Kierunek: Chociński Młyn – zgłębiamy wiedzę przyrodniczą

Kolejny dzień w Borach Tucholskich postanowiliśmy wykorzystać maksymalnie, by poznać przyrodę Parku. Czekał nas długi dzień, więc miłą niespodzianką okazała się jakość śniadań w naszym ośrodku. Forma szwedzkiego stołu też sprzyjała dopasowaniu posiłku do naszych potrzeb 😉

Około 8:20 ruszyliśmy rowerami z Funki na północ. Park miał bardzo fajnie dostosowane ścieżki pieszo-rowerowe, dlatego pomimo trasy z licznymi zakrętami i o zmiennej wysokości, jechało się całkiem nieźle. Zrobiliśmy natomiast tylko jeden przystanek, z widokiem na Jezioro Charzykowskie niemal na wysokości wsi Małe Swornegacie, bo umówiliśmy się już na 9:00 w Muzeum Przyrodniczym w Chocińskim Młynie, aby zaliczyć także wejście na 10:30 do Zagrody Pokazowej. Ten układ godzin był dla nas najbardziej korzystny.

W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć, skąd pochodzenie nazwy miejscowości. Sworą nazywano pleciony warkocz z korzeni sosnowych. Służył on do gacenia czyli umacniania brzegów.

Jeśli zaś chodzi o Muzeum, przyjęto nas tam bardzo miło. Pani pozwoliła nam zostawić bagaże w recepcji. Wystawa zlokalizowana była na jednej kondygnacji i podzielono ją na dziewięć sekcji tematycznych, które zdawały się czasem płynnie przenikać. Do dyspozycji był audioprzewodnik i zwiedzaliśmy każde w swoim tempie, za wyjątkiem pierwszej sali, gdzie opowieść narratora była spójna z makietą prezentującą Park. Wskazano jego granice, a także podpisano wszystkie jeziora, których na tym terenie było naprawdę sporo.

Teren Parku został ukształtowany przez lodowiec, a zlodowacenie bałtyckie miało miejsce 20-15 tys. lat temu. Bory powstawały na sandrze (jednej z form polodowcowych), a poza lasem można było dziś odkrywać także siedliska łąkowe. Jeśli chodzi o roślinność, pionierami były porosty, mchy (w dolnych warstwach znajdowano dużo chrobotka) i trawy, potem np. pojawiał się wrzos. Charakterystycznym dla tych okolic typem jezior okazały się jeziora rynnowe, powstające właśnie dzięki rzeźbie polodowcowej. Wymieniono tu przy okazji również jeziora lobeliowe (występowały głównie w północnej Polsce, nazwa pochodziła od rośliny – lobelii jeziornej) i jeziora dystroficzne (występujące w sąsiedztwie torfowisk). Innym z charakterystycznych obiektów na obszarze Parku był 600-letni Dąb Bartuś, rosnący nieopodal jeziora Kacze Oko. W tej sali poza makietą zwracała także uwagę ściana z gatunkami lokalnych roślin i zwierząt. Po przyjrzeniu się jej bliżej przeszliśmy dalej.

Kolejną przestrzeń poświęcono torfowiskom. Były warte uwagi przynajmniej z kilku powodów. Stanowiły filtr zanieczyszczeń, zapobiegając np. ich spływaniu z pól do rzek. Miały wpływ na klimat, magazynując w sobie chociażby dwutlenek węgla. I nie powstawały w mgnieniu oka – 30 cm torfowiska odpowiadało okresowi 100 lat. Na planszy rozrysowano różnice między torfowiskiem wysokim i niskim, a także podzielono torfowisko na część „żywą”, w której dochodzi do rozkładu materii i przyrastania masy torfu (akrotelm) i „martwą”, w której nierozłożona martwa materia się akumuluje (katotelm). W warstwach torfu zapisana była roślinna historia danego terenu, dzięki znajdowanym tam pyłkom. Z roślin charakterystycznych dla torfowisk pokazano w ramach dioram i zdjęć m.in. żurawinę (z różowymi kwiatami i czerwonymi owocami), wełniankę i rosiczkę.

Dowiedzieliśmy się, że zazwyczaj torfowisko przekształca się w bór bagienny, a gdyby było mniej wody to dalej w bór wilgotny. Dziś 90% Parku to tzw. bór świeży, gdzie występuje np. borówka. Ciekawa była też część poświęcona owadom. W gablotkach znalazły się foliofagi czyli organizmy zjadające liście, ale tu zaprezentowano przykładowych zjadaczy igieł. W sekcji poświęconej lasom na jednym z ekranów pokazano też różnicę między przeobrażeniem zupełnym a niezupełnym. Przykład tego pierwszego został przedstawiony na filmie. Zmrocznik wychodził z kokonu. Skrzydła miał jeszcze złożone, bo rozłożone by się nie zmieściły wewnątrz kokonu, dlatego następowało to dopiero po czasie. W tym drugim rodzaju przeobrażenia młody osobnik bardzo przypominał dorosłego, a różnił się głównie rozmiarami.

Nieco mniej zainteresowała mnie gablota dotycząca gleb, natomiast informacje o zwierzętach zajmowały mnie na dłużej. Dowiedziałam się, że ryjówka, która w dioramie siedziała na mchu o nazwie bielistka siwa, była zmuszona polować co 2-3h, ze względu na swoją przemianę materii. Bez jedzenia nie przetrwałaby dłużej niż 10h. Po sąsiedzku zmontowano mrowisko mrówki rudnicy.

Bardzo ciekawe z mojej perspektywy okazały się dwie kolejne strefy, dotyczące ptaków oraz nietoperzy. Zaprezentowano tu trzy gatunki tych latających ssaków: borowca, gacka wielkouchego i karlika. Przypomniano też, że używają echolokacji, aby unikać przeszkód i polować, bo polowały zazwyczaj już po zachodzie słońca. Ciekawostką o ptakach była chociażby informacja, że pióra sów niwelują szum skrzydeł podczas lotu. Najwięcej uwagi poświęcano jednak dzięciołom. Dzięcioł zielony jako jedyny z rodziny dużo czasu spędzał na ziemi, co mieliśmy okazję zobaczyć chociażby w Magurskim Parku Narodowym. Okazało się, że generalnie dzięcioły różnych gatunków nie konkurują ze sobą, bo „dzielą się” gatunkami drzew, na których żerują. Dziuple wykuwały i samce, i samice. Korzystały z nich także inne zwierzęta, np. ważąca do 80g sóweczka czy chętny na dziuplę po dzięciole czarnym, niezbyt towarzyski i płochliwy gągoł, w dioramie umieszczony także na dole. W Parku Narodowym Bory Tucholskie występowało 5 gatunków dzięciołów: czarny, duży, zielony, średni i dzięciołek.

Szóstą strefę poświęcono płazom, organizmom z dwóch środowisk, o czym informowała już ich łacińska nazwa Amphibia. Poznaliśmy bliżej kilka gatunków i zaciekawiło mnie, że można je rozpoznać już po skrzeku:

– ropucha szara – zlewa się z tłem i nieruchomieje w momencie zagrożenia, skrzek ma formę dwóch sznurów po 4,5 m długości

– żaba moczarowa – na gody gromadzą się w zbiorniku, wówczas samce stają się niebieskie i nadymają rezonatory, więc wydają się większe, skrzek składany jest w kłębach i liczy nawet do 2,5 tysiąca jaj

– rzekotka drzewna – to jedyny europejski płaz żyjący na drzewie, ma przylgi czepne, pod wpływem stresu zmienia kolor, brak dymorfizmu płciowego, składa od 200 do 1200 jaj w pakietach

– traszka grzebieniasta – dymorfizm występuje tylko w okresie godów: samce mają wtedy grzebień, wabią nim samice i odstraszają rywali, jaja składane są każde osobno

Kolejna strefa poświęcona była jeziorom, których na terenie Parku nie brakowało. Poza dużą makietą znalazły się również gabloty z roślinnością: najdalej w głąb zbiornika docierał ponoć oczeret jeziorny.

Duże wrażenie zrobiła na mnie maleńka strefa poświęcona ważkom, owady te przedstawiono bowiem w naprawdę dużej skali. Latają ponoć do 40 km/h i mimo to są bardzo zwrotne. Potrafią zastosować także lot wiszący. Polują na mniejsze owady. Widzenie umożliwiają im oczy złożone, a w jednym oku mieści się aż 40 tysięcy fasetek. Podczas pierwszych godzin życia jako forma dorosła czyli imago – ważka ma miękkie ciało i skrzydła, ale później sztywniały. Na modelach fajnie pokazano sieć żyłek na skrzydłach.

Następnie przeszliśmy się korytarzem, który formalnie był poświęcony jeziorom, ale natknęliśmy się tu głównie na ryby. Dowiedzieliśmy się, że samice sielaw składały ikrę na ramienicach (glonach). Jednocześnie łąki ramienicowe stanowiły idealną kryjówkę dla polującego szczupaka. Inna ciekawostka dotyczyła węgorzy. Chociaż wędrowały na rozród do wód oceanicznych, potrafiły ponoć pokonywać także odcinki lądowe po wilgotnych łąkach. To było zaskakujące.

W ostatniej strefie, dotyczącej grzybów, opowiedziano o zjawisku mikoryzy. Był to rodzaj symbiozy między korzeniami (riese) drzew i grzybami (myko). Grzyb pobierał węglowodany, powstałe w wyniku fotosyntezy, ale jednocześnie budował i udostępniał sieć strzępek, zwiększając powierzchnię chłonną korzeni drzewa aż tysiąckrotnie. Dodatkowo grzyby szybko rozkładały materię organiczną, zwiększając dostępność składników pokarmowych i niwelując erozję.

Zwiedzanie można było zakończyć quizem. Jako totalna fanka takich aktywizujących gier, oczywiście chętnie wzięłam udział. Na pilotach klikaliśmy odpowiedzi – liczyła się szybkość i trafność. Michał zdecydowanie miał większy refleks, ale zyskałam przewagę, będąc jednak po studiach biologicznych. Część treści w muzeum nie była dla mnie po prostu nowa.

Drugą część zwiedzania stanowił spacer przez Zagrodę Pokazową Zwierząt. W przeciwieństwie chociażby do tej w Białowieskim Parku Narodowym, tu mieliśmy przewodniczkę. Na początek pokazała nam zielononóżki kuropatwiane, które okazały się polską rasą kur, która wymagała jednak chowu na wolnym wybiegu, a nie masowego. Generalnie zaczęliśmy od oglądania wolier dla ptaków. Za krukiem mieszkały myszołowy. Gdy złożyły jaja, okazało się, że parkowcy mieli do czynienia z parką. Ale że leżało na ziemi i było zimno, z jaja nic się nie wykluło.

Później dotarliśmy do zagród z konikiem polskim, a obok z bydłem białogrzbietym. Nazwa wzięła się od przebiegającej przez ich ciało białej pręgi. Mieszkały tu siostry Baśka i Elza oraz syn jednej z nich, czarnej – Marian. Rasa ta była ponoć bardzo odporna na choroby, długowieczna i wykorzystywana przez ludzi zarówno do pracy w polu, jak i dla pozyskania mleka czy mięsa.

Następną wolierę, którą minęliśmy, zamieszkiwały bieliki. Jeden osobnik miał wadę genetyczną i pióra nie wyrastały mu właściwie. Tymczasem u samiczki problemem była amputacja skrzydła, co przy normalnej rozpiętości 2 m przy braku jednego powodowało również brak równowagi. Dowiedzieliśmy się, że zazwyczaj bieliki polują np. na ryby, jedzą gryzonie, pisklęta, padlinę. Tu w ich menu były zwierzęta hodowane specjalnie na pokarm, żeby nie pochodziły z zewnątrz i nie roznosiły chorób.

Dłuższą chwilę spędziłam przy stanowisku kuny domowej (o imieniu Leon), czekając, aż wyłoni się z pnia leżącego na ziemi i pozwoli sobą nacieszyć oczy. Trzeba przyznać, była szybka i bardzo zwrotna! Równie trudne okazało się uchwycenie wiewiórki. Po chwili minęliśmy inne gatunki, równie częste do spotkania co wiewiórki – szpaka, kosa i gołębie. Ciekawostką okazała się jednak następna strefa – mały jeż był akurat opatrywany przez panią z ośrodka.

Niedługo później minęliśmy puszczyka zwyczajnego oraz pustułkę. Szczególnie ten pierwszy zdawał się wnikliwie na nas patrzeć, za to pustułka nic sobie nie robiła z naszej obecności. Zobaczyliśmy jeszcze wronę siwą, srokę i gawrona, po czym czekała na nas (ośmielę się stwierdzić) największa atrakcja.

W zagrodzie były owce świniarki. Taką rodzinę stanowiłyby tryk, maciora oraz jagnię. My mieliśmy okazję zobaczyć całe stadko, które w reakcji na naszą obecność przemieszczało się razem z jednego miejsca w drugie, nieco dalsze, gdy wpuszczono nas do środka! Była jednak jedna odważna owieczka, która „namówiła” i drugą, by do nas dołączyć. Okazało się, że nie nadano jej imienia, za to była na tyle odważna, że dawała się głaskać gościom. Mizianie owieczki było źródłem absolutnie czystej radości, aczkolwiek okazało się też dla mnie pewnym zaskoczeniem, że w dotyku jej sierść była raczej sztywna niż miękka. Nie obyło się też bez mini sesji zdjęciowej, a mała bohaterka zdawała się wręcz podczas niej pozować.

Po zwiedzaniu podeszliśmy ponownie do muzeum, aby odebrać nasze sakwy. Jednocześnie okazało się, że leży tam księga pamiątkowa. Michał namówił mnie, żebyśmy się wpisali, szczególnie, że był to ostatni park narodowy, który odwiedzałam. Jednocześnie we wpisie zaznaczyłam, że odbywaliśmy właśnie naszą pierwszą podróż jako narzeczeni, a Michał cały proces uwiecznił na zdjęciach. Zrobiłam też sobie kilka selfie przed budynkiem, bo projekt podróży do wszystkich 23 polskich parków narodowych to było coś, więc pozowałam w stylu „jest moc” 😉

Gdy posileni ruszyliśmy dalej, na początek podjechaliśmy nad rzekę Chocina – od niej wzięła się nazwa Chociński Młyn. Kawałek dalej znalazła się miejscowość Swornegacie nad Jeziorem Karsińskim. Widzieliśmy zaledwie jego fragment, sądząc po mapie, a jednak wydawało się spore i malownicze. Nieopodal mieściła się jeszcze tablica opisująca pochodzenie nazwy i historię miejscowości. Po przyjrzeniu się jej, podjechaliśmy pod kościół pw. Św. Barbary, przy którym mieścił się również cmentarz. Były tu zarówno stare nagrobki, jak i takie z XXI wieku. Stamtąd ruszyliśmy na Kozi Most. Po drodze bardzo spodobała mi się posesja z ceglanym domem i gęstym ogrodem. Wspomniany most przebiegał nad rzeką Brdą i był z kolei jedynym drewnianym mostem w tej miejscowości, a przed nim ustawiono drewnianą rzeźbę koziołków. Stanęliśmy tam, obserwując ptaki i łapiąc ciepłe promienie słońca. Choć mieliśmy końcówkę września, kilkukrotnie podczas tego wyjazdu stwierdziliśmy, że załapaliśmy się na ostatnie podrygi lata 🙂

Zjedliśmy obiad, po czym ruszyliśmy w las 😉 W drodze na Drzewicz natknęliśmy się na tablicę z nazwą Parku, co stało się oczywiście okazją do zdjęć 😉 Mogliśmy też ponownie nacieszyć oczy widokiem na rzekę. Docierając do wspomnianego punktu, zobaczyliśmy złożony drogowskaz (później było takich więcej), po czym ruszyliśmy przez las czarnym szlakiem, odbijając ścieżką wśród jezior w kierunku Dębu Bartuś. Nie on był jednak naszym celem na ten dzień, dlatego tuż przed odbiliśmy w lewo, jadąc dalej ścieżką wzdłuż Jeziora Płęsno. Odbiliśmy na południe na wysokości Pętli Lipnickiego, by docelowo przejechać ścieżkę Łąki Józefowskie, oznaczoną kolorem czerwonym.

Byłam zadowolona z faktu, iż nabyłam folder na jej temat, bowiem na całej ścieżce poszczególne punkty to były po prostu ponumerowane słupki, bez tablic informacyjnych. Treści z folderu pozwalały jednak to uzupełnić.

Postanowiliśmy zwiedzić ścieżkę przyrodniczą chronologicznie, chociaż jadąc od północy musieliśmy podjechać kawałek do punktu nr 1, po czym cofnąć się do ostatniego rozwidlenia i tam odbić ku pozostałym. Jedynkę poświęcono piętrowej budowie lasu. Jakkolwiek wyróżniano warstwy drzew wysokich, podszytu, runa leśnego i ściółki, w folderze osobno wymieniono także glebę. Tutejszy drzewostan liczył ponad 110 lat. Opisano wybrane gatunki drzew i krzewów, np. sosnę zwyczajną, brzozę brodawkowatą i jarząb pospolity.

Punkt nr 2 opisywał mrówki i rzeczywiście w pobliżu słupka natrafiliśmy na całkiem pokaźne mrowisko. Dla mnie nie lada ciekawostką była informacja, że dziki czasem tarzają się w mrowiskach, by kwas mrówkowy pomógł im pozbyć się pasożytów.

Kolejny przystanek poświęcono roślinom dna lasu, takim jak chociażby borówki, mchy czy paprocie. Czwarty punkt dotyczył boru świeżego, a za nim, kawałek dalej, skręcaliśmy w prawo. Natrafiliśmy na zimowisko dla nietoperzy.

Jechaliśmy już przy Jeziorze Ostrowite. To jego dotyczył piąty przystanek na trasie. Było tak naprawdę złożone z dwóch części rozdzielonych półwyspami i stanowiło najgłębszy i największy zbiornik na terenie Parku. Zasilały je wyłącznie wody opadowe i podziemne. Wody jeziora zaliczano do I klasy czystości! W folderze wymieniono występujące tu ryby i ptaki, a w okolicy zbiornika można było spotkać również bobry i wydry.

Jak na nazwę ścieżki przystało, jeden z punktów, już szósty, opisywał łąki. Tego typu siedlisko wymagało ingerencji człowieka, by nie dopuścić do sukcesji lasu. W folderze uwagę poświęcono zarówno zmienności łąk w różnych porach roku, jak i różnorodności występujących tu gatunków roślin i zwierząt.

Kawałek dalej, dość blisko, spodziewaliśmy się ostatniego przystanku, oznaczonego nr 7. Nie widzieliśmy jednak słupka, a tylko kilka łysych, białych pni drzew.

– Tu możesz zrobić zdjęcie, to jest istota tego punktu – zasugerował Michał.

– Tak, ale gdzieś też powinien być numerek. Chyba, że dołączył do tego, co reprezentuje (martwe drewno).

Niedługo później odbiliśmy w prawo i dotarliśmy do parkowej „bramy”, gdzie mieściły się tablice, drogowskaz, a także ławeczki pozwalające zrobić sobie przerwę regeneracyjną. Stamtąd ruszyliśmy na północ w kierunku parkingu, gdzie odbiliśmy na szeroką, wygodną drogę w lewo.

Po dotarciu do Funki sprawdziliśmy, że przejechaliśmy tego dnia 42 km. Po niespełna godzinie poszliśmy nad jezioro, tuż przy naszym ośrodku.

– No i zabrałeś mnie na ten zachód słońca. Jest cudownie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *