Samotny spacer po Wiczlinie nieszczególnie przypadł mi do gustu, więc na kolejną wycieczkę zabrałam koleżankę. Okazało się, że obie ubrałyśmy tego dnia żółte bluzki, jakbyśmy się zmówiły. Zabrany przeze mnie prowiant – banan i sok, również reprezentowały tę barwę. Wydało mi się to ciekawym zbiegiem okoliczności.

Wystartowałyśmy w okolicy ronda, od którego w trzy strony odbiegała Chwarznieńska, a nieopodal ustawiono Biedronkę. Mówiąc ściślej, wysiadłyśmy na przystanku autobusowym Gierdziejewskiego. Niemal od razu zauważyłyśmy, że za drogowskazem Dębowa Góra, gdzie zamierzałyśmy się udać, ciągnęła się asfaltowa droga bez chodnika. Zauważyłyśmy jednak, że mieszkańcy przemieszczali się równoległą do niej ścieżką i postanowiłyśmy ów pomysł wykorzystać. Zwłaszcza, że ścieżka nie była efektem deptania roślinności, lecz gęste trawy zostały tam równo skoszone.

Ruszyłyśmy więc łąkową ścieżką, która stopniowo zaczęła się chować pomiędzy iglakami. Wreszcie zza drzew zaczął się wyłaniać budynek, którego kolorystyka przywiodła nam na myśl Biedronkę. Gdy podeszłyśmy bliżej, okazało się, że to najzwyklejszy dom jednorodzinny, a zbieżność barw była przypadkowa.
Wkrótce wyszłyśmy na głównej drodze, choć jako taka wyglądała dość niepozornie. Brak chodnika nie okazał się problemem i bez jakichkolwiek przygód dotarłyśmy do ulicy Rummla, w którą weszłyśmy. Na kolejnym skrzyżowaniu zasugerowałam koleżance skręt w lewo, w Barkentynową, wyjaśniając uprzednio zarys trasy na tym odcinku.
– Brzmi jak plan – podsumowałam.
– Pójdziemy tu, wyjdziemy tam i ruszymy tu – powtórzyła po mnie koleżanka. – To brzmi jak plan w twoim stylu.
Ruszyłyśmy więc Barkentynową. To rzadko spotykane słowo pochodziło od barkentyny, która, jak sprawdziłam po powrocie, była rodzajem żaglówki. Zmierzałyśmy ku Fregatowej, więc powiązania z wodą miały nam towarzyszyć nie tylko w tym miejscu. Ulica była jednak mało interesująca.
– Tu nic nie ma – posmutniałam.
– Muchy – odparła niemal jednocześnie koleżanka, co dawało wrażenie odpowiedzi na moje stwierdzenie.
– Tu nic się nie dzieje.
Po chwili z jednego z domów dobiegła nas muzyka.
– Masz radio – zauważyła koleżanka. – Jest pies. Słoneczniki. Wiatraczek. Normalnie wieś. I pole przed nami.
Nie mając zbytnio co komentować w obrębie przestrzeni wokół, przypomniałam sobie sytuację mającą miejsce dzień wcześniej w mojej pracy i z ożywieniem zaczęłam ją opowiadać koleżance. Otóż ludzie z mojego otoczenia doskonale wiedzą, że jakiegokolwiek owada czy pająka zabiłabym w ostateczności. Przyzwyczaili się więc do widoku Marty spacerującej z żyjątkiem w dłoniach, by wynieść takowe z budynku i zwrócić mu wolność. Nie inaczej było tym razem. Duży pająk, wałęsał się w jednej z sal. Nim tam dotarłam, zdążył wdrapać się niemal pod sufit. Posłużyłam się więc kijem od mopa, żeby go zdjąć. O dziwo potulnie sam wszedł na kij, a ja mogłam opuścić sprzęt i chwycić zwierzaka w dłonie. Wyszłam z budynku i położyłam go na trawie. Uznałam jednak, że zostawienie go tam niesie ze sobą ryzyko rozdeptania go przez przypadkowego przechodnia albo szybkiego powrotu pajęczaka do budynku. Podniosłam go ponownie i skierowałam się ku gęstszej roślinności. Paradowałam dumna z pająkiem w dłoniach, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Przebywające w pobliżu dzieci podbiegły z ciekawością zaglądając „co pani ma, co pani ma”. Ostatecznie odłożyłam pająka w gęstwinie, gdzie raczej nikt więcej nie zakłócał jego spokoju.
– Jeśli miał zginąć, to i tak by zginął – podsumowała koleżanka.
– Może oszukałam przeznaczenie – odparłam, nawiązując do znanej serii filmów.
– Oszukać przeznaczenie 6. Marta i pająk.
– Chyba 7.
– Ano, może 7. Chyba masz rację.
Podążając Fregatową ku Rummla, zaczęłyśmy się zastanawiać, czy są właściwie zwierzęta, których się obawiamy. Pewnie nie złapałabym jadowitego pająka, ale ten nie był groźny.
– To był normalny pająk, także spoko loko – podsumowałam.
– Pająk gatunek Spoko loko. Mogłabyś tak nazwać firmę. Arachnofobia no more.
Po takiej wymianie zdań trudno się dziwić, że byłyśmy w wyśmienitych humorach. Koleżanka pozwoliła sobie nawet powirować w autorskim układzie choreograficznym.
– Wiesz, kiedy jesteś na krańcu świata, gdy możesz tańczyć i nikt nie zauważy – podsumowała.
Przyznałam jej rację, po czym nagle usłyszałam:
– Dzikie zwierzę! Widzisz? – nic nie dostrzegłam. – Tutaj, no popatrz – wskazała mi palcem, ale wciąż nic nie dostrzegałam.
Wreszcie nasz dziki zwierz podniósł się i czmychnął na drugą stronę drogi. Nic dziwnego, że nie odkryłam, co koleżanka miała na myśli. Ów dziki zwierz okazał się kotem z ciemnym grzbietem, który doskonale maskował się w gęstej trawie. Co więcej, doszukując się żartu w jej stwierdzeniu, poszłam nieco innym tokiem myślenia. Skupiałam wzrok, próbując dostrzec motyla albo trzmiela.

Na Rummla odczułyśmy wpadający nam do sandałów piasek, który miał nam towarzyszyć przez większość wyprawy.
– Piach, wszędzie piach. Czuję się jak w domu – odparła koleżanka.
Jakby na potwierdzenie jej słów, przed nami pojawiły się same rejestracje z jej rodzinnego miasta. Obok znajdował się zakład kasacji pojazdów. Przeszłyśmy dalej. Przez niezbadany dotąd odcinek Barkentynowej, dotarłyśmy do ulicy Korsarzy. Moją uwagę skupiła drewniana konstrukcja przypominająca domek na drzewie, którą ustawiono na jednej z posesji. Tuż przy jej ogrodzeniu, wypatrzyłyśmy na drodze fioletową, plastikową łopatkę.
Wyszłyśmy na Chwarznieńskiej i ruszyłyśmy w lewo. Skręciłyśmy w Kotwiczną, gdzie miało swoje siedziby kilka firm. Jedną z nich koleżanka przemianowała początkowo na Karmel, a następnie na Kornela. W sumie uznałam imiona Kornel i Kornelia za bardzo intrygujące i wpadła mi do głowy myśl, że mogłabym tak nazwać bohaterów w przypadku pisania książki fabularnej. Na Kotwicznej przypadł nam do gustu psiak pilnujący jednej z posesji. Choć wydawał się sympatyczny, tabliczka na bramce głosiła inny komunikat.
– Zły i głodny pies – odczytała koleżanka. – Puszek – dodała, nazywając go wedle własnego uznania.
Wróciłyśmy, by dalej podążać główną drogą i przyznaję, było warto. Po prawej stronie wypatrzyłyśmy bowiem dom, w pobliżu którego wędrowało stado gęsi, a także pasły się dwa kucyki. Ptaki poruszały się w sposób bardzo zsynchronizowany, w myślach nazwałam je więc „armią gęsi”. Konie zajęły nas na dłużej. Podjadały trawę i koniczynę. Spoglądały od czasu do czasu w naszą stronę. Ich widok działał na nas wyciszająco.


Dalej znajdowała się kapliczka, a później naszą uwagę zwracały głównie bogate posesje, wyróżniające się na tle pozostałych. Wyjątkiem było jedno z ogrodzeń, którego czerwień ciekawie współgrała z zielenią okalających je chaszczy. Tymczasem droga przeszła w niemal polną, by po chwili pokryła ją kostka ażurowa. Wkrótce jednak ponownie zainteresowała nas natura. Przed nami pojawiła się kolejna zagroda:
– Konik! Jaki piękny, biały – zareagowała z entuzjazmem koleżanka.
– Raz, dwa, trzy – zaczęłam liczyć. – Siedem szczęść – rozczuliłam się.


Po chwili okazało się jednak, że koni było aż dziesięć. Część z nich po prostu przysłoniły nam drzewa. Trzy białe trzymały się ze sobą. Jednego z nich namolnie oblegały muchy. Pozostałe były brązowe i stały bardziej z tyłu, ale również niemal zwartą grupą.
– Nawet konie są rasistami – stwierdziła koleżanka.
Wkrótce jednak białe konie bardziej się rozproszyły i można powiedzieć, że doszło do „migracji rasowej”. Obserwowałam wszystkie zwierzaki po kolei, ale najbardziej spodobały mi się najciemniejszy z koni, z niemal czarną grzywą i jasnobrązowy z grzywą płową. Zaśmiałyśmy się, że wygląda trochę jak blondynka.

W sumie rozważałyśmy stanie tam i podziwianie koni. Niestety, miałyśmy jeszcze spore plany spacerowe, a upał, jaki panował tego dnia sprawiał, że słońce paliło nas niemiłosiernie. Postanowiłyśmy więc nie stać w miejscu i po chwili wyszłyśmy na Wiczlińskiej.
– Powinnyśmy mieć tutaj leżak, usiąść i oglądać koniki – rzuciła koleżanka, nawiązując do mijanej przed chwilą zagrody.
– I tak nosić ze sobą. Leżak migracyjny.
Na Wiczlińskiej skręciłyśmy w lewo. Ponownie jednej z głównych dróg nie wyposażono w chodnik. Brakowało też przejść dla pieszych, więc musiałyśmy poczekać, aż nie będzie aut. Dopiero wówczas bezpiecznie przeszłyśmy na drugą stronę. W znalezionym zupełnie niespodziewanie sklepie uraczyłyśmy się lodami na patyku. To było idealne rozwiązanie w panującym skwarze.

Wędrowałyśmy dalej wzdłuż pobocza, starając się nie dać rozjechać pędzącym autom. Nasz brak poczucia bezpieczeństwa potęgował jeszcze przyczepiony do jednego z drzew pakiet krzyż plus znicz. Po drodze wypatrzyłyśmy także kilka bocznych ścieżek i warsztat samochodowy. Wreszcie natrafiłyśmy na nazwaną ulicę, ale nim tam skręciłyśmy, odhaczyłyśmy jeszcze obecność kolejnego warsztatu i sklepu spożywczego przed nami. Dopiero wówczas cofnęłyśmy się, by wejść w ulicę Czapli.

Ptasie nazewnictwo ulic na tym obszarze przypadło koleżance do gustu. Przez Czapli przeszłyśmy bowiem w Pelikana, skąd zajrzałyśmy w Łabędzia i Perkoza. Przy tej ostatniej zrobiłyśmy sobie małą sesję z drogowskazem. Opowiedziałam przy okazji koleżance historię, jak próbowałam ze znajomymi nazwać gwiazdozbiór przypominający ptaka. Mianowałam go flamingiem, natomiast znajomi pelikanem i strusiem. Gdy sprawdziliśmy mapy nieba, okazało się, że naszą uwagę przykuł gwiazdozbiór Żuraw.
Chwilę później wyszłyśmy na Kormorana i skręciłyśmy w prawo. Najpierw zobaczyłyśmy firmę ogrodniczą. Dalej, w gąszczu za kilkoma domami, znalazłyśmy ledwie widoczną reklamę, iż teren ten wystawiono na sprzedaż.
– Na sprzedaż. Na pewno widać – skomentowałam.
– Może to kryptosprzedaż – zażartowała koleżanka.

Po przeciwnej stronie drogi zainteresowała nas ustawiona na zewnątrz posesji, przy samym ogrodzeniu, wajcha na szczycie metalowej rurki. Przypuszczałam, że po przesunięciu zaworu leciałaby z niej woda, ale nie testowałyśmy tego. Dotarłyśmy do ulicy Bocianiej, bo czym zawróciłyśmy. Dzięki temu zobaczyłyśmy kilka mijanych przed momentem ulic w pełnej okazałości.
– Nawet ładne te domy – uznała koleżanka.
– No, takie poręczne – odparłam, choć jestem pewna, że miałam na myśli inne słowo.
– Bo o to chodzi w domach, żeby były poręczne i można je było schować do kieszeni.
Rozbawione moją gafą i ripostą koleżanki ruszyłyśmy ku Wiczlińskiej. Przekroczyłyśmy główną drogę i poszłyśmy na wprost. Znalazłyśmy się na Fregatowej, gdzie skręciłyśmy w prawo, wykorzystując pierwszą możliwość ku temu. Zyskałyśmy dzięki temu okazję, żeby podziwiać niemal zupełnie białego gołębia. Wreszcie trafiłyśmy na ulicę Jurkiewicza, gdzie poczułyśmy przyjemny wiaterek. Rozpostarłam ramiona i zapragnęłam mieć takie zdjęcie.
– Zrób mi zdjęcie z wiatrem.
– Bo wiatr się uśmiechnie.

Na ten komentarz sama się uśmiechnęłam, ale mimo wykonania kilku zdjęć, na wszystkich miałam jakieś dziwne miny. Ruszyłyśmy więc w lewo, przez Pokładową. Koleżanka zauważyła stertę kamieni przy jednej z posesji oraz tabliczkę, że trawnik, stanowiący boisko do siatkówki, był własnością prywatną. Moją uwagę skupiło tymczasem drzewo, pod którym znajdowała się studnia, a za nimi snopki. Podobnie inne rzeczy zainteresowały nas po przejściu Fregatową ku Żaglowej. Koleżankę przeszkoda na drodze, mająca spowolnić kierowców, a mnie – ślimaki uczepione kolorowej barierki.
Cofnęłyśmy się do Kliprowej i minęłyśmy Jachtową. Na kolejnym skrzyżowaniu zobaczyłyśmy kierowcę z mojego rodzinnego Lęborka. Skręciłyśmy w prawo, ominęłyśmy plac budowy i szukałyśmy kolejnego skrętu, by dostać się na Sterniczą. Nie znalazłyśmy, a przynajmniej nie w takiej odległości. Prędzej znajdował się odcinek drogi, który doprowadził nas do Flagowej po lewej. Takiej nazwy w ogóle się nie spodziewałyśmy. Jednak nie tylko my błądziłyśmy – widziany chwilę wcześniej kierowca ponownie nas mijał. Można by pomyśleć, że tamten fragment Wiczlina to taki trójkąt bermudzki dla lęborczan.

Przez Flagową dotarłyśmy do dalszego odcinka Fregatowej, który przybrał formę piaskowej dróżki. Wkrótce natrafiłyśmy na drogowskaz sugerujący, że znajdujemy się na skrzyżowaniu Fregatowej i Kotwicznej. W tym momencie uznałam Sterową za ulicę-widmo. Planowałam iść Kotwiczną w prawo, ale w tamtą stronę rozciągały się tylko pola.
– Idźmy Fregatową – zadecydowałam.
– Moja ulubiona – odparła koleżanka z przekąsem. – Zrób jej zdjęcie. Wiesz, że ona się zmienia w chaszcze?
Gdy zasugerowałam, że powinna mieć jeszcze odnogę po lewej, a mianowicie ulicę Linową, koleżanka nie dowierzała. Znalazłyśmy jedynie wydeptaną ścieżynkę, która absolutnie nie zasługiwała na nazwę. Idąc na wprost, dotarłyśmy jednak do drogi z kilkoma domami i okazało się, że przez łąkę natrafiłyśmy na kraniec poszukiwanej Linowej. Zeszłyśmy więc z niej na Fregatową (a jakże!), a następnie ruszyłyśmy w lewo. Nie było żadnej z oczekiwanych ulic po prawej. Tereny zaczęły się wydawać znajome. I słusznie. Znaleźliśmy się w okolicach Barkentynowej.
– Tu moje nadzieje, że nie będę się dublować, legły w gruzach – usłyszałam z ust koleżanki.

Wyszłyśmy na Chwarznieńskiej i ruszyłyśmy w prawo, szukając kolejnej drogi za rozległym polem, które koleżanka nazwała wręcz „czarną dziurą”. Skręciłyśmy w piaskową drogę, która według mapy miała mieć za patronkę Jankę Bielak i którą to drogą wędrowali mężczyźni niosący fotele na głowach.
– Fotele dla nas. Jak miło – rzuciła koleżanka, póki panowie byli tak daleko, że nas nie słyszeli.

Wkrótce dotarłyśmy do drogi biegnącej w poprzek, na wysokości ulicy Rummla. Patronką tego odcinka została kobieta z tytułem kapitana – Teresa Remiszewska. Odbiłyśmy lekko w prawo, by podążać dalej ulicą Janki Bielak. Po stu, może dwustu metrach zastałyśmy barierkę na drodze z napisem, iż to teren prywatny. Cóż było robić. Musiałyśmy zawrócić. Koleżanka nie była tym faktem uradowana.
Zawróciłyśmy do ulicy Remiszewskiej, kierując się w stronę jej drugiego końca. Zobaczyłyśmy drogowskaz, co uznałam za raczej dobry znak. Ku naszemu zdziwieniu ulicę Remiszewskiej przemianowano tam na ulicę Rummla. Wyobraziłyśmy sobie, jak na Wiczlinie nadawano ulicom nazwy:
– Jak ją nazwiemy? – rozpoczęła opowieść koleżanka. – Rummla. Ale to już będzie trzeci raz. Nie szkodzi. Dajecie!

Ruszyłyśmy Stankiewicza w prawo, by po chwili dostrzec zaparkowany na podwórzu skuter wodny. Zaoferowałam, że uwiecznię go dla koleżanki:
– Świetny pomysł – zakpiła. – Zrobić zdjęcie czegoś, czego nigdy nie będziemy mieć.
Dalej ujrzałyśmy kolejne pole. Dla odmiany przebywała tam krowa. Pośrodku znajdowała się ścieżynka, której nadano nazwę ulicy Teligi. Jeszcze dalej, tym razem po prawej ujrzałyśmy wreszcie ulicę-widmo czyli Sterową.

Wyszłyśmy na Wiczlińskiej, po czym skręciłyśmy w lewo, by z niej zejść na pozostałe nam do odhaczenia drogi. Naprzeciwko sklepu spożywczego weszłyśmy w drogę z kilkoma biegnącymi w prawo odnogami. Weszłyśmy w pierwszą, bo miała nas doprowadzić do ulicy Pieńkawy. Znalazłyśmy przy tej okazji drugi kraniec ulicy Teligi, niewiele okazalszy od pierwszego.

Podreptałyśmy ku ulicy Pieńkawy, gdzie wypatrzyłyśmy śliczne oczko wodne, a nieopodal niego mieszkańcy ustawili nawet stół z krzesłami. Dalej zobaczyłyśmy dorodne jabłonki i aż nabrałam apetytu na zostawione w domu jabłuszko.

Wkrótce wyszłyśmy już na Chwarznieńskiej, decydując się iść na przystanek autobusowy mniej więcej na wysokości Mokrej. W okolicy Deszczowej znalazłyśmy niezauważone przeze mnie ostatnio salon sukien ślubnych, fryzjera i firmę oferującą termometry czy nanometry. Dotarłyśmy do przystanku i wróciłyśmy do swoich domów.
Po kolejnej wyprawie Wiczlino nieszczególnie poprawiło w moim mniemaniu swoje rankingi (z perspektywy czasu wspominam to jednak po prostu jako zupełnie „inną” przygodę). Koleżanka uznała wręcz, żebym nie używała przy niej więcej nazwy dzielnicy. Chociaż spędziłyśmy miło wspólnie czas, to zmaganie się z chaotycznością Wiczlina w blisko trzydziestostopniowym upale nie należało do najprzyjemniejszych. Szczególnie ubódł mnie brak logiki w nazewnictwie ulic. Wiedziałam, że nazajutrz odwiedzę ostatni fragment dzielnicy i z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie to moja ostatnia wizyta w tym rejonie.
Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

Na Wiczlinie ciekawym zjawiskiem są nazwy ulic od ptaków, ale nie przymiotnikowe „jakie?”, tylko „czyje?”. Jak na Ursynowie – jest Perkoza i Puszczyka (nie „Perkozia” czy „Puszczykowa”), co już dawno, na przykładzie tych warszawskich, jest dla mnie inspiracją. Mówię np. „szedłem ul. Gołębia we Wrzeszczu Dolnym”. Tak, „czyją” – żart miał od zawsze pokazywać, że niby „gołąb to jest ktoś”. 😉
Gdyby był taki upał, pewnie bym zrezygnował z tak rozległej dzielnicy, tak więc podziwiam! Mało drzew, więc chodziłbym zapewne po innej dzielnicy. Albo poboczem ul. Marszewskiej w lesie czy po osadzie Wielka Rola na końcu ul. Wiczlińskiej – to też ta sama dzielnica. Nawet Leśnictwo Rogulewo leży jeszcze w Gdyni, wbrew nazwie. Zresztą chodziłem – pieszo, korzystając z samotności w liceum. 🙂 A chętniej rowerem, bo to jednak kilometry.
Nie dziwie się, że nie zauroczyło CiebieWiczlino, ponieważ zwiedzałaś jedną z brzydszych części tej dzielnicy. Pozdrawiam
Przeszłam całość. Jeden z wpisów jest jeszcze przed publikacją, jeden miała Pani okazję przeczytać, jeden był tydzień wcześniej na blogu. Myślę, że wiele zależy od tego, w jakich okolicznościach się zwiedza, czasem również od oczekiwań. Jest to dla mnie dzielnica, która ma urokliwe zakątki, natomiast jako całość rzeczywiście na tle innych nie wypadła jakoś szczególnie. Pozdrawiam!