Dość wcześnie ruszyliśmy w drogę do Świdnicy, aby zdążyć zwiedzić wszystkie obiekty z mojej listy, nim wsiadłabym w pociąg powrotny z Wałbrzycha. Rozpoczęliśmy od Kościoła Pokoju i byliśmy tam już o 9:00, tak jak otwierano go dla turystów. To była bardzo dobra decyzja, bo zwiedzanie odbywało się synchronicznie z nagraniem puszczonym z głośników. Przed nami weszła tylko trójka nauczycieli, a pani w kasie poczekała z włączeniem dźwięku również na naszą dwójkę. W ten sposób nic nie przegapiliśmy, bo nie weszliśmy w trakcie nagrania.

Przyznać jednak muszę, że podczas tego zwiedzania nie robiłam notatek, a głównie fotografowałam, starając się jednak początkowo iść zgodnie z narracją. Natomiast nabyłam książeczkę opisującą zarówno kościół, jak i te elementy zabudowy kompleksu, które zachowały się do dzisiaj. Wchodziło się przez bramę z datą 1730 (wzniesiono ją wówczas ponownie). Po naszej prawej mijaliśmy kawiarnię w dawnym domu stróża. Był to najmniejszy z budynków na tzw. Placu Pokoju. Po lewej z kolei stał dom dzwonnika. Mur biegnący w kierunku plebanii i kościoła miał mnóstwo tablic, które opowiadały zarówno o tej przestrzeni, jak i atrakcjach, które warto zobaczyć w okolicy. Generalnie dużym plusem kompleksu był fakt, że taką tablicę z opisem budynku, jego historii i znaczenia, miał każdy z nich. W XVIII wieku stały tu 22 obiekty (dziś poza kościołem zachowało się 6). Ta protestancka enklawa jako całość była na tyle wyjątkowa, że wpisano ją na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO oraz Pomników Historii. Na Dolnym Śląsku ostała się jako najlepiej zachowany zespół architektury luterańskiej.



No właśnie, jaka była zatem jego historia? Wmieszani byli w to Habsburgowie, na które to nazwisko reagowałam ożywieniem od swojego pobytu w Wiedniu 😉 Panowała zasada „czyja władza, tego religia”, a dynastia habsburska była katolicka. Natomiast w ramach pokoju po wojnie trzydziestoletniej niechętnie, ale zgodę na budowę świątyni wyraził cesarz Ferdynand III Habsburg. Zgoda została udzielona w 1652 roku, luteranom dano na to zaledwie rok, a kościół mógł zostać zbudowany wyłącznie z drewna oraz gliny ze smołą i piaskiem, no i oczywiście poza murami miasta. Dlatego miał konstrukcję szachulcową. Oglądając jego wnętrze, trudno było uwierzyć, że naprawdę wszystko wykonano z drewna! A był to największy drewniany barokowy kościół w Europie! Mieścił aż 7,5 tysiąca osób. Rzeczywiście siedzenia ponumerowano, a numery wyrażane były już w tysiącach. Aby wiernych zmieściło się więcej, zbudowano dwie empory, które pokryto aż 78 cytatami z Pisma Św. Kiedy pomyślimy, że jedną z zasad luteranizmu jest „Tylko Słowo” – ów fakt nie dziwi. Ale od początku.


Miejsce, gdzie zlokalizowano kasy, dawniej było Halą Chrztów. Znajdowała się tam zabytkowa chrzcielnica z 1661 roku, zorientowałam się jednak dopiero, gdy zwiedzaliśmy tę część przed wyjściem. Wcześniej, słysząc z nagrania o chrzcielnicy, bezskutecznie szukałam jej w głównej części świątyni i byłam przekonana, że musiały ją zakryć płachty w remontowanej części. Zresztą, niełatwo było dopatrzeć się detali w takiej ich masie. Doprawdy, ciekawostki czaiły się co krok, od podłogi po sufit i osobiście nie miałam pojęcia, gdzie najpierw podziać oczy! 😉

Wchodziło się jakby od zaplecza ołtarza. Został wyrzeźbiony na stulecie budowy świątyni przez Gotfrieda Augusta Hoffmanna. Płaskorzeźbie z ostatnią wieczerzą towarzyszyło 6 figur: Mojżesz, Aaron, Jezus, Jan Chrzciciel, Piotr i Paweł. Zaprezentowano też scenę chrztu Jezusa w Jordanie i zapisano cytat jej towarzyszący: „To jest mój syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (tłumaczenie z książeczki delikatnie się różniło, ale zachowywało ten sens). Na górze był jeszcze baranek z chorągwią.
Ambonę również wyrzeźbił Hoffmann, ale ufundował lokalny papiernik i jego nazwisko (Riediger) zapisano na ambonie. Poza scenami biblijnymi ukazano tu alegorie trzech cnót: Wiary z krzyżem, Nadziei z kotwicą i Miłości z dzieckiem. Anioł u szczytu trąbi na Sąd Ostateczny. Ciekawostkę stanowiła klepsydra, a właściwie jakby cztery zestawione razem. Miały odmierzać cztery razy po pół godziny, co wyznaczało czas kazania.
Wrażenie robiły także Duże Organy – pierwsze pochodziły z lat 60. XVII wieku, ale były wielokrotnie naprawiane i wymieniane. Obecne były młodsze – powstały w 1909 roku, pochodziły ze świdnickiej pracowni, miały zasilanie elektryczne i przeszły renowację w 2016 roku. Zdobiły je ruchome aniołki z instrumentami. Nie miałam pewności, jaki był ich stan obecnie, ale dawniej liczyły 62 tysiące piszczałek.
Innym wyróżnionym miejscem była Loża Hochbergów. Zbudowano ją w 1698 roku i miała być wyrazem wdzięczności za pomoc tej rodziny w staraniach o budowę kościoła luterańskiego (oni sami też byli luteranami) i wsparcie finansowe. Stąd pojawiają się tu akcenty związane z Hochbergami – wizerunki ich dóbr rodowych, takich jak np. Zamek Książ, elementy heraldyczne czy dotyczące historii rodu.
Na wspomnianych już emporach poza zapisanymi biblijnymi cytatami były też zilustrowane historie biblijne i alegoryczne, tarcze cechów oraz epitafia. Zainteresowały mnie szczególnie te ostatnie, chociaż nie były dla mnie tak czytelne, jak gdańskie – jednak historia regionu Dolnego Śląska wciąż stanowiła dla mnie niemal czystą kartę, a moja dotąd zdobyta wiedza była mocno wybiórcza.
Warto było podnieść także głowę do góry, by zobaczyć malowidła. W centrum nawiązano do Św. Trójcy, pod której wezwaniem był Kościół Pokoju. Nad Halami (kolejno z ruchem wskazówek zegara: Ołtarzową, Ślubów, Zmarłych, Polową) namalowano odpowiednio: Niebiańskie Jeruzalem, upadek Babilonu, Boga Ojca i Sąd Ostateczny).
Moją uwagę zwróciła też czarna tablica. Kojarzyłam takową z wizytą w kościele luterańskim w Szczecinie. Zapisywano tam, jakie pieśni przypisano do danego dnia. Przed wyjściem podeszliśmy jeszcze do mapki z obiektami rozsianymi po całym kraju, związanymi z ewangelikami. Nie zabrakło też Gdańska. Rozejrzeliśmy się po gablotach wystawionych w Hali Chrztów, przyjrzeliśmy wystawie w formie tablic, odkryliśmy chrzcielnicę i opuściliśmy świątynię.














Przeszliśmy następnie przez cmentarz. Chowano tu pastorów, ważne świdnickie osobistości, ale także zwykłych parafian. Po raz pierwszy w 1654 roku, po raz ostatni w 1957 roku. Podobnie jak pozostałe obiekty, także i jego stopniowo poddawano renowacji. Zachowało się sporo nagrobków, a niektóre epitafia i płyty nagrobne wyeksponowano wokół samego kościoła.

Idąc dalej, minęliśmy ciekawe drzewo, w dużej mierze puste w środku, a z zewnątrz obrośnięte bluszczem. Dotarliśmy do domu kantora i wikariuszy, przy czym duchowni wchodzili od zachodu, a organista i kantor od wschodu. Budynek powstał w 1740 roku i miał już ceglany parter. Po II wojnie światowej długo mieściły się w nim mieszkania komunalne, finalnie jednak stał się siedzibą Centrum Edukacji Ekologicznej.

Za panowania Józefa I Habsburga udało się też zawrzeć ugodę, która zezwalała luteranom na budowę szkół (do tej pory dzieci uczęszczały wciąż do szkół katolickich) i taką funkcję dawniej pełnił sąsiedni budynek. Miał konstrukcję szachulcową, a na ścianie znalazło się miejsce dla epitafiów pierwszego rektora i prorektora tzw. Luterheim. Towarzyszyła im tablica z motylem (dusza ulatująca do nieba) i wężem oplatającym ziemski glob (symbol grzesznego świata), którą uczniowie ufundowali nauczycielom. Dziś we wnętrzu dawnego liceum mieścił się pensjonat.

Dotarliśmy wreszcie do dzwonnicy, która zwracała na siebie uwagę już na dzień dobry. Gdy podeszliśmy bliżej do ciekawego budynku o szachulcowej budowie, mogliśmy wyczytać, że powstał w 1708 roku. Wcześniej ewangelików dotyczył zakaz budowy wieży, dzwonnicy i innych w podobny sposób dominujących obiektów. Stary obiekt odrestaurowano, ale dzwony wewnątrz były nowsze – zachował się jeden z zabytkowych i stał za ołtarzem w kościele.


Fajnym akcentem na pewno była makieta z zabudową całego Placu Pokoju. Przy tej okazji pokazałam koledze, jak w alfabecie Braille’a zapisuje się cyfry. Stanowiło to ciekawostkę, którą sama odkryłam kiedyś, poszukując informacji do pracy. Na tym skończyliśmy zwiedzanie tej luterańskiej enklawy.

Świdnicy mój kompan nie znał tak dobrze, więc tym razem ja nawigowałam, spacerując od atrakcji do atrakcji. Szperając w poszukiwaniu ciekawostek jeszcze przed wyjazdem, znalazłam Dziki Świdnickie. Rzeźba przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania. Rodzina zaczytanych dzików mogła skraść serducho, a motywy książkowe nie były przypadkowe, bo znajdowaliśmy się w sąsiedztwie biblioteki. Mnie najbardziej urzekł warchlaczek popijający wylany z kałamarza atrament i drugi – okularnik zaczytany w jakiejś opasłej księdze 🙂



Idąc w kierunku rynku, wypatrzyłam mural świdnickiej pisarki Urszuli Kozłowskiej. Była autorką książek dla dzieci i przegrała walkę z nowotworem, mając 59 lat.

Im bliżej centrum byliśmy, tym więcej mijaliśmy ciekawych architektonicznie kamienic. Sama polowałam na kilka konkretnych. Najpierw jednak zaskoczyło mnie, że Świdnica pozazdrościła Gdańskowi i też mieli swoją fontannę Neptuna. Jednak co oryginał, to oryginał 😉 Nieopodal stała jeszcze ciekawa kolumna. Jednocześnie uważnie przyglądałam się biegnącej okrężnie numeracji, aż znalazłam Rynek 7 czyli Dom pod Złotą Koroną. Szukałam jej wyżej, ale korona znalazła się nad portalem. I był to pewien paradoks, bo kamienica miała całą fasadę tak bogato zdobioną, że znalezienie korony wymagało chwili. Tymczasem odwrotną strategię zastosowano w sąsiednim budynku. Pod ósemką mieszkała kiedyś astronomka Maria Kunic. Fasada wyglądała przeciętnie, ale portal był zdobny w detale i naprawdę elegancki. Nad drzwiami był bohater lokalnej legendy, od którego budynek ten nazywano Kamienicą Pod Złotym Chłopkiem.
Wędrowaliśmy dalej wzdłuż kolejnych pierzei, a jakby wokół ratusza. Niestety ratusz był remontowany i tylko gdzieniegdzie perspektywa pozwalała zobaczyć jego wieżę. Za to zatrzymały mnie kamieniczki z numerami 17 i 18. Finalnie dotarłam jednak do tej o numerze 25, na którą polowałam. W tej przestrzeni do odkrycia został mi już tylko pomnik Marii Kunic. Oczywiście przysiadłam się do zdjęcia do świdnickiej astronomki. Obok pomnika znajdowało się wejście do Muzeum Dawnego Kupiectwa. Myślałam o jego odwiedzeniu, gdybym miała więcej czasu.






Tymczasem jednak zostało już niewiele, bo raptem trzy obiekty. Pierwszym była kamienica przy Pułaskiego 24, którą określano jako barokową i dlatego godną obejrzenia. Zdecydowanie wyróżniała się na tle sąsiednich i zdobieniami, i kolorystyką, ale trudno było ją w całości sfotografować, bo przed nią zaparkowały duże auta, nie brakowało przechodniów, a jedna pani wręcz stanęła tam, by porozmawiać przez telefon.

Następnie odwiedziłam katedrę Św. Stanisława i Św. Wacława. Powstała w XIV-XV wieku w stylu gotyckim i określono ją jako najwyższą świątynię na Śląsku (103 m). Wystrój był po części gotycki, po części barokowy. Przed obiektem na placu znajdowała się makieta centrum miasta, potem podeszłam pod główne wejście. Natrafiłam akurat na moment, gdy ksiądz udzielał wywiadu do telewizji. Mówił bardzo płynnie, ale po wszystkim przyznał się dziennikarzom, że stresował się i nie ma donośnego głosu. Oni zapewniali go, że wszystko wyszło super i zapowiedzieli, że jeszcze zaproszą go do studia. A że w międzyczasie złapaliśmy kontakt wzrokowy i już uśmiechaliśmy się do siebie, skomplementowałam kapłana, że jego głos był bardzo przyjemny i melodyjny. Zapytał mnie, czy przyjechałam z daleka, a gdy powiedziałam, że z Gdańska, uznał, że to blisko 😉 Zachęcił, by wejść i zobaczyć kościół w środku. Taki był plan. Szczególnie, że już bogato zdobione portale robiły dobrą reklamę 🙂 Wewnątrz najpierw uwagę zwracały malowane filary i ściany powyżej nich, a następnie gwiaździste sklepienie. Przeszłam się wokół kościoła, odwiedzając także boczne kaplice. Liczne malowidła na bokach nawy głównej przedstawiały m.in. świętych, będących patronami świątyni. Chwilę uwagi poświęciłam także organom i ambonie, ale najbardziej zaintrygowało mnie prezbiterium, gdzie nad ołtarzem na kolumnach wspierał się ozdobny okrąg. Mnogo tu było od płaskorzeźb i figur. Ale ta inność prowokowała także do spojrzenia w górę, co pozwalało dostrzec zdobienia na suficie. Nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy wykorzystano malarstwo iluzoryczne czy również płaskorzeźby, ale stawiałabym na to drugie.








Została jeszcze jedna kamienica – pod adresem Długa 45. Szybko zorientowaliśmy się, skąd wzięła się nazwa Dom Pod Bykami, bo na rogu stały sobie takie rzeźbione dwa 😉 Nieświadomi tego, mijaliśmy budynek już rano, jadąc w kierunku Kościoła Pokoju. Tym razem mogliśmy się zatrzymać, przyjrzeć, sfotografować. Obecnie w tym miejscu mieściła się apteka.


Z listy wszystko odhaczyłam, więc byłam usatysfakcjonowana. Mieliśmy jeszcze lekki zapas czasu, uznaliśmy więc, że czas na obiadek. Trafiliśmy na posiłek do baru mlecznego o nazwie… Obiadek 🙂 Naleśniki na ciepło stanowiły miłą odmianę dla prowiantu na podróż pociągiem. Droga upłynęła mi jednak bardzo szybko. Nie wracałam jeszcze do Gdańska, lecz jechałam do Warszawy, a obok mnie siedziała pani, z którą nie dość, że przeuroczo się rozmawiało, to jeszcze jechała tak jak ja – i do Centralnej, i tym samym tramwajem na ten sam przystanek.


