Zamkowy Trójkąt #2 Kwidzyn i Grudziądz

Jadąc na Kwidzyn, dyskutowaliśmy o wiatrakach, których na horyzoncie było naprawdę sporo. Śmiałyśmy się, czy zgodnie z panującą modą nie pokusić się o zdjęcia gdzieś pośród szerokich połaci rzepaku. Nasz „kierowca bombowca” zwrócił jednocześnie uwagę na stan dróg, będąc naprawdę pod wrażeniem lokalnej nawierzchni.

– Gmina Kwidzyn – rzuciła koleżanka. – Marta, zakładasz czapkę?

– Mogę, żeby tradycji stało się zadość.

Na wjeździe do miasta wzrok momentalnie przykuł gmach Urzędu Miejskiego, ale ze względu na obiekty, które planowaliśmy zwiedzić, zaparkowaliśmy przy ulicy Batalionów Chłopskich. Podeszliśmy od razu pod Konkatedrę Św. Jana Ewangelisty, aczkolwiek do umówionej godziny zwiedzania mieliśmy jeszcze czas. Z tego powodu okrążyliśmy kościół i podeszliśmy do gotyckiego zamku, w którym mieściło się muzeum. Budynki do siebie przylegały, tworząc spójny kompleks.

Zakupiłam i tu pocztówki, nie zaś wyłącznie bilet. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od piwnic, gdzie przypatrywałam się sklepieniom („zboczenie” przewodnickie?), podziwiając przy tym właściwą wystawę – szkła artystycznego. Dało się tu odczuć wilgoć. Bardziej zaciekawiła mnie historia ciałopalenia, którą prezentowano w kolejnej strefie – pewnie nieco ze względu na biologiczne wykształcenie, a może po prostu w takich miejscach cenię bardziej spojrzenie w przeszłość niż doceniam sztukę współczesną. Dodatkowym smaczkiem, podczas przemieszczania się wyżej, był naścienny napis po niemiecku, głoszący zakaz palenia tytoniu, odkryty podczas prac konserwatorskich.

Kolejnym etapem zwiedzania była tzw. Wieża Studzienna, gdzie co odważniejsi z nas spojrzeli w dół, aczkolwiek krata chroniła przed upadkiem kilkanaście metrów w dół człowieka, nie trzymane przez nas przedmioty, więc warto było uważać. Tutejsza studnia działała jeszcze do XVII wieku, choć źródło istnieje dalej. Miejsce podobno upodobały sobie również nietoperze.

Następna sala była jakby przejściowa, ale przypadła mi do gustu. Mój wzrok przykuł stary piec, na filmie można było zobaczyć cały zespół katedralno-zamkowy z drona, a dodatkowo o ścianę oparto planszę a la dwustronna ramka do zdjęć, w której pozowałyśmy, co stanowi moim zdaniem fajną pamiątkę. Pośrodku znajdowała się jeszcze makieta, dając dodatkowo wyobrażenie, jak wyglądał obiekt w całości.

Dalej mieściło się raptem kilka gablot, przez co to pomieszczenie wydawało się pustawe, ale oglądałam sklepienia, zworniki, gotyckie łuki odrzwi i nie omieszkałam sfotografować także stojących pod oknem… sań.

Za to pełen eksponatów był korytarz prowadzący do gdaniska. Choć można by pomyśleć, że nie znajdziemy motywu przewodniego, bo umieszczono tu meble, rzeźby, obrazy czy przedmioty użytkowe z życia codziennego, to sam tytuł wystawy nakreślał główny temat: Kultura ludowa Dolnego Powiśla. Ze spersonalizowanych smaczków, zwróciłam uwagę na żelazną figurkę świętego Jerzego walczącego ze smokiem czy znalezione pośród nazwisk twórców analogiczne do kolegi. Niezwykle ciekawe było łóżko złożone z dwóch połówek w taki sposób, że dałoby się je wydłużyć. Jednocześnie, odkąd skończyłam gedanistykę, na żadną z szaf nie patrzyłam już obojętnie, choć gdańskie wciąż pozostawały dla mnie najciekawsze.

Nazwa gdanisko też nie wzięła się znikąd, Krzyżacy z gdańszczanami nie sympatyzowali. Stąd termin ten przylgnął do latryn w krzyżackich zamkach. Druga teoria mówi o pochodzeniu nazwy z języka Prusów i oznacza po prostu mokre, wilgotne miejsce. Tutejsza wieża miała 40 metrów, ale w swej historii nie pełniła tylko funkcji sanitarnych. Miała także funkcje obronne, a przez około stulecie w XIX i XX wieku mieściła więzienie.

Przez krużganki dotarliśmy do pomieszczenia, które dawniej było kancelarią kapituły pomezańskiej. Kapituła wspomagała biskupa w opiece nad katedrą, a jej dziekan – Jan z Kwidzyna, w tym miejscu pracował nad opisem życia błogosławionej Doroty z Mątowów, której postać miała się jeszcze pojawić na trasie naszego zwiedzania. Pośród postaci uwiecznionych na sklepieniu był Jan Ewangelista, patron katedry.

Niemałym zaskoczeniem była wystawa scyzoryków, na którą trafiliśmy chwilę później. Zdecydowanie bardziej ekscytowały mnie kolejne piece kaflowe i nawet z jednym z nich zapozowałam. Dalej znaleźliśmy się w refektarzu zimowym, który z mojej perspektywy został zaaranżowany bardzo elegancko, choć meble i obrazy nie były spójne z przeszłością tej sali.

Sporą przyjemność miałam ze zwiedzania wystawy przyrodniczej, szczególnie, że się jej w tym zamku nie spodziewałam. Dotyczyła przyrody północnej Polski. Utknęliśmy na dłuższą chwilę, oglądając gablotę z prezentacją jaj poszczególnych gatunków ptaków. Plansze kawałek dalej opowiadały o roli alejek. Większość stałej ekspozycji zaaranżowano w postaci dioram. Możliwość przyjrzenia się różnym środowiskom życia, a co za tym idzie – różnorodnym gatunkom, sprawiła mi niemałą przyjemność. Koleżanka droczyła się, czy myślę, że może dotknąć jednego z ptaków, ale pani z obsługi chyba nie załapała żartu i obserwowała nas uważniej niż wcześniej.

Jakby z dedykacją „dla Marty” na wystawie znalazły się trzy żółwie (z jednym udało się zapozować), a także mapa Polski z zaznaczonymi parkami narodowymi! Wystawa była zresztą, jak dla mnie, atrakcyjna i wszechstronna, bo poruszono i temat dziejów Ziemi, wymarłych gatunków, ochrony przyrody, ale zaprezentowano też różne grupy organizmów i różne typy środowisk – lasy, bagna, zbiorniki wodne itd. Uwzględniono nawet, że pozornie martwe drzewo może stać się miejscem życia wielu stworzeń.

Kolejnym etapem naszego pobytu w Kwidzynie było zwiedzanie katedry z przewodnikiem. Jako absolwentka kursu przewodnickiego miałabym parę zastrzeżeń, ale ogólnie dało się zauważyć, że pan był merytorycznie przygotowany i miał dość uporządkowaną wiedzę. Jednocześnie, gdy się pojawił, wizerunkowo niczym się nie wyróżniał, więc tak naprawdę gdyby nie posiadanie kluczy, jego wiedza i pewność siebie w tym miejscu, to nie wiem, czy pomyślałabym, że mógł być przewodnikiem w swojej dresowej bluzie 😉 Zwiedzanie obejmowało nie tylko naszą czwórkę, ale przynajmniej kilkanaście innych osób, zawyżających średnią wieku mniej więcej do wieku emerytalnego, co potem okazało się nie bez znaczenia.

Dość dużo czasu spędziliśmy w pierwszym pomieszczeniu, tj. w Krypcie Mistrzów Krzyżackich. W związku z tym przedmioty znajdujące się w gablotach były związane właśnie z zakonem, m.in. widniały tam resztki jedwabnych szat. Pod ciekawym sklepieniem i zawieszonymi chorągwiami spoczywali niegdyś trzej krzyżaccy wielcy mistrzowie: Ludolf König, Werner von Orseln i Henryk von Plauen. Nie kojarzyłam tylko tego środkowego nazwiska. Krypta w Kwidzynie była ponoć jedyną zachowaną do dziś, ze względu na potop szwedzki, a potem działania armii napoleońskiej. Czwarty grób był pusty, a podejrzenie padło na potencjalne miejsce spoczynku Doroty z Mątowów. Badania archeologiczne wzbogacono o badania dendrologiczne trumien, z kolei twarze odtworzono na bazie badań, co mniej więcej możemy kojarzyć z seriali kryminalnych.

Przewodnik opowiadał, jak każdy z mistrzów miał nieciekawą końcówkę żywota. Pierwszy z nich ponoć zwariował, jednak w opisie na ekranie znalazłam informację, że jego zachowanie wskazywało raczej na coś, co dziś nazwalibyśmy depresją. Drugi (ten mi nieznany) został zasztyletowany przez współbrata, gdy nie chciał z niego zdjąć kary dyscyplinarnej. Ostatni z kolei nie włączył się do bitwy pod Grunwaldem (na etapie, gdy było wiadomo, że już będzie przegrana) i uznano go za zdrajcę. Szepnęłam mojej ekipie dodatkowo, że Henryków było dwóch, byli blisko spokrewnieni i ten drugi był komturem gdańskim. Zresztą i König zapisał się na kartach historii Gdańska.

O samych mistrzach nasz przewodnik opowiedział przy ekranie, którego zawartości w całości żaden zwiedzający w tym trybie nie byłby w stanie przyswoić, bo czasu byłoby za mało, a ludzi za dużo. Wykorzystałam moment, gdy przewodnik opowiadał o innych rzeczach i słuchając, jednocześnie sfotografowałam kilka wybranych plansz, ale tematów było sporo: biskupstwo pomezańskie, odkrycie, krypta, zakon krzyżacki, wielcy mistrzowie, katedra w Kwidzynie – tajemnica krypt. Ze względu na wymienione wcześniej, nieprzychylne okoliczności w życiorysie, nie zdecydowano się na pochówek żadnego z tych mistrzów w Malborku, chociaż von Plauen ma tam swoją płytę nagrobną, ale została być może przeniesiona tam dopiero w XIX wieku.

Dla tych, którzy Krzyżaków kojarzą tylko z historią, zaskoczeniem mógłby być fakt, że zakon wciąż działa, swoją główną siedzibę mając w Wiedniu. Dowodem jego prężnej działalności była stojąca w pomieszczeniu świeca – dar obecnego mistrza Bruno, właśnie z Wiednia. Tymczasem jedna z pań zwiedzających koniecznie chciała wykazać się swoją wiedzą nt. diety zakonników. Wydawało mi się, że próbuje w tym miejscu podważyć dane podane przez przewodnika, zwłaszcza, że i ja czułam w tym momencie jakieś niedopowiedzenie, ale okazało się, że ona sama wcale przewodnikiem nie jest, tylko coś usłyszała podczas zwiedzania malborskiego zamku i chciała zaszpanować.

Po przekroczeniu wielkich drzwi, znaleźliśmy się w kaplicy błogosławionej Doroty z przedstawieniem malarskim tej postaci, rzędem ławek, które posłużyły nam, by przysiąść oraz przejściem do celi błogosławionej Doroty, w której według legendy kazała się zamurować. Przewodnik opowiedział nam pokrótce jej życiorys, a ja później uzupełniłam go sobie z zakupionej publikacji. Pochodziła z żuławskiej wsi Mątowy Wielkie. Była siódmym z dziewięciorga dzieci swoich rodziców, a religijność wpoiła jej matka. Jako sześciolatka Dorota doznała poparzenia wrzątkiem, co stało się przyczyną jej wewnętrznej przemiany i już jako dziecko pościła, a jej jadłospis był bezmięsny nawet w dni wolne od takiego postu. Jako szesnastolatka poślubiła Wojciecha z Gdańska (nic zatem dziwnego, że w Gdańsku jest kościół pod jej wezwaniem). Mieszkali z mężem na Długiej, ale małżonek nie był wymarzony, według przewodnika pił i bił, w folderze lakonicznie napisano, że Dorota doznawała od niego przykrości. Mimo tego mieli dziewięcioro dzieci, ale w wyniku zarazy zmarły wszystkie poza Gertrudą, późniejszą zakonnicą. Dorota starała się godzić życie rodzinne ze sferą duchową, namawiając nawet męża na wspólne pielgrzymki. Uczestniczyła też w wydarzeniach związanych z transportem relikwii Św. Brygidy Szwedzkiej przez Gdańsk. Gdy została wdową, z Gdańska przeprowadziła się do Kwidzyna, a wspomniany już Jan z Kwidzyna został jej nowym spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Spisał także jej objawienia. To tu przyszła błogosławiona znalazła swoją pustelnię. Przepowiedziała jednocześnie, że zakon krzyżacki nie będzie miał nigdy swojej świętej i rzeczywiście, choć Krzyżacy po jej śmierci starali się o wyniesienie jej na ołtarze, została nie świętą, lecz błogosławioną i to dopiero w 1976 roku. Z tego również powodu na obrazie nie domalowano jej aureoli.

Wkrótce przemieściliśmy się na chór piętro wyżej i co ciekawe, było to położenie wyjątkowe – zwykle w gotyckich świątyniach chór za ołtarzem nie występował. Nie był jeszcze do końca zrekonstruowany, ale o tyle ciekawy, że znajdowało się tam wiele malowideł, w tym jedno naścienne, zajmujące kilkanaście metrów szerokości, gdzie było 17 biskupów i 3 inne postaci, jednak nie zdołałam zapamiętać, kim były, ale sądząc po strojach, mogli to być właśnie wielcy mistrzowie krzyżaccy. W tym miejscu przewodnik opowiadał tak wiele, że zwyczajnie nie byłam w stanie przyswoić wszystkiego, ale zapamiętałam, że wmurowane jasne płyty pochodziły ze średniowiecza, zaś ciemne z renesansu. Ciekawostką był ołtarz, w którego nastawie znajdowały się płaskorzeźby ukrzyżowanego Chrystusa oraz dwóch postaci (Maryja i Jan Apostoł?) pod krzyżem, które jednak były pozbawione rąk. Poniżej przedstawiono ostatnią wieczerzę i ciekawostkę stanowiło zaprezentowanie przyszłego ewangelisty jako dziecka siedzącego na kolanach Jezusa. Przydługą narrację wykorzystałam jako okazję na sfotografowanie całego wnętrza świątyni z góry.

Gdy zeszliśmy na dół, odwiedziliśmy kaplicę grobową rodziny Groeben. Na drzwiach przedstawiono sceny z życia generała Otto Friedricha von Groebena (walkę z Turkami, pobyt w Afryce), a wewnątrz poza jego wizerunkiem, były też przedstawienia jego trzech kolejnych żon. Jedna z nich była czarnoskóra, co wydało mi się ciekawe, w kontekście faktu założenia przez generała kolonii na Czarnym Lądzie. W obrębie nagrobka zresztą również umieszczono jedną rzeźbę męską i trzy żeńskie.

Jeśli chodzi o główny kościół, przeszliśmy się dookoła. Przewodnik wskazywał pokrótce, jakie postaci i sceny prezentowano na obrazach, powołując się na motyw biblia pauperum czyli księgi z obrazami, ale i obrazy w świątyniach były „Biblią dla ubogich”, często niepiśmiennych. Wywołał jednak niejedno oburzenie w naszej, młodszej ekipie, jednocześnie zyskując poklask towarzyszącej nam grupy seniorów, odwołując się do sytuacji z Rydzykiem, jak to dostał auto w ramach darowizny (o tym wcześniej nie słyszałam), ale i opowiadając historię Dawida i Batszeby w sposób sugerujący, jakoby nie było winą Dawida, że nie panował nad swoimi popędami i wysłał męża Batszeby na śmierć, by pojąć ją za żonę. Wiem, że skojarzenie jest dość mocne, ale to tak, jakby sugerować ofierze gwałtu, że miała nieadekwatny strój – nie powinno się rozmywać odpowiedzialności w tak ważnych kwestiach. Szczególnie, że miejscem tego przedstawienia był konfesjonał dla pań, taki dla panów stał po przeciwnej stronie nawy centralnej. Usłyszeliśmy, że „gdyby Batszeba kąpała się przy zamkniętym tarasie, o tym motywie dziś byśmy nie rozmawiali” i to przedstawienie miało być „lekcją dla kobiet, żeby ich zachowanie nie stawało się przyczyną grzechu mężczyzn”. Na konfesjonale męskim jednym z przedstawień był powrót syna marnotrawnego. Konfesjonałów ze scenami biblijnymi ponoć ostało się ledwie około 80 w Europie.

To co jeszcze nas w tamtym momencie denerwowało, to fakt, że zwiedzające panie, zaznajomione podobnie jak ja z całą historią, nie potrafiły jednak po prostu słuchać przewodnika, lecz dopowiadały mu imiona postaci i co działo się dalej, jak gdyby ktokolwiek oczekiwał od nich interakcji 😉 A że przewodnik zauważył, że jego żarty zostały przez tę grupę podchwycone, dorzucił jeszcze parę niezbyt śmiesznych sucharów, podczas  gdy my patrzyliśmy po sobie, że w sumie już nam by starczyło. Zwiedzaliśmy ponad 1,5 h i po zakupie pamiątek poszliśmy posilić się w aucie.

– Miałem takie wrażenie, jakbyśmy byli tam jedynymi ludźmi. Od zawsze – stwierdził kolega.

Śmiał się także z pustek w mieście, bo w tym czasie, gdy my się regenerowaliśmy, zobaczyliśmy raptem kilku przechodniów, z czego jeden gość szedł, a niedługo później zawracał, co kolega „wyjaśnił” słowami:

– No on tam poszedł, bo oni się tam pewnie przebierają za rogiem.

Tymczasem samochodów zaparkowano tu zatrzęsienie, więc kontrast wydał się nam ciekawy. Jakby mijający nas ludzie, to byli tylko statyści. I dało się ich policzyć naprawdę na palcach jednej ręki.

Przeszliśmy się po mieście. Najpierw odhaczyłam z listy ruiny Ratusza, które okazały się drobną prostopadłościenną budowlą od razu przy naszym parkingu. Podeszliśmy wówczas pod gdanisko, by przyjrzeć mu się bliżej. Kolejnym obiektem, gdzie na dłużej zawiesiłam wzrok, był Zespół Szkół nr 2, z płaskorzeźbionymi zdobieniami, być może scenami z mitologii. Dalej tabliczka wyjaśniła, że mijaliśmy dawną Rezydencję Prezydentów Regencji, a jeszcze chwilę później dawną siedzibę Urzędu Meldunkowego. Kolejnymi ciekawymi obiektami były Zespół Szkół nr 1 (dawne Gimnazjum Królewskie) oraz dawna siedziba Zachodniopruskiego Ziemstwa Kredytowego, już przy Placu Plebiscytowym, które także znalazły się na mojej liście.

W obrębie skweru umieszczono fontannę, wokół której stanęły rzeźbione postaci różnych instrumentalistów. Poza trębaczem, pozostali trzymali instrumenty strunowe. Zapozowałam z gitarzystą. Natrafiłam też na kamień graniczny biskupstwa pomezańskiego. Chwilę później podeszła do mnie koleżanka ze sporą gałęzią, wizualnie wyglądającą jak małe drzewko. Jak wyjaśniła, podarowała mi drzewo, „żebym miała, bo lipa X. (pamiątka po współpracowniku) wciąż nie urosła”. Uznałam jednak, że trochę dziwnie wrócić do Gdańska z drzewem, bo gdzie ja je posadzę, skoro nie mam tyle ziemi.

– Może zrobię mu dom tutaj? – zasugerowałam.

– Nie jestem z przedszkola. Wiem, że chcesz je tu zostawić – odparła.

Znalazłyśmy mu dobre miejsce, przy trzech innych drzewach, żeby się nim „opiekowały” 😉 Umieściłyśmy gałąź w ziemi, zrobiłyśmy jej podpórkę z patyka, żeby stała i poszłyśmy dalej. W drodze powrotnej do auta minęliśmy jeszcze tężnię solankową.

I tak opuściliśmy drugie miasto, po czym bez większych przygód dojechaliśmy do Grudziądza, gdzie mieliśmy nocować. Na początek zajechaliśmy do galerii handlowej, żeby znaleźć jakiś lokal gastronomiczny, który będzie pasował wszystkim i w ten sposób skończyliśmy na pizzy. Siedząc nad ciepłym posiłkiem, wypatrzyłam stoisko z bubble tea. Piłam ten przysmak raz, jeszcze na studiach, dlatego uznałam, że się skuszę. Na pojemniku miałam napis idealny dla mnie: „My blood type is Bubble Tea” – kto mnie zna, ten wie, że o grupach krwi mogłabym opowiadać długo.

Nocleg mieliśmy w budynku z 1904 roku, z bardzo wysokimi sufitami i było widać, że nasz apartament wydzielono z naprawdę sporych gabarytów mieszkania. My mieliśmy dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, więc bez problemu się rozlokowaliśmy. Zza ogrodzenia dało się dostrzec tramwaje. Jednak nie wysiedzieliśmy na bazie zbyt długo – postanowiliśmy sprawdzić, jak będzie wyglądał wieczorny Grudziądz.

Przez Dworcową dotarliśmy do dużego skrzyżowania, przy okazji obserwując nadjeżdżający z naprzeciwka tramwaj. Przejście było dwuetapowe, a zielone światło pozwoliło nam przejść najpierw pierwszą połowę, po czym utknęliśmy na fragmencie chodnika między dwoma czerwonymi światłami. Wokół nas jeździły samochody, a my tkwiliśmy jakby na wyspie. Wreszcie zapaliło się zielone przed nami i znaleźliśmy się u zbiegu ulic dwóch Józefów: Hallera i Włodka. Przez Chełmińską przeszliśmy płynnie w Toruńską, aczkolwiek trwały tam remonty, co zawężało przejście, a zdążyło się już zrobić ciemno.

Wkrótce znaleźliśmy się na skrzyżowaniu, które nawet po ciemku było niezwykle atrakcyjne. Na krzyżówce ulic Sienkiewicza i Mickiewicza mieścił się piękny, ceglany gmach poczty, a także Urząd Stanu Cywilnego. Nieopodal ustawiono także ładną fontannę z rzeźbą kobiety pod parasolem trzymającej za rękę dziecko. Skręciliśmy w Mickiewicza w lewo, dzięki czemu przespacerowaliśmy się deptakiem z kolorowymi donicami i dotarliśmy do placu z pomnikiem Piłsudskiego. Naprzeciwko był jeszcze pomnik w hołdzie twórcom Roty Grudziądzkiej, który jednak sfotografowałam dopiero w drodze powrotnej.

Tymczasem odnaleźliśmy Plac Miłośników Astronomii z pomnikiem Kopernika. Obok mieścił się kościół Św. Franciszka Ksawerego, przy którym skręciliśmy w lewo, momentalnie odbijając w Ratuszową, niedużą ulicę między Urzędem Miejskim a Bazyliką Św. Mikołaja. W ten sposób dotarliśmy do murku biegnącego równolegle do Wisły i nadwiślańskich błoń.  Przy tej okazji natrafiliśmy na Pomnik Ułana. Mogliśmy też przejść się ulicą Spichrzową, która nawet w dzień musiała być bardzo ładna, ale ceglana zabudowa i podwieszone światełka nocą tworzyły szczególny klimat.

Skręcając w ulicę Reja, przeszliśmy obok baru w klimacie tropikalnym, minęliśmy rzeźbę żaby grającej na skrzypcach, a nad głową mieliśmy kolorowe parasole. Tą drogą weszliśmy na rynek. Rozejrzeliśmy się dookoła, przyglądając się poszczególnym pierzejom kamienic, ale głównie zależało mi na zobaczeniu dwóch pomników: Żołnierza Polskiego oraz Ławeczki Kopernika. Tym razem zapozowałam z astronomem, który miał przed sobą kilka moment i księgę w nawiązaniu do jego słynnego traktatu o monecie.

Wracając zbliżoną trasą, zwróciliśmy uwagę na umieszczony przed przejściem dla pieszych malunek z hasłem „Przejdź offline”. Resztę wspólnego wieczoru też spędziliśmy poza siecią, grając w tzw. Czółko i odgadując postaci. Moja ekipa wcieliła mnie w błogosławioną Dorotę, bezdomnego z Warszawy (od historii z Rydzykiem) i w Juranda ze Spychowa. Mieliśmy dużo frajdy z gry, ale w pewnym momencie uznaliśmy, że jednak trzeba naładować akumulatory przed kolejnym dniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *