Kolejny dzień w Parku Narodowym Bory Tucholskie zaplanowaliśmy typowo terenowo. Na celowniku mieliśmy dwie ścieżki przyrodnicze (Piła Młyn oraz Wokół jeziora lobeliowego Wielkie Gacno), każdą na kilka godzin spaceru, ale wiedzieliśmy, że z rowerami pójdzie o wiele szybciej. Dodatkowo te trasy startowały w tym samym miejscu, ale obie tworzyły niemal pełne pętle, więc dało się zwiedzić jedną po drugiej. Podobnie jak poprzednio, przydały się foldery na ich temat, bo kolejne punkty ścieżek wyznaczały tylko ponumerowane słupki.

Najpierw skierowaliśmy się od naszej bazy na północ, ku ścieżce Piła Młyn oznaczonej kolorem niebieskim. Kierowano ją głównie do uczniów, starając się przekrojowo przedstawić faunę i florę Parku oraz rodzaje jezior. Startowaliśmy na wysokości wsi Bachorze. Zatrzymaliśmy się przy tablicy informacyjnej, dowiadując się przy tym, że osada pochodziła z końca XVIII wieku. Maszerowały tędy wojska napoleońskie w drodze na Moskwę w 1811 bądź 1812 roku.


Pierwszy punkt ścieżki dotyczył porostów. Rzeczywiście, warto było się zatrzymać, by zobaczyć charakterystyczne „plamy” na drzewach, ale także kamieniach. Niektóre gatunki występowały tylko w tej części kraju, a ogółem liczbę porostów na terenie Parku szacowano na ponad 230.


Nie znaleźliśmy słupka z nr 2, ale w folderze wyczytaliśmy, że znajdowaliśmy się w suboceanicznym borze świeżym i można było spotkać tu relikt polodowcowy – krzewinkę o nazwie zimoziół północny. Roślina ta stanowiła część runa leśnego. Następny przystanek mieścił się przy mrowisku mrówki rudnicy. Ten rozdział w folderze prezentował, jak pożyteczne mogą być owady i jak toczy się życie społeczne mrówek.

Pewnego rodzaju ewenementem okazał się punkt nr 4. Opowiadał nie tyle o przyrodzie, lecz o historii. Nawiązywał do wspomnianego już przemarszu wojsk i był związany z ustawionym przez żołnierzy krzyżem napoleońskim. Tutejszy krzyż stanowił kopię wykonaną w 1982 roku, na polecenie lokalnego leśniczego, tymczasem oryginał trafił do renowacji. Dodatkowo to miejsce opatrzono tablicą informacyjną, a nie tylko słupkiem z namalowanym numerkiem.


Gdy znaleźliśmy kolejny przystanek, w oczy rzuciła się nam budka dla ptaków. Rozglądając się dokładniej, wypatrzyliśmy ich więcej i były różnych rodzajów. Te z otworami od dołu służyły nietoperzom. W tym miejscu opisano bowiem czynną ochronę zarówno ptaków, jak i nietoperzy. Nim struktura lokalnego drzewostanu umożliwiłaby powstanie naturalnych dziupli, takie budki spełniały ich rolę. Na jednym z drzew wypatrzyliśmy także kłodę służącą bartnictwu i tego tematu dotyczył kolejny punkt ścieżki. Dla mnie osobiście zaskoczeniem był fakt, że bartnicy swój zawód dziedziczyli i zrzeszali się w bractwa z danego obszaru.


Jadąc dalej, trafiliśmy na kłody przearanżowane na stojaki na rowery. Sugerowano pozostawienie tu rowerów, ale nie było możliwości przypięcia ich do drewnianych konstruktów, więc miałam lekkie obawy. Michał zapytał, czy chcę wejść z rowerem na kładki. Widział, że będzie stromo, z mojej perspektywy nie było to takie oczywiste, więc zabraliśmy się z rowerami.
– Nie zostawię roweru w lesie – stwierdziłam.

Oczywiście jazda po około półmetrowej, jeśli chodzi o szerokość, kładce, została zakazana stosownym znakiem, ale ludzie z Parku, z którymi o tym rozmawialiśmy dzień wcześniej, sugerowali, że można rower prowadzić i informowali nas, że kładka ma jakieś 200 metrów długości. Faktycznie okazało się to wyzwaniem i ręka często zaciskała hamulec, ale daliśmy sobie radę. Na tym odcinku czekały na nas aż trzy przystanki i faktycznie warto było tu dotrzeć, aczkolwiek przy deszczowej aurze trzeba było liczyć się z faktem, że kładka mogłaby okazać się śliska. Prawdopodobnie zbudowano ją tu, ponieważ wokół rósł bór bagienny.

Na początek mogliśmy poznać jezioro dystroficzne Kacze Oko, oznaczone numerem 7. Powstało w miejscu bryły martwego lodu z okresu zlodowacenia po jej wytopieniu i było jednym z mniejszych, jeśli chodzi o rozmiar tutejszych jezior. Również fauna i flora zbiornika nie cechowały się zbyt dużą różnorodnością ze względu na znaczne ilości kwasów organicznych i niedobory tlenu. Tym niemniej miał spore znaczenie w kształtowaniu lokalnego bilansu wodnego poprzez magazynowanie wody. W tego typu jeziorach stopniowo gromadziły się osady denne, a zbiorniki zarastały, zmieniając się w torfowiska. Dzięki obecności pomostu widokowego mogliśmy sobie pozwolić na krótką sesję zdjęciową, zarówno z malowniczym jeziorkiem, jak i z nami w roli głównej 😉




Kładka poprowadziła nas dalej. Przystanek nr 8 znajdował się pomiędzy jeziorami: Kacze Oko i Płęsno. Opowiadał o tym drugim. Należało do tzw. Strugi Siedmiu Jezior i stanowiło przykład jeziora rynnowego. Nazwa jeziora mogła pochodzić od ryby płoci bądź od pląsającej czyli falującej wody. Zbiornik był eutroficzny czyli bogaty w składniki pokarmowe, co oczywiście doprowadziło do bogactwa tutejszej fauny i flory. Wymieniono przykładowe rośliny (rdestnica, trzcina pospolita) oraz zwierzęta (czapla siwa, zimorodek, wydra).


Bardzo charakterystyczny obiekt prezentował kolejny punkt ścieżki. Dąb Bartuś, bo o nim mowa, stanowił pomnik przyrody – pojęcie to wprowadził Aleksander von Humboldt. Drzewo liczyło sobie już 600 lat. Według folderu, w 2010 roku mierzył 7,2 metra w obwodzie. Dzięki tabliczce mogliśmy też dowiedzieć się, że miał 22 metry wysokości. Przestrzeń wokół zaaranżowano tak, by turysta mógł odpocząć. Znajdowały się tu wiata turystyczna, stoliki z ławkami oraz stojak na rowery. Co ciekawe, w tej okolicy mieściła się dawniej osada Piła Młyn (z młynem i tartakiem), od której pochodziła nazwa całej ścieżki przyrodniczej. Jej historia raczej była krótka i zamykała się w XVIII wieku, w XIX wieku przestała już istnieć.



Kolejne dwa przystanki mieściły się dość blisko. Najpierw mogliśmy poczytać o obszarach ochrony ścisłej. Przykład takiego stanowiło Jezioro Olbrachta, na północ od ścieżki. Przystanek nr 11 opowiadał z kolei o konkretnym zbiorniku – Jeziorze Skrzynka. Ono również stanowiło część Strugi Siedmiu Jezior i było bardzo żyzne. Wiele ryb znajdowało tu odpowiednie warunki na tarło.




Po pokonaniu bardzo piaszczystego odcinka ścieżki wyjechaliśmy już na asfalt. Trafiliśmy na tablicę z mapą północnej części powiatu chojnickiego, przedstawionego w kontekście Kaszubskiej Marszruty. Projekt zachęcał do poznawania Borów Tucholskich na rowerach. Również i my wybraliśmy na ten wyjazd wspomniany środek transportu. Dlatego chwilę później, jadąc do kolejnego punktu, jechaliśmy ścieżką wyznaczoną wzdłuż asfaltowej drogi.

Przedostatni punkt dotyczył czynnej ochrony płazów. Często ginęły na drogach, dlatego pracownicy Parku monitorowali odcinek Bachorze-Swornegacie, a następnie najbardziej ryzykowny dla zwierząt fragment odgrodzono, łapano je tam do specjalnych pojemników i to ludzie przenosili je na drugą stronę. W późniejszych latach zamontowano specjalne przejścia dla płazów, aby pokonywały tę drogę samodzielnie.

Punkt 13, wieńczący ścieżkę przyrodniczą Piła Młyn, wymagał od nas wspinaczki z rowerami na punkt widokowy. Ale było warto! Roztaczał się tu piękny widok na Jezioro Charzykowskie, co oczywiście wykorzystaliśmy i napstrykaliśmy masę zdjęć. Było to drugie pod względem wielkości, jeśli chodzi o tutejsze jeziora, choć mieściło się poza granicami Parku Narodowego. W folderze zachęcano do oglądania ptaków z tego miejsca, a także zwracano uwagę na wyspę po lewej stronie, z racji pobliskiej osady nazywanej Wyspą Bachorską. Ponoć przed wojną służyła harcerkom z Funki, a w 1941 roku – partyzantom.



Po ukończeniu pierwszej ścieżki przyrodniczej, podjechaliśmy ponownie do wsi Bachorze, aby rozpocząć drugą trasę. Po drodze, przejeżdżając przez most, zatrzymaliśmy się nad wodą jeszcze na moment. Przejrzysta tafla pozwalała dostrzec podwodną roślinność.

Druga ścieżka przyrodnicza nosiła nazwę Wokół jeziora lobeliowego Wielkie Gacno i oznaczono ją kolorem zielonym. Była nieco dłuższa niż poprzednia, aczkolwiek liczyła zaledwie siedem punktów. Przy pierwszym z nich opowiedziano o pozyskiwaniu żywicy z drzew, dlatego można było zaobserwować ponacinane pnie. Początkowo przeznaczano do tego świerki, w późniejszym czasie sosny. Aby drzewo mogło mimo wszystko zdrowo funkcjonować, nie zdzierano kory na całym obwodzie. Dodatkowo wybierano drzewa, które i tak w najbliższych latach były przeznaczone do wyrębu.

Mi osobiście bardzo spodobał się punkt nr 2, bo natrafiliśmy tu na niezwykle malowniczą wydmę. Powstała na skutek aktywności człowieka, bo w lasach aranżowano pasy przeciwpożarowe, podatne następnie na działanie wiatru. Obecnie obserwowano w tym miejscu zarastanie wydmy. Wśród rosnących tu gatunków wspomniano m.in. szczotlichę siwą, mech płonnik czy wrzos. Z fauny dobrze czuły się tu ptaki takie jak lelek, pająki czy niektóre owady.


Przystanek nr 3 dotyczył dziupli, dlatego siłą rzeczy w folderze skupiono się na zamieszkujących takie kryjówki ptakach i nietoperzach, ze szczególnym uwzględnieniem warunków życia tych drugich. Chociaż odległości między punktami ścieżki wydawały się relatywnie spore, niedługo później nie kryłam zaskoczenia:
– Tak się nagle wyłoniła zza krzaka – zawołałam, mają na myśli słupek z czwórką. – Myślałam, że będzie dalej.
W tym miejscu mogliśmy poczytać o brzozie, żerującym na niech chrząszczu (ogłodek brzozowiec) oraz martwym drewnie.


Kawałek dalej skręciliśmy w prawo i wkrótce zza drzew zaczęło się wyłaniać Jezioro Wielkie Gacno. Jeszcze nim natrafiliśmy na słupek z numerem 5, podeszliśmy bliżej tafli wody. Brzeg był porośnięty.
– Ta trawa jest taka zielona. Normalnie „puff” eksplozja zieloności – zażartował Michał.


Chociaż widoki już w tym miejscu były zachwycające, warto było pokonać jeszcze niewielki odcinek i dotrzeć do specjalnie przygotowanej kładki przy kolejnym przystanku ścieżki przyrodniczej. Punkt nosił nazwę Jezioro lobeliowe Wielkie Gacno. Tu zdecydowanie wsiąkliśmy na dłużej!
Jeziora tego typu zazwyczaj były oligotroficzne, a wyznaczano je na podstawie obecności jednego z trzech gatunków wskaźnikowych, takich jak np. lobelia jeziorna, od której pochodziła ich nazwa. Roślinność wokół często miała charakter torfowiskowy. Ze względu na niedobory azotu i fosforu w zbiorniku było niewiele glonów, a przez to niewiele ryb.

Wchodząc na pomost w pobliżu tablicy informacyjnej, jednocześnie natrafialiśmy na słupki z numerami 5 i 6. Kładka miała jakby kształt serca, a kiedy po niej spacerowaliśmy, totalnie wsiąkłam w obserwacje ważek. Ponoć w tej okolicy występowało 18 z 43 gatunków stwierdzonych w Parku. Gdy robiłam im zdjęcia, Michał żartował, że czaję się niczym myśliwy na polowaniu. Co chwilę wołałam:
– Piękna jesteś!
Udało mi się złowić kilka naprawdę ładnych kadrów, więc byłam zadowolona 🙂




Strefa pomiędzy poszczególnymi częściami kładki, a jednocześnie między lasem a wodą, stanowiła tzw. strefę ekotonową, co opisano w folderze pod numerem szóstym. Tutejsza roślinność miała łączyć gatunki z obu ekosystemów, a jednocześnie występowały tu dodatkowo takie charakterystyczne tylko dla strefy przejściowej. Wspomniano także, że lustro wody w jeziorze co jakiś czas opada lub się podnosi i taki poziom utrzymuje się potem nawet do kilku lat.



Na naszej trasie został do odhaczenia jeszcze przystanek nr 7. Mieścił się niemal pomiędzy jeziorami Wielkie Gacno i Małe Gacno. To drugie stanowiło obszar ochrony ścisłej, o czym informowała stosowna tablica. Mieliśmy jeszcze do pokonania spory odcinek do szosy, ale przez las jechało się całkiem przyjemnie. W pewnym momencie trafiliśmy na przecinkę. Chwilę później dotarliśmy do parkowej bramy. Do ulicy teoretycznie prowadziła stąd już prosta ścieżka.
– Dużo piachu. Powiedziałbym, że po horyzont – zasugerował Michał.
Zmieniliśmy drogę, kierując się w stronę stajni. Wróciliśmy do naszej bazy z myślą, jak nad tymi wszystkimi jeziorkami jest super! Trzeba jednak przyznać, że po przejechanych 19 km czuliśmy się głodni i z wdzięcznością zjedliśmy zamówiony w ośrodku obiad.





Po nim udaliśmy się na spacer nad jezioro przy naszej bazie noclegowej. Pomimo drugiej połowy września było na tyle ciepło, że przysiedliśmy nawet na pomoście i pomoczyliśmy nogi w jeziorze Charzykowskim. Nieopodal dzieci bawiły się z psiakiem innego gościa i zarówno maluchy, jak i zwierzaka rozpierała energia, więc musieliśmy uważać, by zabrane ze sobą rzeczy nie zamokły.


Wróciliśmy nad wodę po raz drugi, trzy godziny później. Jak każdego dnia wyjazdu, obserwowaliśmy zachód słońca. Ten rytuał dawał nam wiele radości. Szczególnie, że nazajutrz wybieraliśmy się już w drogę powrotną.



