Następnego dnia postanowiliśmy nie trzymać się jednego miasta, ale odwiedzić kilka różnych lokalizacji na Dolnym Śląsku. Zaczęliśmy poranek od Krzeszowa, wsi z pocysterskim zespołem klasztornym, obecnie Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej o randze bazyliki mniejszej. Z zewnątrz najciekawszy wydawał się budynek kościoła klasztornego, ale nie była to jedyna atrakcja do odwiedzenia w tym miejscu.

W biurze obsługi kupiliśmy bilety i dostaliśmy zestawy audioguide. Tam również możliwy był zakup pamiątek. Pracownicy wpuszczali nas do kolejnych atrakcji, a wychodziliśmy samodzielnie poza jednym miejscem, gdzie wciśnięcie guzika sygnalizowało obsłudze, że skończyliśmy i można pokierować nas dalej. Narracja audioprzewodnika także była sugestywna.

Pierwszym obiektem był kościół Św. Józefa i jego wystrój podobał mi się najbardziej, bo cechował się dużą spójnością. Prócz malowideł z życia patrona świątyni, na sklepieniu znaleźli się postaci ze Starego Testamentu, m.in. ofiara Abrahama z Izaaka, Dawid, Jan Chrzciciel ze swoimi rodzicami, rodzice i dziadkowie Maryi, jak i sama Święta Rodzina. Malował je Michał Willmann. Freski naścienne (łącznie 14, po 7 na stronę) przedstawiały radości i smutki Św. Józefa. Często rzeczywiście były „do pary”, np. radość z zaręczyn z Maryją, a na przeciwległej ścianie wątpliwości związane z jej macierzyństwem. Poszukiwanie zagubionego Chrystusa i znalezienie to w świątyni. Wreszcie śmierć Józefa i oczekiwanie na niego w niebie. Co ciekawe w scenie szukania gościny w Betlejem Józef rozmawia z karczmarzem i przyjmuje się, że ów karczmarz to autoportret malarza (jeden z kilku w świątyni). Postaci, co podkreślał narrator, często wyglądały na współczesne malarzowi, np. Maryja na jednym z obrazów była w barokowym kapeluszu. W scenie Pokłonu Trzech Króli miasteczko przypomina raczej Śląsk, a mędrcy niosą bele płótna, co nawiązuje do tradycji włókienniczych tego regionu. Pojawiają się też drzewa iglaste. Wyposażenia jest niewiele – uwagę skupiały ołtarz, ambona i organy. Również przedstawienia na ambonie były scenami z życia Św. Józefa. Na jednym z elementów ozdobnych podsumowałam wyróżnione litery rzymskie, otrzymując liczbę 1693. Był to rok, gdy runęły dwie kościelne wieże, dziś nieistniejące, ale nie znalazłam potwierdzenia, czy mogło mieć to związek.







Kościół klasztorny nosił wezwanie Wniebowzięcia NMP. Na fasadzie można było dostrzec różne przedstawienia figuralne – Trójcę Świętą, sceny związane z Maryją, a nad drzwiami sześciu prawodawców, w tym Mojżesza, Bernarda z Clairvaux czy Grzegorza Wielkiego. We wnętrzu bazyliki malował wnuk Willmanna – Jerzy Neunhertz. Na sklepieniu nawy głównej znalazło się sześć malowideł – m.in. Bóg Ojciec trzymający w ramionach Maryję czy Chrystus, który wita Maryję w niebie. W ołtarzu głównym umieszczona została ikona – Cudowny Wizerunek Łaskawej Pani – starsza ponoć o 100 lat od częstochowskiej i generalnie najstarsza w Polsce. Drugi obraz prezentował Wniebowzięcie NMP i malował go Piotr Jan Brandtl. Dodatkowo ołtarz zdobiły trzy alegorie cnót – Wiary, Nadziei i Miłości. Ciekawie wyglądały także stalle dla zakonników. Po przeciwnej stronie świątyni znajdowały się organy, ponoć największy w Polsce barokowy instrument tego typu – miały bowiem około 2700 piszczałek i wydawały 50 głosów. Podeszłam również do ambony i tzw. Kaplicy Loretańskiej.





Po przejściu wzdłuż cmentarza dotarliśmy do Mauzoleum Piastów świdnicko-jaworskich. Byli oni właściwie fundatorami opactwa. Bolko I był ubrany w kolczugę, obok niego leżał herb rodu, a o odwadze księcia miał świadczyć lew u jego stóp. Jego wnuk Bolko II został przedstawiony w zbroi, a poza lwem towarzyszył mu pies jako symbol wierności. Miał też tarczę i miecz. Umarł bez męskiego potomka, jednak w Mauzoleum pochowano także trzeciego bohatera o tym imieniu. Gdy zginął był jeszcze chłopcem, a figurka została przedstawiona z grymasem na twarzy i pochodnią gasnącą niczym jego krótkie życie. Ponadto w pomieszczeniu rozstawiono sześć figur – prezentowały żony dwóch pierwszych Bolków – Beatrycze i Agnieszkę, archaniołów Michała i Rafała, Opatrzność Bożą i Miłość Bożą. Spośród trzech ołtarzy najciekawszy był ten z postacią świętej Jadwigi. Ciekawostką był fakt, że chodziła boso, by upodobnić się do ubogich. Jej mąż namówił spowiednika, by nakazał jej nosić buty i ona nosiła, ale przywieszone na sznurku.






Po opuszczeniu Mauzoleum zeszliśmy po schodach ku kolejnej części cmentarza. Między schodami byli pochowani benedyktyni, a na placu naprzeciwko benedyktynki. Narrator zwracał uwagę na umieszczone przy każdej osobie trzy daty: narodzin, ślubów zakonnych i śmierci. Widoczny tam skrót OSB oznaczał po łacinie zakon świętego Benedykta. Stamtąd przeszliśmy do Kaplicy Marii Magdaleny (ołtarz przedstawiał ją pokutującą), a dalej koło studni książęcej przez ogródek z tablicami opisującymi Piastów Śląskich do podziemi. Bardziej podobały mi się pod kątem sklepień i filarów niż prezentowanych tam przedmiotów „od Sasa do Lasa”. Najciekawsza była chyba tablica opisująca pochówek cysterski. Wychodząc, zahaczyłam o niski strop, ale skończyło się na bólu w miejscu uderzenia, który z czasem przeszedł.








Kolejną odwiedzoną miejscowością było Chełmsko Śląskie. Dawniej miasto, jednak w połowie XX wieku straciło prawa miejskie. Najważniejszym obiektem, który nas tam przyciągnął były Tzw. Domki Tkaczy. Znaleźliśmy informacje o godzinach otwarcia, dlatego spodziewaliśmy się czegoś w stylu muzeum czy skansenu. Tymczasem okazało się, że z zachowanych obecnie jedenastu domków trzy ostatnie należały do Ministerstwa Kultury, pierwszy i trzeci zajmowała Izba Tkaczy, w jednym mieściła się kawiarenka ze sklepikiem i prawdopodobnie cztery były zamieszkane.


My odwiedziliśmy najpierw wspomniany trzeci domek, gdzie najwięcej się dowiedzieliśmy. Miały 300 lat, bo pochodziły z 1707 roku. Zwano je Dwunastoma Apostołami, ale nie było już „Judasza”. Wszystkie domki wyglądały tak samo, miały podcienia, a ich podstawowa część stała na planie prostokąta o wymiarach 7,5×15 m. Z tyłu znajdowały się ogródki, a za tym konkretnym domkiem rósł m.in. len. Podobno kwitł zaledwie przez 3 dni. Roślinę tę wykorzystywano na wiele sposobów, tak, by nic się nie zmarnowało. Ze słomy były tkaniny, nasiona służyły celom spożywczym, włókna także miały swoje zastosowania, choć nie udało mi się tego zapamiętać. Jak opowiadała przewodniczka (ubrana akurat w strój tkaczki, bo wcześniej robili jakieś nagrania), len bieliło się na słońcu, co przywołało mi na myśl odcinek Krecika, jak marzył o lnianych spodenkach z kieszeniami 🙂 Pani, rozmawiając z nami, pokazywała wyposażenie izby, ale też pracowała na krośnie, które miało ponoć 250 lat, a dalej było na chodzie. Jednym z lnianych wyrobów pokazowych był czochrak czyli rodzaj szorstkiego dywanika, który miał pobudzać krążenie lepiej od kawy 😉 Zwiedzanie było darmowe, stowarzyszenie zarabiało na sprzedaży wyrobów z lnu, a cegiełkę na ich rozwój stanowiły woreczki lniane z lawendą, które i ja nabyłam.




Poza Domami Tkaczy odwiedziliśmy rynek z głazem z datą: 1289 rok, rzuciliśmy okiem na ciekawe kamieniczki, a następnie podeszliśmy pod kościół pw. Św. Rodziny, w którym akurat trwał remont. Nie była to jedyna świątynia we wsi. Znaleźliśmy jeszcze dawny kościół ewangelicki. Pozostawiono go samemu sobie, a główne wejście zamknięto kłódką walcową na pięć cyfr. Obok bawili się chłopiec z dziewczynką, smagając trawę patykami. Dzieciaki zagadały do mnie, że kod to „00000”, ale nie działał, bo sprawdziłam to wcześniej (gdy podeszłam, kłódka była ustawiona na „12345”). Śmiałam się do nich, że mam takie w pracy, a do kolegi, że taka kłódka może mieć jedną ze stu tysięcy kombinacji.





Jako cel na ten dzień postawiliśmy sobie jeszcze obejrzenie przynajmniej jednego z trzech obiektów Riese. Zaczęliśmy od Osówki. Zwiedzanie podziemnego kompleksu wymagało ubrania dodatkowej warstwy na siebie oraz kasku ochronnego na głowę.

Przez podziemne miasto Osówka przeprowadził nas przewodnik. Spacer trwał godzinę. Pan rozpoczął narrację od opowiedzenia, gdzie właściwie się znajdujemy i że obiekt budowali więźniowie Gross Rosen (dziś Rogoźnica). Zajęło im to półtorej roku. Osówka miała 6 betonowych pomieszczeń i 2 km korytarzy, z czego do zwiedzania udostępniono 1700 m. Budowano schrony dla każdego z najważniejszych przedstawicieli władzy. Do podziemia schodziły również zakłady produkcyjne.
Jesienią 1943 roku ruszyła budowa Osówki jako części Riese (niem. Olbrzym – pochłonął więcej betonu niż schrony dla ludności). Pojawiały się różne hipotezy co do przeznaczenia kompleksu. Skoro Zamek Książ traktowany był jako potencjalna siedziba Hitlera, to czy tu mogło być miejsce produkcji broni? A może tu miała powstać bomba atomowa? Brak jednak dowodów na poparcie takich hipotez. Przyjmuje się zatem, że miało być to miasto z tajnym ośrodkiem przemysłu i fabryką zbrojeniową.

Budowano w twardej skale i odseparowywano całość włazami, by przetrwać potencjalne bombardowanie. Na piętrze biegły korytarze techniczne. Znajdowały się tam rury z ciepłym powietrzem, ale i otwory wentylacyjne. Należało „miastu” zapewnić wodę, prąd i jedzenie. Takich sztolni było w sumie siedem, 3 km w linii prostej od Osówki mieścił się Włodarz, a 2,5 km w innym kierunku Walim. Najważniejsza była oczywiście sztolnia pod Książem 25 km od miejsca, które zwiedzaliśmy. Na zamku powstawały dwie windy, aby szybko transportować dygnitarzy.
Riese miał pomieścić i zamknąć na dłuższy czas 20 tysięcy ludzi, w tym najwyższe dowództwo. Czyli musiały tam być pokoje, jadalnie, magazyny, kuchnie, ale też sale spotkań – skoro stad mieli prowadzić działania wojenne.

Osówka była drążona w jednej z najtwardszych skał – w gnejsie. Przewodnik zapewniał, że Riese przetrwałby więcej niż dzisiejsze schrony atomowe, gdyby go ukończyć. Dowodem na nieukończenie Osówki mogły być chociażby widoczne w tunelu deski – stanowiły oryginalny szalunek budowlany. Ale szalunek się usuwa. A tu nie zdążyli, bo prace zostały zakończone w momencie ewakuacji. W tym konkretnym tunelu szalunek kończył się na 30 m, hala dalej była na 20 m wydrążona, a jeszcze dalej trafilibyśmy na ścianę. To potwierdzało, że projekt ukończony nie był.

Przedmioty znalezione w sztolniach, choć nie w Osówce, prezentowano w mijanej gablocie. Znaleziono je przy okazji poszukiwań złotego pociągu. Przewodnik opowiadał także, że świadkowie widzieli ponoć cztery ciężarówki, które zniknęły nagle w lesie. Po wojnie każdy mógł wejść do środka, więc raczej nic się nie ukryło, ale nie wszystko jest jasne. Projektant Albert Speer ujawnił, ile betonu użyto. A z naszych wyliczeń naukowców na poznanym obszarze byłoby może z 10% tego, więc może było więcej sztolni niż siedem i tam poukrywano wszystko, co było do ukrycia. Zdaniem przewodnika wiemy tyle, ile Niemcy chcieli, abyśmy wiedzieli. Osówka została po prostu porzucona przez Niemców, więc rzeczy warte ukrycia mogłyby być gdzieś indziej.

Z ciekawostek zobaczyliśmy także gałęzie w podziemiu, co oznaczało, że w tamtym miejscu musiał być wydrążony szyb. Rzeczywiście delikatnie widoczny był prześwit światła. Przewodnik wyjaśnił, że był to zawał, po którym teoretycznie można wyjść na powierzchnię, ale uświadomił nas, że znajdowaliśmy się aż 50 m pod ziemią! Szyb dorównywał jednak szerokości korytarza, skąd na niego patrzyliśmy i mierzył 6 m.
O czym warto było pamiętać przy budowie Osówki? Należało wykuć skałę, ale też wywieźć urobek tak, żeby alianci się nie zorientowali. Oczywiście nie było to prostym zadaniem, ale projekt chciano zachować w tajemnicy.
Dowiedzieliśmy się też, że wśród pracowników przymusowych było 200 Polaków, tymczasem Polki działały jako praczki, kucharki i pielęgniarki. Reorganizacji pracy dokonano po epidemii tyfusu. Główną grupę robotników stanowili tu Żydzi. Według niekompletnej dokumentacji było ich przynajmniej 13 tysięcy. Przywieziono ich tu m.in. z Oświęcimia, z getta w Łodzi czy z obozu w Płaszowie. Byli tam także polscy Żydzi. Początkowo planowano ich wymordować po wykonaniu prac, aby projekt pozostał tajny.


Na koniec dowiedzieliśmy się, że gdy Rosjanie wkroczyli tam w maju, to zaczęli wywozić zastany sprzęt. Zostawili tory, które już później zabrali Polacy. Do lat 90. zniknęło wszystko. Potem aranżowano Osówkę, aby przygotować ją do otwarcia dla turystów, co nastąpiło w 1996 roku.




Po tym spacerze miałam chęć zgłębiać historię dalej, a że czas pozwalał, podjechaliśmy jeszcze do Włodarza. Oczywiście obiekty można zwiedzać niezależnie od siebie, dlatego pewne informacje się powielały, niemniej jednak oba poznane przez nas miały swoje punkty charakterystyczne.

Włodarz dawniej był zwany po niemiecku Wolfsberg czyli Wilczą Górą. Ta sztolnia według słów przewodnika była największa, ale i najbardziej dzika, bo nie miała betonu, tylko skałę. Wydrążono tam 3200 m chodników, my mieliśmy zwiedzić 1200 m. Może niewiele, ale też mieliśmy uwinąć się w godzinę, a zaczynaliśmy od seansu w kinie podziemnym.

Dowiedzieliśmy się, że wejście miały chronić dwa zewnętrzne bunkry. Całość miała powierzchnię 2,5 tysiąca hektarów. Ten Albert, o którym słyszeliśmy w Osówce, a którego nazwisko brzmiało dla mnie za każdym razem inaczej, okazał się być ministrem uzbrojenia w III Rzeszy. Gdy odsiadywał karę po procesie norymberskim, prowadził dzienniki, dlatego tak wiele wiedziano „od niego”.
Chodniki w tej sztolni były do siebie równoległe i prostopadłe, co przypominało tabliczkę czekolady. Do budowy (ale chyba ogólnie Riese, skoro tu nie było betonu) zastosowano cement włoski.

Dwa wejścia wysadzili w 1945 roku Rosjanie, dlatego zaczęła się gromadzić woda i stąd drugą unikatową atrakcją Włodarza okazał się rejs łodzią. Przewodnik czekał na nas na drugim brzegu, a my sterowaliśmy sami, ciągnąc podwieszoną na suficie linę. Dodatkowo delikatnie, aby nie pokaleczyć dłoni o skały, odpychaliśmy się od boków tunelu, aby wyrównać kurs. Skręciliśmy finalnie nie w tą stronę, ale przewodnikowi udało się nas ściągnąć do siebie. Widoki w tym miejscu były na tyle ciekawe, że wręcz zachęcał do zrobienia sobie selfie.



Pojawił się też wątek Bursztynowej Komnaty, o której za Wałbrzychem ślad zaginął. Podobnie zniknął legendarny Złoty Pociąg, który ruszył z Wrocławia i ponoć zniknął na tzw. „65. kilometrze” (to miejsce potem po drodze pokazał mi mój kompan).

Przewodnik pokazywał na szlaku szyby wentylacyjne i transportowe. Wyjaśniał, że Włodarz nie był przeznaczony do zamieszkania, tylko do produkcji. Dziś odwiedzali go turyści, a w środku całorocznie i całodobowo panowała temperatura 7°C. W związku z panującą wilgocią, schodząc po umieszczonych dla turystów schodach, warto było trzymać się poręczy, bo stopnie były śliskie.
Drewniane kaszty, które później mijaliśmy, nie były poniemieckie, ale polskie. Przewodnik opowiadał, że miałyby zatrzeszczeć, gdyby skała się ruszyła i w ten sposób ostrzec o niebezpieczeństwie, ale wątpił w skuteczność tego rozwiązania, sądząc, że prędzej to drewno zgnije. Inną ciekawostkę stanowiły wystające ze ściany pręty, które miały pełnić dla pracujących tu więźniów rolę schodów. Działali, otrzymując głodowe racje żywnościowe (poniżej 1000 kcal) i niejednokrotnie umierali przy pracy, także przywaleni ukruszonymi skałami.

Ostatnim odwiedzonym pomieszczeniem była wartownia (inaczej śluza) między blokiem C oraz blokami A i B. Różniło się od przebytych do tej pory korytarzy. Ściany faktycznie wybetonowano – przewodnik zapewniał, że tak miało to wszystko docelowo wyglądać. Wnioskując po solidnych ryglach przy drzwiach, Niemcy mogli tu chcieć zrobić bombę atomową z uranu. Ściany zrobiono właściwie z żelbetonu, a jedynie jeden fragment był typowo betonowy, aby Niemcom łatwiej było wrócić. Miejsce oznaczono pismem runicznym, co przetłumaczono jako „Tu matka ukryła swoje dziecko”. Strzałka wskazywała tunel, a runom towarzyszyły jeszcze dwie swastyki – klasyczna, kojarzona z hitleryzmem oraz odwrócona, symbol szczęścia w hinduizmie. Od tej sali korytarzem poprowadzono nas już na zewnątrz.


Po tak intensywnym zwiedzaniu przyszła pora na ciepły posiłek. Zajechaliśmy do restauracji Maria Antonina w Zagórzu Śląskim. Znajdowała się nad Jeziorem Bystrzyckim. Przechodziliśmy przez most na nim, ale potem podjechaliśmy także obejrzeć zaporę na drugiej części zbiornika.




Następnie podjechaliśmy pod schronisko Andrzejówka, które akurat zasłonięto na czas remontu, a ponoć było bardzo ładne, dlatego kolega chciał mi je pokazać. Stąd prowadził szlak na Waligórę – najwyższy szczyt Gór Kamiennych. My tymczasem zawróciliśmy. Przejechaliśmy koło kopalni melafiru w Rybnicy Leśnej, po czym zrobiliśmy sobie autem rundkę przez Sokołowsko, które było kiedyś kojarzone z sanatorium, póki nie zaczęła się tam zjeżdżać bohema. Nazwa pochodziła zresztą od doktora Alfreda Sokołowskiego, który zajmował się chorobami płuc. Nazwa pojawiła się w 1946 roku, aczkolwiek osada w tym miejscu istniała już kilkaset lat wcześniej. Mnie osobiście zaciekawił budynek ceglany o złożonej bryle i podjechaliśmy tak, bym mogła go obejrzeć z obu stron. Aktualnie zajmowało go Międzynarodowe Laboratorium Kultury, ale dawniej mieściło się tu sanatorium doktora Brehmera, które miało leczyć gruźlików. W okolicy obejrzeliśmy jeszcze cerkiew prawosławną Św. Michała Archanioła.





Po dniu pełnym wrażeń zameldowaliśmy się u kolegi. Zostało pakowanie i niecałe pół dnia zwiedzania przed przyjazdem pociągu powrotnego.
