościół Św. Anny, przed którym znajdował się głaz z cytatem z papieża. Zawróciliśmy zatem, bo zamek znajdował się po przeciwnej stronie parkingu. Droga do niego wiodła nad czymś, co dawniej mogło być fosą. Tutejsza zabudowa była związana z Krzyżakami, którzy stworzyli na Pomorzu zamki będące siedzibą ichnich urzędników, a ich państwo było wysoce zorganizowane. Tutejszy zamek zajmował sztumski wójt, zatem zamek można by określić wójtowskim.

Ochroniarz pokierował nas do kasy, bo próbowałam wejść jakimiś wcześniejszymi drzwiami. Tam wypatrzyłam całkiem ciekawe rzeczy w sklepiku, m.in. puzzle z 4000 elementów, prezentujące obraz „Bitwa pod Grunwaldem”. Chyba Krzyżacy nie spodziewaliby się, że w przyszłości ktoś namaluje obraz prezentujący przegraną przez nich bitwę, dla rozrywki ludzie będą ten obrazek rozkładać na części, które inni będą składać, a przede wszystkim, że da się to zakupić w miejscu, które dawniej było elementem sieci ich posiadłości. Ot, chichot losu.

Ostatecznie poza zakupieniem biletów, nasz wybór padł na pocztówki, na odwrocie których dało się podbić pamiątkowe pieczątki. Dodatkowo pobrałam folder z krótką historią zakonu i samego obiektu, jak również planem zamku. Następnie zabraliśmy się za zwiedzanie samej wystawy, która była niewielka, ale dość konkretna.

Pierwsza część opowiadała o cmentarzysku znalezionym przy okazji prac budowlanych w latach 70. Zlokalizowane było w Nowym Targu, na południe od Malborka i obejmowało kilkanaście stuleci od XI wieku p.n.e do V wieku n.e.

Kolejna sala przybliżała kulturę Prusów, zamieszkujących te tereny w XII-XV wieku. Tutaj widziałam, że także moi towarzysze byli żywo zainteresowani i każdy znalazł coś dla siebie. Jednocześnie chyba oczekiwali, że jako przewodnik coś im poopowiadam, ale nie da się być przewodnikiem w miejscu, które i dla nas jest nowe, więc wplotłam tylko kilka ciekawostek tam, gdzieś coś mi się kojarzyło z prezentowanymi elementami. Na zdjęciu znalazł się chociażby obraz pochodzący z Dworu Artusa w Gdańsku „Oblężenie Malborka w 1460 roku”, zaginiony przy okazji działań wojennych. Dziewczyny zaśmiały się:

– Marta zaczyna mówić, jest dobrze 🙂

Rozpoznałam też kadr z samego Malborka, przedstawiający pomnik jednego z mistrzów krzyżackich, ustawiony na dziedzińcu tamtejszego zamku. Moje poruszenie wywołał też wizerunek jednego z przedstawień na drzwiach gnieźnieńskich. Kolega stanął z kolei twarzą w twarz z manekinem Krzyżaka. Wyjaśniłam też moim towarzyszom kilka pojęć, takich jak polichromia czy nity.

Niezwykle intrygujące okazały się schody wiodące na piętro. Na każdym stopniu znajdowała się data. Większość z nich pamiętałam, dzięki czemu mogłam podzielić się wiedzą, ale dlaczego pojawił się tam rok 1894, pozostało tajemnicą, choć koleżanka szperała w sieci dość długo. Przypatrywałam się jeszcze fotografiom postaci, których obecności też nie umiałam sobie wytłumaczyć, a kolejne dwie ściany pokrywały mapy, co ucieszyło mnie jak zwykle, gdy widzę mapy.

Kolejna wystawa była tu czasowo i dotyczyła Jaćwingów. Wykonano ją na estetycznych, ale jak dla mnie ciut przeładowanych planszach, nie zawierała poza tym prawie żadnych fizycznych eksponatów. W gablotach najciekawsze wydały mi się hełm i kolczuga. Moją uwagę zwróciło zdjęcie tzw. baby pruskiej, z którym to pojęciem spotkałam się pierwszy raz w Olsztynie, jak również mapa, gdzie poza samym Gdańskiem oznaczono jeszcze Oliwę i Żukowo, a zatem posiadłości dwóch klasztorów: cystersów i  norbertanek. Okazało się, że Jaćwingowie byli w opozycji do chrześcijan.

Zainteresowała nas sąsiednia sala, gdzie ustawiono kilkanaście manekinów. Każdy odpowiadał innej postaci z ówczesnej hierarchii i ubrano je w stosowne stroje. To pobudziło nas do dyskusji. Z dziewczynami komentowałyśmy zarówno odczucia estetyczne, jak i ciekawe elementy. Mi najbardziej do gustu przypadły stroje kobiece: królowej, księżnej mazowieckiej oraz panny dworskiej.

Niemałą ciekawostką, a na pewno czymś nieoczekiwanym w tym miejscu, była wystawa ekslibrisów. Ponoć konkurs ten odbywał się w Malborku od 1963 roku! W kontekście ataku Rosji na Ukrainę wydało nam się ciekawym aktem solidarności wyciągnięcie z ramek prac artystów rosyjskich. Ponadto każde z nas zwróciło uwagę na inne rzeczy i inne przedstawiane w ramach ekslibrisów obiekty. Mi rzuciło się w oczy zwierzęce nazwisko, analogiczne przecież do naszego kolegi z pracy. Konie, koty, sowy i inne zwierzęta, również rysowano i przyciągały mój wzrok. Niektóre prace nawiązywały do fantastyki bądź kojarzyły mi się ze sztuką współczesną o wysokim poziomie abstrakcji. Część z nich była naprawdę małym dziełami sztuki – przynajmniej z mojej perspektywy.

            Po opuszczeniu muzeum przeszliśmy się jeszcze przez zamkowy dziedziniec, dochodząc do zielnika i podziwiając kwitnące kasztanowce. Do obejrzenia nie było wiele, ale i warunki zrobiły się średnio sprzyjające, bo zaczęło dość silnie wiać. W Sztumie chciałam zobaczyć jeszcze kilka pomników, ale najistotniejszy wydał mi się koń sztumski, więc ten cel następnie obraliśmy, wychodząc z ulicy Galla Anonima przez Plac Wolności z ładną fontanną i estetycznym budynkiem, jednak nieznanego przeznaczenia, ku głównej ulicy – Mickiewicza.

– Łajnem śmierdzi, więc coraz bliżej konia – zażartowały dziewczyny po paru minutach.

Rzeczywiście pomnik pojawił się chwilę później na horyzoncie. Dziewczyny poszły prosto do sklepu, tymczasem ja i kolega skręciliśmy w stronę rzeźb na skwerek położony ciut niżej, po czym podeszliśmy nad wody Jeziora Sztumskiego (ta część miejscowości mieściła się między dwoma jeziorami: Sztumskim i Barlewickim), mijając przy tym patrolujących miasto policjantów, co nawet nieco nas zaskoczyło.

Dziewczyny znalazły nas na deptaku nad jeziorem i właśnie tamtędy wróciliśmy na parking, żeby ruszyć w dalszą drogę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *