Tczew – zrobiłam sobie prezent ;)

Jednym ze świąt, które bardzo lubię, jest obchodzony dziś Światowy Dzień Żółwia. Przez kilka lat miałam swojego Ignacego, a i kolekcja figurek, maskotek i innych żółwiowych gadżetów jest u mnie dość pokaźna, może kiedyś się pochwalę 😉 Każdy lubi obchodzić swoje święto, prawda? Dlatego dziś podzielę się z Wami swoimi zapiskami z podróży urodzinowej do Tczewa we wrześniu 2018 roku. Zapraszam 🙂

Przechytrzyłam samą siebie. Moje urodziny przypadały w sobotę, a urodziny koleżanki w niedzielę, planowałyśmy więc spędzić wspólnie ten weekend. W związku z tym postanowiłam w piątek urządzić imprezę dla znajomych. Nagle okoliczności sprawiły, że nie mogłyśmy się spotkać z moją „współsolenizantką”. I co teraz? Spędzić urodziny samemu, w czterech ścianach, bo przecież wszyscy będą ze mną w piątek? O nie, nie! Postanowiłam, że choćbym miała pojechać bez towarzystwa, nie zostanę w domu. Uznałam, że pojadę wystarczająco blisko, by uniknąć konieczności organizowania sobie noclegu. Mój wybór padł na Tczew, a ostatecznie znalazłam sobie także towarzyszkę wyprawy.

Przygód nie brakowało od samego rana. Najpierw czekając na autobus w stronę dworca, zostałam zagadana przez starszego jegomościa. Zapytał, czy „jadę na Lechię”, czy idę zwiedzać, czy jestem studentką itp. Mówił, że księża lubią studentki, ludzie lubią pieniądze, a on jedzie do Jehowych i dopytywał, czy ja też. Nie chciałam z nim wchodzić w dyskusje, ale to nie przeszkadzało mu produkować się dalej. Przeanalizował kolejnych apostołów i nie tylko, mówiąc, że „Piotr się zaparł trzy razy, Paweł był Żydem, a Juda był w porządku”. Gdy uchyliłam rąbka tajemnicy i powiedziałam, że robię sobie wycieczkę, bo mam dziś urodziny, w odpowiedzi usłyszałam „dziś są imieniny Tomasza, prawda?”. Dodałam, że również Maurycego, a jego zastanowiło, czy zna kogoś o tym imieniu. To była dziwna konwersacja.

Gdy stałam już na peronie, zadzwoniła moja koleżanka z wieścią, że po raz pierwszy w życiu zwiał jej pociąg i to tuż sprzed nosa. W związku z tym, że ja miałam już bilet, postanowiłyśmy spotkać się już na miejscu. W przedziale pani obok miała głos tak podobny do głosu mojej koleżanki z pracy, że aż sprawdzałam, czy to na pewno nie ona.

Do Tczewa dotarłam pół godziny szybciej od mojej towarzyszki i postanowiłam pokręcić się po dworcu i okolicach. Szczerze mówiąc, większość pociągów, którymi jechałam, kursowała przez Tczew, ale nigdy tu nie wysiadałam. Zajrzałam zatem nawet do dworcowego kiosku, gdzie sprzedawali wszystko, od świeczek czy kolczyków po publikacje i mapy. Niestety nie znalazłam nic potencjalnie ciekawego. Seria albumów o Tczewie nie zawierała wszystkich części, poza tym niekoniecznie chciałam obciążać plecak już na starcie. Zauważyłam też książkę, której autorstwo przypisałam momentalnie do Agathy Christie. Może ze względu na przeprowadzoną kilka dni wcześniej rozmowę z koleżanką, na którą czekałam. Okazało się jednak, że chociaż rzeczywiście miałam do czynienia z kryminałem, to główna bohaterka nosiła to imię, a nie autorka.

Wyszłam na zewnątrz i od razu zobaczyłam Galerię Kociewską. Uznałam ją za bardzo estetyczną. Spodobał mi się zegar u jej szczytu. Próbowałam zrobić zdjęcia, ale miałam w centrum jakąś parę, która akurat paliła papierosy. No totalnie nie mój klimat. Gdy miałam już iść dalej, para się zmyła, a ja wykorzystałam moment. Nie uszło to uwadze młodego mężczyzny na pobliskiej ławeczce. Nawet się uśmiechnął, widząc moje starania.

Dalej podeszłam bliżej wieży ciśnień. Dostrzegłam, że w obrębie przystanku dla busów, wyryto w podłożu nazwy peronów (np. peron 6). Na ławeczkach obok siedzieli ludzie. Dziecko zapytało mamę:

– A czemu pani stoi, a my siedzimy? Pani robi zdjęcie autobusu?

– Nie, wieży ciśnień – odparłam i uśmiechnęłam się.

Sfotografowałam także dwie wyeksponowane w okolicy dworca lokomotywy, po czym schowałam się przed wiatrem w budynku dworca i ostatnie dziesięć minut oczekiwania spędziłam na odpowiadaniu na urodzinowe życzenia. Wreszcie dotarła moja towarzyszka, pogadałyśmy chwilę na ławeczce, po czym zebrałam ekwipunek i ruszyłyśmy poznawać Tczew.

Na początek przeszłyśmy wzdłuż Galerii Kociewskiej i przeszłyśmy na drugą stronę ulicy w pierwszym miejscu, na które pozwalał trwający remont. Zaintrygowała mnie prostopadłościenna, pusta w środku konstrukcja. Ciekawa byłam, czy to jakaś artystyczna instalacja (kubizm?), czy może jednak element budowy.

Wkrótce znalazłyśmy się na ulicy Gdańskiej i minąwszy kilka sklepów (zaintrygowała mnie witryna z  napisem HOME i dopiskiem „mamy te litery w sprzedaży”), dotarłyśmy do kościoła św. Józefa. Wykorzystując otwarte drzwi, zajrzałyśmy do środka. Niestety, kolejne przejście było już zamknięte i tylko przez szyby mogłyśmy obejrzeć prosty wystrój świątyni. A szkoda, bo z przyjemnością przyjrzałabym się z bliska figurom w okolicy ołtarza. Przypuszczałam, że mogli to być apostołowie – co byłoby ciekawym dopełnieniem rozmowy na gdańskim przystanku. Dopiero pisząc ten tekst, doczytałam informacje ze sfotografowanej tablicy opisującej historię kościoła. Wymieniono tam wyrzeźbione postacie świętych: Matki Boskiej, Józefa, Antoniego, Piotra, Pawła, Kazimierza, Władysława, Małgorzaty Alacoque i Katarzyny Laboure. W przedsionku moją uwagę zwrócił także witraż z sercem pośrodku, na tle skrzyżowanych kotwicy i krzyża, a przed kościołem kwietnik.

Następnie ruszyłyśmy w stronę wiaduktu. Pod nim biegły tory, na których stały puste wagony ustawione jeden z drugim. Po drodze podśpiewywałyśmy i rozmawiałyśmy o tym, że lubimy śpiewać. Jako, że tej soboty obchodziłam urodziny, a dzień wcześniej przeglądałam szkolne pamiątki, zrobiłam się nieco sentymentalna. Opowiedziałam koleżance, jak to natknęłam się na świadectwo z czasów edukacji wczesnoszkolnej, gdzie nie było ocen, lecz opis postępów ucznia. Moja wychowawczyni napisała mi opinię, że szybko uczę się piosenek, odnajduję się w rytmie i ładnie śpiewam. Co do dwóch pierwszych, spokojnie bym się pod tym podpisała, co do ostatniego – pewnie ilu słuchaczy, tyle opinii.

Znalazłyśmy się na skrzyżowaniu z 1 Maja, ale nim ruszyłyśmy docelowo w prawo, zeszłyśmy ścieżką po lewej w dół, bliżej torów, nad którymi szłyśmy chwilę wcześniej. Liczyłam, że przejdziemy tędy do ominiętej, a widocznej na mapie, dawnej parowozowni, ale się nie udało.

Ulicą 1 Maja dotarłyśmy do kolejnego wiaduktu. Tuż za torami dostrzegłyśmy po lewej w dole całkiem ładny skwerek. Jednak i naprzeciw nas znajdował się ładny, elegancki budynek. Mieścił się w rozwidleniu dróg, a jego wygląd sprawił, że zastanowiłyśmy się, co mogłoby się w nim mieścić. Ostatecznie, nie dopatrując się żadnej tablicy, uznałyśmy, że aktualnie był to raczej budynek mieszkalny.

Lewa odnoga doprowadziła nas do nie mniej ciekawego skrzyżowania z krótkimi torami pośrodku. Były one raczej wyeksponowane celem upamiętnienia czegoś, bo mierząc może z dziesięć metrów, nie miałyby wartości użytkowej. Zapozowałyśmy, po czym spojrzałyśmy przed siebie na bardzo atrakcyjne stare kamieniczki. Ulica Wyszyńskiego i w ogóle okolice całego skrzyżowania były wyłożone kamieniami, a nie wylane asfaltem, co potęgowało wrażenie spajania teraźniejszości z historią. Gdy skręciłyśmy na chwilę w prawo, gdzie koleżankę zaintrygował widoczny kawałek dalej ceglany budynek (mieściła się tam szkoła podstawowa), zauważyłam, że skrzyżowanie rozrysowane na mapie przyjęło nietypowy kształt. Byłam ciekawa, czy myśli mojej towarzyszki podpowiedzą jej to samo skojarzenie:

– Spójrz na to i powiedz, co Ci się pierwsze skojarzyło – poprosiłam.

– Macica. A nie jestem biologiem – trafiła w sedno.

Ostatecznie dalej wędrowałyśmy kolejnym odcinkiem ulicy Wyszyńskiego, gdzie na skrzyżowaniu z ulicą Sambora mieściła się ładna niebieska kamienica. Chwilę później znalazłyśmy Centrum Kultury i Sztuki z tablicą upamiętniającą Lecha Kaczyńskiego, a także kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Moja towarzyszka uświadomiła mnie, że świątynia została zbudowana w stylu gotyckim, ale była przesiąknięta barokowymi ozdobami. W związku z faktem, że wiedzę architektoniczną dopiero spodziewałam się nabyć na rozpoczynającym się wkrótce kursie przewodnickim, a do tego momentu ograniczała się do skojarzenia gotyku ze strzelistymi kształtami, a baroku ze złotem, koleżanka postanowiła mi opowiedzieć nieco więcej. Dostrzegłam piękne gwiaździste sklepienie z delikatnymi kwiatkami w każdym rogu. Dopiero wzrok wiedziony opowieścią mojej towarzyszki natrafił na boczne nawy, skręcające i obłe elementy w kolorach złota i czerwieni, tak kontrastujące z głęboką zielenią i strzelistymi, długimi wieżyczkami. Obeszłyśmy kościół, dzięki czemu znalazłam także „kącik” z tablicami upamiętniającymi ważne wydarzenia i postaci z historii miasta (nadanie praw miejskich) i parafii (wizyta kardynała Wyszyńskiego, wyryta na czterech tablicach składających się na kształt Polski), a także mieszkańców poległych w latach okupacji.

Po opuszczeniu świątyni właściwie niemal od razu natrafiliśmy na, dla odmiany zamknięty, kościół Św. Stanisława Kostki. Naprzeciw niego mieścił się sklepik, którym od razu się podekscytowałam. Księgarnia i to ze zniżkami -30%? Dla nas obu byłby to raj. Jakie jednak było nasze rozczarowanie, gdy utwierdziłam się w przekonaniu o swej krótkowzroczności, bo podeszłam bliżej i mogłam jedynie rzec:

– A nie, to pościel.

Jakim cudem doszłam do tego błędnego wniosku, nie mam pojęcia, natomiast niedługo później zaszła z mojej strony kolejna pomyłka. Otóż natrafiłyśmy na plac, który mógł być obecnym w pewnie niemal każdym mieście rynkiem. Pośrodku biegały dzieci, a jeden z chłopców jeździł na hulajnodze, jedynie po wytyczonych, gładkich, czerwonych nawierzchniach. Wysnułam teorię, jakoby stworzono tu trasę z myślą o dzieciach jeżdżących rowerami czy hulajnogami właśnie. Mówiłam to jednak niezbyt na serio, a przyczyna istnienia takiej „trasy” okazała się mieć podłoże historyczne, odwzorowywała bowiem obrys murów ratusza z XVI wieku.

Oczywiście w obrębie rynku było dużo więcej ciekawostek. Znalazłyśmy piękną fontannę, niezwykle wąską kamieniczkę z 1901 roku, którą to datę umieszczono na budynku w dwóch częściach, ale chyba najbardziej intrygująca okazała się rzeźba przedstawiająca… lato. Jako osoba urodzona w ostatni dzień lata, postanowiłam wykorzystać właśnie ten dzień i zapozować na tle postaci. Jeszcze większą frajdę sprawiło mi odkrycie koleżanki, że na pobliskiej kamieniczce są cztery rzeźby prezentujące ludzkie postaci, a ja dopatrzyłam się w nich wszystkich czterech pór roku. Dopiero wówczas poczułam się naprawdę zaintrygowana! Wydedukowałam, że może są dwa komplety rzeźb, jeden wieńczący kamieniczkę i drugi, spośród którego wybrana figura stoi właśnie na rynkowym cokole. Może miałyśmy niezwykłe szczęście, gdyż już nazajutrz stałaby tu jesień? Jedyne, co nie dawało mi spokoju, to pytanie, kto mógłby zweryfikować moją teorię, ale ewidentnie ten motyw był dla mnie hitem całej wycieczki.

Posiliłyśmy się i ruszyłyśmy dalej Lipową. Skręciłyśmy na Rybackiej w prawo, a chcąc zrobić zdjęcie na przestrzał jednej z prostopadłych uliczek, dokonałam ciekawego spostrzeżenia. Zawołałam koleżankę i pokazałam jej, co miałam na myśli.

– Spójrz na moją tapetę [wówczas był to obraz „Notre Dame i kwitnące wiśnie” Williama Whartona, z latarnią po boku] i na aparat [w niemal tym samym miejscu kadru też znalazła się latarnia].

– Jest podobieństwo – przyznała moja towarzyszka.

Dotarłyśmy do małych armatek i kul na tle ceglanego muru. Zapozowałam, po czym zeszłyśmy schodkami ku Wąskiej, gdzie ponownie skierowałyśmy się w prawo.

– Jesteś pewna, że idziemy w dobrym kierunku? – powątpiewała koleżanka.

– Tak na 90%. Widzisz, jak sobie sprytnie zostawiłam margines błędu?

Na ulicy 30 Stycznia odbiłyśmy w prawo, by sfotografować urzędowe budynki w okolicy ronda, co było arcytrudnym zadaniem z powodu dużego ruchu samochodowego. Następnie uwieczniłam budynek kościoła ewangelicko-augsburskiego w parku po drugiej stronie ulicy, aż wreszcie dotarłyśmy do Centrum Konserwacji Wraków Statków. Tutaj czekała na mnie pracująca w tym miejscu koleżanka, a wraz z nią urodzinowa niespodzianka. Dostałam kwiatka ze słodyczy oraz pakiet gadżetów z Centrum. Dała mi też notes, dodając przy tym:

– Żebyś nie musiała pisać po mapach.

Mam poczucie, że właśnie w tym cały urok. Te mapy to elementy mojej historii. Ale są też takie wycieczki, na których z map nie korzystam i tutaj z przyjemnością zrobię użytek z otrzymanego notesu.

Sobota była dniem darmowego wstępu, więc bez ograniczeń mogłyśmy wszędzie zajrzeć. Najpierw odwiedziłyśmy trzy poziomy CKWS, zaczynając od dolnego z podwieszonymi i ustawionymi na cokołach statkami, jachtami czy kajakami (?). Moja wiedza w temacie jest dość nikła, stąd trudno o precyzyjne nazewnictwo z mojej strony, ale dostrzegałam ich różnorodność. Wyżej można było podziwiać je w pełnej krasie, a do tego za pomocą różnych aplikacji dowiedzieć się np. jakie były porty na Wiśle i jak konserwować różne elementy w zależności od materiału, z jakiego je wytworzono. Całkiem zabawne było też sterowanie podwodnym robotem z kamerą, choć żadnej z nas nie udało się złapać umieszczonych w wodzie obręczy. Za to ustawiłam kamerę tak, by robot „widział” nas obie i zrobiłam zdjęcie jego obserwacji.

Odwiedziłyśmy także Muzeum Wisły i mieszczącą się w jednym budynku z nim Fabrykę Sztuk. Już przy wejściu można było zrobić sobie zdjęcie w stylu retro i wysłać na maila, czego nie omieszkałyśmy zrobić. Dopiero wówczas zajrzałyśmy na trzypiętrową wystawę dotyczącą najważniejszej dla Polski rzeki. To, co szczególnie mi się spodobało, to wszechobecna numeracja plansz. Dzięki temu zwiedzający miał pewność, że wędruje zgodnie z chronologią i niczego nie ominie. Obsługa była przemiła, a informacji taki ogrom, że trudno byłoby je przyswoić. Na szczęście pozwolono mi robić zdjęcia. Najpierw natrafiłyśmy na ogólne dane dotyczące rzeki i jej wykorzystania z historią w tle. Na tym piętrze zaciekawiły mnie zestawione ze sobą herby Gdańska – dawny i obecny. Takich nawiązań do Gdańska było zdecydowanie więcej. Z całego zwiedzania chyba najbardziej zapamiętałam część poświęconą życiu żeglarzy oraz poematowi Sebastiana Klonowic(z)a, który miał być w pewnym sensie instrukcją dla tych, którzy zdecydują się na życie flisaka. Podczas zwiedzania mijałyśmy także łodzie i atrybuty potrzebne podczas pracy na statku. Na ostatnim piętrze mieściły się gabloty nawiązujące do istnienia Szkoły Morskiej w Tczewie, nim przeniesiono uczelnię do Gdyni.

Po przerwie na posiłek, wymuszonej ewidentnym spadkiem cukru, zasygnalizowanym lekkim bólem głowy, weszłyśmy do Fabryki Sztuk. Tutaj do zwiedzenia była rozmieszczona na dwóch piętrach wystawa 20 lat wolności. Obowiązywał ruch zgodnie ze strzałkami na podłodze, bo w obrębie stanowisk rozmieszczono czujki reagujące na ruch. W stosownym momencie odzywały się różne postaci, wprowadzając nas w historię zarówno swoją, jak i miasta. „Zagadywali” nas chociażby pisarze Edmund Raduński i Anna Łajming. Inne manekiny tworzyły scenki rodzajowe. Mijałyśmy stragany, magla, w którym cały czas było gwarno od plotek, fascynujący (przynajmniej dla mnie jako biologa) gabinet lekarski i skrzypka wygrywającego melodię „Umówiłem się z nią na dziewiątą”. Najciekawsze były dla mnie makieta miasta oraz… figury pór roku! Tutaj postanowiłam skorzystać z okazji i podpytałam przemiłego pana z obsługi, czy moja teoria jest zgodna z faktami. Okazało się, że tym razem intuicja mnie nie zawiodła, a wymiana figury co kwartał następowała z towarzyszeniem dzieci z lokalnych szkół. Pan dodatkowo dał nam złożone w harmonijkę historyczne zdjęcia miasta oraz wzorowaną na dawny „Goniec pomorski” gazetę. Za jego namową przeszłyśmy też po ruchomym trapie, a na koniec zwiedzania zrobiłyśmy quiz. Wpisałam się także do księgi pamiątkowej.

Po opuszczeniu muzeum koleżanka zapytała:

– To teraz idziemy nad morze?

Miała oczywiście na myśli rzekę Wisłę, która stanowiła nasz kolejny, ostatni tego dnia cel.

– Chodź jeszcze do parku, zrobisz zdjęcia – zaproponowała mi.

Przeszłyśmy zatem na chwilę na drugą stronę ulicy, by nacieszyć oko zielenią, obejrzeć głaz upamiętniający poległych w walkach na frontach II wojny światowej, a także drugi wraz z tablicami informacyjnymi o poszczególnych formacjach wojskowych. Wówczas skierowałyśmy się ku Wąskiej i szłyśmy nią aż do ulicy Chopina.

– Tam jest Wisła – zawołała moja towarzyszka, dostrzegając w oddali taflę wody. – Chyba nie mają tu innej rzeki?

Chwilę później spacerowałyśmy już promenadą wzdłuż Wisły. Obejrzałyśmy most, po którym niejednokrotnie przejeżdżałam pociągiem i ciekawym doświadczeniem była możliwość zmiany perspektywy. Kierowałyśmy się na północ. Natrafiłyśmy najpierw na ławeczkę z oparciem uformowanym na kształt wieżyczek mostu nad Wisłą. Znajdowały się tam kłódki zakochanych. Dalej dopatrzyłyśmy się jeszcze szeregu odbitych stóp tczewian, co doskonale wpasowywało się w nazwę mojej strony „Palcem po mapie, stopą po ziemi”. A tuż przy skrzyżowaniu z Sambora miałyśmy jeszcze okazję obejrzeć fragment odbywającej się akurat tego dnia inscenizacji bitwy polsko – szwedzkiej. Huczało nieźle, ale i było na co popatrzeć, bo oczywiście stroje z epoki zawsze robią wrażenie. Chociaż tego nie planowałyśmy, do listy atrakcji dodałyśmy także wspomnianą inscenizację i z czystym sumieniem mogłyśmy wrócić do Trójmiasta.

Zapraszam też na mój kanał Youtube – ostatnio zaczyna się tam więcej dziać 😉

3 thoughts on “Tczew – zrobiłam sobie prezent ;)

  1. Michał says:

    Twój wpis jest dla mnie niezłym odświeżeniem i zachętą do zwiedzania Fabryki Sztuk, (z racji bagażu raczej nie w najbliższym czasie 😉). Fajnie było, że potwierdziła się Twoja teoria o „pomniku pór roku”, i to w ostatnim dniu lata – za to figurom na kamienicy muszę się przyjrzeć.

    Natomiast napotkany przez Ciebie tor z semaforem jest stosunkowo nowym elementem zagospodarowania skweru, który otrzymał nazwę Skwer Tczewskich Kolejarzy. Spodobał mi się, jak w 2015 r. wracałem z Nowego Stawu – miał już dwa lata. W ogóle Tczew ma wiele takich drobnych porozrzucanych atrakcji, jak te armaty przy murze (zresztą fragmentów fortyfikacji jest więcej!). 🙂

    Wcześniej napisałaś o lokomotywie, ale zabrakło mi zdjęcia czy wzmianki o tej drugiej, w paski – nawiązuje do pochodzenia z Tczewa lidera Republiki, Grzegorza Ciechowskiego. O pełnych godzinach gwiżdże i dymi (od 6:00 do 21:00) i pamiętam, jak ją sfilmowałem w 2013 r. podczas wycieczki w przerwie między semestrami w Karwinie. 🇨🇿 Tak, ja też miałem krótki epizod, że przyjeżdżałem do domu na studiach. A zameldowanie… dalej „pracowało”. 😉

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Też cieszyłam się z potwierdzenia tej teorii 🙂

      Co do fragmentu torów, byłoby t9 bardziej logiczne, gdyby stanowiły pozostałość rzeczywistego połączenia 😉

      A co do lokomotywy… nigdy nie używam 100% kadrów, więc są wybrane korespondujące z tekstem 🙂

      Odpowiedz
  2. Michał says:

    Mogę też Ci polecić piosenkę, którą dodałem kiedyś na Tekstowo.pl . W sumie niezła nisza – dodawać teksty utworów promujących miasta, tych w cieniu mass mediów (to mój drugi taki dodany).

    Piotr Starzecki jest pochodzącym z Tczewa wokalistą „Bitwy na głosy”, który został w 2011 r. zaproszony do jej nagrania przez Urząd Miasta. Ukazuje w niej atrakcje w ciekawy sposób wraz z tajemniczą Pauliną. 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *