Latem wybraliśmy się na Mazury. Pogoda nieszczególnie dopisywała, ale tym razem celem nie było zwiedzanie, lecz wizyty rodzinne. Tym niemniej najbardziej słoneczny dzień wykorzystaliśmy jak na aktywnych turystów przystało i podjechaliśmy pozwiedzać Ełk.
Na trasie zwiedzania znalazło się jedno muzeum – Muzeum Historyczne w Ełku. Zlokalizowano je na północ od dworca kolejowego, ponieważ poza historią miasta prezentowało także informacje o kolei wąskotorowej, jaką tu przed laty obsługiwano.


Nim poznaliśmy około 600-letnią historię tego powiatowego miasta, spędziliśmy chwilę w kasach. Szczególnie zainteresowała mnie książka dotycząca jednej z pobliskich gmin, właśnie ze względów rodzinnych. Pani była na tyle miła, że pozwoliła mi sfotografować kilka stron, które szczególnie mnie interesowały. Nie mieliśmy warunków na dźwiganie całej książki, a w kontekście swoich korzeni chłonęłam wszelkie informacje jak gąbka.
Wystawa stała była dostępna za darmo (trwające trzy godziny przejazdy koleją wąskotorową należało opłacić, ale trafiliśmy na dzień, gdy ich nie organizowano). Zlokalizowano ją w trzech salach. Były to głównie plansze do czytania, poprzetykane mniejszymi i większymi pamiątkami dawnych czasów. Historię Ełku rozpoczęto od plemion, które dawniej zamieszkiwały te tereny i od znalezisk archeologicznych. Wymieniono tu m.in. Jaćwingów, którzy ścierali się z sąsiadami, ale nie toczyli permanentnych wojen, dzięki czemu możliwe były także handel i wymiana technologiczna.

Następnie przywołano okres krzyżacki. Zaprezentowano również strój przykładowego przedstawiciela zakonu. Panie zwiedzające muzeum w tym samym czasie co my załamywały ręce, jak to ciężkie były stroje bitewne i dotykały kolczugi, choć zwyczajowo eksponatów się nie dotyka.



Trzeba przyznać, że kierunek zwiedzania nie był oczywisty, a tablic nie ustawiono chronologicznie. W tej sali umieszczono także dwie brązowe tabliczki z historią miasta w pigułce. Powstały w latach 60. XX wieku i wpisywały się w propagandowe działania PRL-u, podkreślając polskie akcenty ełckich dziejów. Co charakterystyczne, zapisy kończyły się na 1945 r., kiedy to Ełk znalazł się wśród „ziem odzyskanych”. Na koniec zwiedzania pierwszej części muzeum dowiedziałam się jeszcze, że Ełk lokowano na prawie chełmińskim w 1425 roku jako miejscowość Licke. Ełcki zamek był jednak wcześniejszy, bo pochodził ze schyłku XIV wieku.


Kolejna sala rozpoczynała się od okresu reformacji. W 1525 roku kończyła się wojna polsko-krzyżacka, po której Ełk był mocno zniszczony. Zakon został zeświecczony, a jego przedstawiciele przyjęli wyznanie luterańskie. Główną odczuwalną zmianą było użycie języków narodowych w liturgii w miejsce łaciny. Mistrz krzyżacki Albrecht von Hohenzollern został księciem pruskim. Zaczął kolonizować puszczę, w okolicy Ełku powstawały kolejne osady, a sam Ełk uzyskał przywilej organizowania cotygodniowych targów. Na Mazurach chętnie zaczęli się osiedlać wykształceni protestanci z Polski.
Zaczęto organizować działalność rzemieślników, ale nie zajmowali się piwowarstwem. Prawo do warzenia piwa miały karczmy, a górny limit ich liczby wynosił pięćdziesiąt. Piwowarzy mieli się zrzeszać w swoim własnym cechu. Nawiązywano też do ryciny, zlokalizowanej w kolejnym pomieszczeniu, wedle której Ełk był miastem ciągnącym się wzdłuż długiej ulicy. Charakter placu targowego miało rozszerzenie drogi przy moście prowadzącym do zamku. Nieopodal stanął także pierwszy kościół z cmentarzem wokół. Na potrzeby parafii i szkolnictwa w połowie XVI wieku zaczęła także działać drukarnia, ale nie wytrzymała konkurencji z Królewca. Tak naprawdę miejskiego charakteru Ełk nabrał dopiero w XIX wieku, a jednym z jego przejawów było zrzeszanie się mieszkańców w różnych stowarzyszeniach. Pojawiły się np. wodociągi czy elektryczność.
Okres I wojny światowej okazał się dla Ełku niełatwy. 1 sierpnia 1914 roku ogłoszono powszechną mobilizację w Niemczech. Ełckie oddziały miały chronić odcinek granicy długości aż 120 km (między Oleckiem a Piszem), jednak siły niemieckie skupiły się na walce z Francją, lekceważąc front rosyjski. Tymczasem Rosja rozpoczęła działania wojenne jeszcze przed zakończeniem mobilizacji. Choć w mieście walk nie prowadzono, Ełk zdobywano trzykrotnie. Zniszczenia były m.in. efektem ostrzału artyleryjskiego z października 1914 roku, podczas gdy w lutym 1915 roku Ełk uwolniono spod okupacji rosyjskiej. Część zabudowy uległa zniszczeniu, ale odbudowa zaczęła się jeszcze w latach I wojny światowej. Dodatkowo prowincję opuściło 40% mieszkańców (około 800 tysięcy!), a mentalność ludzi zmieniła się pod wpływem doświadczenia strachu i przemocy.
W latach 30. XX wieku NSDAP zyskiwało nawet 70% poparcia wśród ełczan. W 1938 roku zlikwidowano synagogę, a przemarsz wojsk na początku wojny odbierano z dumą i ekscytacją. Prusy Wschodnie do jesieni 1944 roku nie były wprost dotknięte działaniami wojennymi, pomijając pojawienie się jeńców wojennych i robotników przymusowych. Natomiast mieszkańcy, którzy się zawczasu nie ewakuowali, spotkali się z przemocą ze strony Armii Czerwonej. Pamiątki z tego niemieckiego okresu także znalazły się w tej sali – tablice, książki, mapy, zdjęcia, a nawet kamienie plebiscytowe.



Trzecia sala mieściła się po drugiej stronie korytarza i przenosiła nas już w czasy powojenne. Najciekawsza w tym kontekście była dla mnie mapka ilustrująca kierunki napływu ludności do Ełku po zakończeniu działań wojennych. Najwięcej osób przybyło z Białostocczyzny, a na drugim miejscu znalazło się ZSRR i choć było to pięciokrotnie mniej, wciąż liczono to w tysiącach. Co ciekawe, niespełna pół tysiąca osób zakwalifikowano w kategorii „nie wiadomo skąd”.
W tej przestrzeni umieszczono także przedmioty codziennego użytku, które mogły kojarzyć się z PRL-em. Były to np. żelazka, telefony, konkretne proszki do prania, ale również hełm milicji obywatelskiej i pałka. Ostatnią planszę wystawy wykorzystano jednocześnie do zasłonięcia otworu na drzwi, ale nie było to skuteczne. Dzieciaki przechodziły dalej do następnego pomieszczenia, przeciskając się za płachtą materiału.





Sama jednak zawróciłam do kas, bo za nimi znajdowało się planowe przejście do tej ostatniej z sal, swoją drogą bardzo ciekawej. Umieszczono tam dość pokaźnych rozmiarów makietę kolejki wąskotorowej. Budziła zainteresowanie zarówno dzieciaków, jak i dorosłych. Dwie dziewczynki raczyły się lizakami na wzór znaku drogowego „przejazd kolejowy bez zapór” i podziwiały model pociągu przemieszczający się po torach makiety. Znajdowały się tam tabliczki z nazwami kilku okolicznych miejscowości, gdzie znajdowały się przystanki. Zainstalowano drzewa, budynki, postaci i zwierzęta, tworząc w ten sposób liczne scenki rodzajowe. To był jeden z fajniejszych etapów zwiedzania.
Ełk zyskał połączenie kolejowe w 1868 roku, jednak już na początku XX wieku rozpoczęto działania w kierunku utworzenia kolei wąskotorowej, która skomunikowałaby pomniejsze miejscowości kresów Prus Wschodnich poprzez Ełk z innymi rejonami dostępnymi dzięki sieci kolei normalnotorowej. Całą trasę Ełk-Turowo ukończono w 1918 roku, pracując z przerwami ze względu na konflikt wojenny. Okazała się pomocna w ewakuacji ludności podczas II wojny światowej. A już po niej działała aż do 2001 roku jako Ełcka Kolej Dojazdowa.






Po opuszczeniu budynku udaliśmy się do wagonu pocztowego naprzeciw wejścia do muzeum. Następnie do sąsiadującej z nim lokomotywy. Na dalszej części placu wagonów stało więcej, ale ze względu na zwiedzających je innych turystów skierowaliśmy się najpierw do stanowisk edukacyjnych. Może to kwestia umieszczenia ich na zewnątrz, bez opieki i pod wpływem warunków atmosferycznych, ale większość nie działała i wyglądała już na zmęczoną życiem.




Cofnęliśmy się ku kolejnej lokomotywie i wagonom. W jednym umieszczono przestrzeń edukacyjną na warsztaty (dlatego w tamtym momencie był zamknięty), zaś w czterech z nich znajdowały się ekspozycje. Najpierw obejrzeliśmy polskie mundury kolejowe wraz z dodatkowym wyposażeniem kolejarzy. Opisano też znaczenie wszelkich symboli widocznych na mundurach. W okresie II wojny światowej Polacy nie mogli nosić polskich znaków służbowych i orła, w okresie PRL-u orzeł był, ale pozbawiony korony.
Druga wystawa opowiadała o Ełku jako o węźle kolejowym, który po II wojnie światowej Polacy odbudowywali. Działo się to równolegle z odbudową miasta jako takiego oraz działaniami osadniczymi. Ruszył przemysł, ale istotne było także zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych (poczta, telekomunikacja, drogi, kolej). Stąd też w sali zgromadzono nie tylko pamiątki kolejowe, ale również pieczątki czy aparaty telefoniczne. Z kolei pierwszy pociąg wyruszył do Giżycka już w sierpniu 1945 roku.
W sali dotyczącej zabytków techniki kolejowej wyjaśniono także pojęcia kolei wąskotorowej, normalnotorowej i szerokotorowej. Znalazły się tam różnorodne narzędzia, np. toromierze, piły, lewary czy wiertarki.
Dla mnie najciekawsza była jednak ostatnia ekspozycja. Prezentowała historię lokalnej linii wąskotorowej od jej początków do czasów współczesnych. Część treści poznaliśmy już wcześniej w muzeum. Jednak największą atrakcją, która przyciągnęła mnie osobiście, była ogromna mapa z przebiegiem trasy Ełk-Turowo. Lokalne nazwy zapisano w języku niemieckim, ale miejscowości, które interesowały mnie ze względów rodzinnych, bez problemu zlokalizowałam. Gdy później dołączył do mnie Michał, poprosiłam go o zrobienie mi zdjęcia z tą mapą. Dzięki rozkładowi jazdy mogłam też wyobrazić sobie, jakie odległości dzieliły interesujące mnie punkty. Wyobrażałam sobie codzienne dojazdy mojego taty do jego liceum.








Jako że więcej miejsc nie udostępniono do zwiedzania, ruszyliśmy ścieżką w kierunku starej lokomotywy. Zżerała ją już rdza, ale mimo to była intrygująca. Dalej planowaliśmy podejść pod kolejową wieżę ciśnień, ale ze względu na zabudowę oglądaliśmy ją z oddali. Finalnie przespacerowaliśmy się nad rzeką Ełk (woda była niezwykle czysta!) aż do Placu Jana Pawła II ze sceną i pomnikiem papieża.




Michał zaproponował, abyśmy zahaczyli jeszcze o Centrum Edukacji Ekologicznej. Zrobiliśmy sobie takie kółeczko przez ich ogród. Zaskoczyło mnie, ile maszyn rolniczych umiał nazwać mój mąż. Chociaż też mam rodzinę na wsi, wiele nazw było dla mnie nowych. Wszystkie rośliny również podpisano. Zobaczyliśmy też drzewka związane z miastami partnerskimi Ełku. W okolicy znalazły się jeszcze skrzyneczki na książki i zabawki do oddania. Stoły w altance wzbogacono o informacje przyrodnicze na blatach. Przysiedliśmy na jednej z zewnętrznych ławek na krótką przerwę regeneracyjną. Gdy zbieraliśmy się już do wyjścia, natrafiliśmy na „geometryczny środek Ełku”, czego również nie omieszkaliśmy sfotografować.







Idąc dalej, trafiliśmy na plan Ełku z zaznaczonymi najważniejszymi zabytkami i uznaliśmy, że w sumie wszystko to z grubsza mieliśmy w planach. Przeszliśmy nad rzeką i chwilę później znaleźliśmy się w Parku Kopernika. Podeszliśmy do ławeczki z rzeźbą astronoma oraz przespacerowaliśmy się wzdłuż alei z kulami symbolizującymi planety. Opatrzono je tablicami z podstawowymi informacjami. Na dwóch budynkach znajdujących się najbliżej parku, nasz wzrok przykuły także dwa murale namalowane na stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości.




Kolejnym punktem na naszej trasie była Katedra Św. Wojciecha. Miała ciekawą bryłę z dodatkowym zaokrąglonym elementem. Nim jednak podeszliśmy pod sam kościół, minęliśmy jeszcze pomnik upamiętniający Katyń i Smoleńsk. Gdy znaleźliśmy się bliżej wejścia głównego, okazało się, że wykończony kopulastym dachem walec nie był bezpośrednio częścią świątyni, ale połączono je jakby łącznikiem. W posadzce przed drzwiami głównymi do kościoła umieszczono datę: 1895. Po wejściu uwagę zwracało połączenie ciemnego drewna i bieli. Katedra była prosta, jednonawowa, ale kolorowe witraże znajdowały się praktycznie we wszystkich oknach. Osobiście bardzo mnie zaciekawiły, aczkolwiek nie podpisano ich tym, co przedstawiały, a raczej dedykacjami i nazwiskami sponsorów. W to dzieło włączyli się głównie lokalni księża. Dotarliśmy także do środka wspomnianego „walca” – była to dodatkowa kaplica, w której spędziliśmy jednak ledwie moment, by nie przeszkadzać innym w modlitwie. Na koniec sfotografowałam jeszcze organy i posadzkę. Zastanowiło mnie, czy była oryginalna. Naprzeciwko kościoła mieściło się Wyższe Seminarium Duchowne. Michał zwrócił mi uwagę na narożnik budynku, z czerwonym wzorem niby daszki wieżyczek. Na jednej metalowy kwiatek prezentował się w pełnej krasie, na drugiej wyglądał, jakby opadał.





Następnie przez ulicę Orzeszkowej poszliśmy na ulicę Armii Krajowej. W wykazie zabytków widniała Szkoła Artystyczna zlokalizowana na rogu, a także dwie kamienice o numerach 23 i 25. Po ich sfotografowaniu zawróciliśmy aż do skrzyżowania z ulicą Chopina. Zawracając, trafiliśmy na tunel prowadzący do biblioteki, który pokryto muralami ku pamięci fotografki Zofii Nasierowskiej. Prawdopodobnie było to przeniesienie na ścianę jej oryginalnych fotografii. Z kolei na docelowym skrzyżowaniu interesował nas ceglany budynek poczty.




W ten sposób dotarliśmy do Miejskiego Parku Solidarności, gdzie witał nas pomnik przedstawiający poetę Michała Kajkę. Żył i tworzył na przełomie XIX i XX wieku, w swojej twórczości nawiązując do dziejów Mazur. Fontanna zlokalizowana w centrum parku ponoć była tu od samego początku jego założenia. Mniej więcej na tej wysokości mieścił się Kościół Chrześcijan Baptystów. Tymczasem na drugim końcu parku umieszczono pomnik „Poległym za wolną i niezawisłą Polskę”. Z zabytków w najbliższej okolicy sfotografowaliśmy budynek Sądu Rejonowego oraz kamienicę o adresie 3 Maja 11.





Wówczas skręciliśmy w ulicę Piłsudskiego. Już na wejściu w pełnej krasie prezentowała się dawna szkoła muzyczna. Na jednej z jej ścian namalowano panoramę miasta (jak na rycinie w muzeum) i herby. Po sąsiedzku mieścił się urząd miasta, gdzie weszliśmy w poszukiwaniu łazienki i przy tej okazji koło gabinetu prezydenta Ełku trafiliśmy na kolejne herby i godło. Przed urzędem ustawiono pomnik Piłsudskiego.
Najwięcej uwagi poświęciłam jednak liceum ogólnokształcącemu, mającemu swoją siedzibę naprzeciwko. Ceglany budynek (a cegłę to ja uwielbiam) przyciągał wzrok, ale przede wszystkim podczas tego wyjazdu dowiedziałam się, że to właśnie w nim uczył się mój tata. Szkoła, choć do tej pory mi nieznana, nabrała dla mnie wartości sentymentalnej.




Powoli kierowaliśmy się już w stronę promenady. Minęliśmy skwer z pomnikiem ku pamięci „bohaterskich żołnierzy września” [1939]. Parę minut później dotarliśmy do kościoła Najświętszego Serca Jezusowego. Chociaż kiedyś już w nim byłam, zapamiętałam go zupełnie inaczej. Sufit w przedsionku z malowanych drewnianych desek wydawał się dość lekki, ale malunki na wszystkich powierzchniach wewnątrz właściwej świątyni (sufitach, filarach, ścianach) wydały mi się mocno przytłaczające, a w moich wspomnieniach kościół był monumentalny i przestrzenny. Natomiast spodobało mi się samo prezbiterium i witraże, których nie zabrakło także w oknach tej świątyni.




Po wyjściu skierowaliśmy się do rzeźby Rusałki i fontanny. Schodząc poziom niżej znaleźliśmy się przy zegarze słonecznym. Rozciągał się stąd widok na promenadę i Jezioro Ełckie. Pośrodku był most na tzw. Wyspę Zamkową. Ulicę też nazwano Zamkową, chociaż gdy podeszliśmy pod sam zamek, znacząco różnił się od wyobrażeń średniowiecznych zamków. Chociaż widzieliśmy tylko kawałek zza ogrodzenia (ponoć go remontowano), przypominał raczej kamienicę z późniejszych wieków.




Ostatnim elementem naszego spaceru była trasa wzdłuż drewnianych rzeźb królów polskich. Jak zawsze szukałam wśród nich (i znalazłam!) Kazimierza Jagiellończyka (przywileje dla Gdańska) oraz Jana III Sobieskiego (sponsor Heweliusza). Spacer okazał się bardzo udany. Solidna dawka ruchu sprawiła, że apetyty dopisywały, więc na koniec wybraliśmy się na obiad i lody 🙂



To już ostatni wpis w tym roku. Zachęcam Was do eksplorowania, o czym już pisałam na blogu, a po świeżynki zapraszam w styczniu 🙂
