Ciąg dalszy wpisu Wałbrzych #1 🙂
Kolejnym muzealnym obiektem tego dnia było Muzeum Porcelany, gdzie zdążyliśmy wejść na godzinę przed zamknięciem. Był to jednak wystarczający czas, aby przejść przez całą wystawę i wysłuchać całości nagrania audioguide. Instytucja istniała od 1908 roku, ale jako Muzeum Porcelany dopiero od 2015 roku. Na początek pokazano makietę regionu. Chociaż obok niej w gablocie zaaranżowano bogato zastawiony stół, naprzeciwko prezentowano przedmioty, które udowadniały, że porcelana ma dużo więcej zastosowań, jak np. wyrób artykułów toaletowych (miednice, nocniki, naczynie na szczoteczki do zębów) oraz przedmiotów ozdobnych, w tym figurek. Któż z nas nie widział pojemników na przyprawy i inne używane w kuchni artykuły jak cukier czy mąka, oczywiście stosownie podpisanych.







Opowiedziano o samym powstawaniu porcelany. Istniały trzy główne składniki: kwarc, skalen i glinka kaolinowa. Do tego dodawano wodę. Tak powstała masa była plastyczna. Następowało jej oczyszczanie, formowanie i wypalanie w 1000 stopniach Celsjusza. Dopiero na koniec była szkliwiona. W westybulu znalazły się przedmioty, które wykonano z pominięciem ostatniego etapu.

W kolejnych salach prezentowano wytwory z lokalnych fabryk i uświadamiało to, jak wiele przedsiębiorstw w regionie podjęło się wytwarzania porcelany. Manufaktury Carla Kristera i Carla Tielscha z Wałbrzycha, Königszelt z Jaworzyny Śląskiej, Conrada Waltera ze Stanowic – to tylko kilka przykładów. Co ciekawe, lokalni wytwórcy wspólnie ustalali ceny.
Zaintrygowało mnie szczególnie kilka przedmiotów: pojemnik na zapałki z potarką, stojaki na cygara, kubek dla wąsacza (z podpórką na wąsy), naczynia z wizerunkami Wałbrzycha czy Książa, talerz z obrazkiem na Boże Narodzenie 1924 roku, porcelanowe zegary czy baletnice, a także serwis dla dzieci. Czujne oko Marty dostrzegło także figurkę żółwia i figurkę porcelanową z Wiednia 😉











Następnie przeszliśmy przez kilka zaaranżowanych pomieszczeń, aż dotarliśmy do wystawy czasowej ze współczesnymi wyrobami porcelanowymi. Z niej przechodziło się przez korytarz malarstwa współczesnego, ale kojarzyłam tylko dwa nazwiska: Beksiński i Duda-Gracz. Ostatnią przestrzeń poświęcono ceramice polskiej lat 50. i 60.










Ostatnie muzeum, które postanowiliśmy odwiedzić, nazywało się Stara Kopalnia. Na nim szczególnie zależało mojemu koledze, żebym mogła poznać kilka twarzy Wałbrzycha, aczkolwiek postindustrialny klimat budynków widocznych z parkingu i mi wpadł w oko. Przyznaję jednak, że dwugodzinne zwiedzanie po tak intensywnym zwiedzaniu było wymagające. Oczekując na swoją godzinę wejścia, przeszliśmy się pomiędzy budynkami. Doceniałam, że każdy opisano na tablicy, a do tego na placu wystawiono elementy wyposażenia. I tak minęliśmy chociażby łaźnię, dawną chłodnię kominową, kotłownię, maszynownię i nadszybia kilku szybów. Ponadto spodobał mi się wałbrzyski mural i zaintrygowały wąskie tory. Podeszliśmy też pod pomnik patronki górników, świętej Barbary.







Przewodnik rozpoczął swoją gawędę od tego, co robi górnik po przyjściu do pracy. Na początek pobiera numerek. Każda zmiana ma inny jego kształt (kółko, kwadrat, trójkąt). Dwie pierwsze zmiany pracują przy wydobyciu, trzecia ma za zadanie dokonać wszelkich napraw. Następnie górnik ubiera odzież służbową, która jest prana na miejscu, a swoją zawiesza wysoko na haku. Potrzebuje także torbę z akumulatorem (który waży 2,5 kg!) czy kask, ale co zaskakujące, dalej transportuje ze sobą również pięciolitrowy baniak. Dalej może go napełnić zawartością któregoś z pięciu kranów: z wodą zwykłą, gazowaną, herbatą zwykłą, słodzoną bądź kawą zbożową.



W kolejnej przestrzeni zobaczyliśmy manekin już ubranego górnika – Stanisława z Mławy 😉 Ważnym atrybutem pod ziemią była też skrzyneczka z pochłaniaczem. Taki prostszy wystarczał na pół godziny w razie pożaru, nowsze aparaty już na półtorej. Jednak ten czas byłby krótszy, gdyby górnik szybko się poruszał lub wpadł w panikę, bo jego organizm potrzebowałby wtedy więcej tlenu.

Zobaczyliśmy też specjalne eleganckie stroje noszone przez górników na uroczystości. Marynarki miały 29 guzików, ponieważ patronka, święta Barbara miała tyle lat, gdy ją ścięli. Dla porównania księża mają 33, bo to wiek Chrystusa w momencie ukrzyżowania. Dowiedzieliśmy się też, że czapka górnicza to czako i ma różne pióropusze w zależności od funkcji górnika. Czarny noszą fizyczni. Białe mają sztygar, nadsztygar i szef wentylacji. Zielony pióropusz jest dyrektorski. Czerwony oznacza orkiestrę górniczą, ale już kapelmistrz ma pióropusz biało-czerwony. Po 25 lat pracy górnicy odchodzą na emeryturę i dostają szpady. Aczkolwiek wielu nie przepracuje aż tylu lat, bo cierpią na głuchotę, pylicę bądź inną chorobę zawodową.


Najgorszy w kopalni, jak się dowiedzieliśmy, byłby wybuch metanu, określany wręcz jako „darmowa kremacja”, bo zostaje tylko znaczek. Ale należałoby pamiętać, że tworzy się jeszcze fala uderzeniowa. Przykładem jej działania była łopata wbita na 10 cm i to w sęk. Najwięksi siłacze nie mogli wbić nawet połowy tego w słabszą część pnia. Przechodząc przez łącznik, zobaczyliśmy jeszcze sprzęt ratowniczy i minęliśmy dwie z trzech wystaw, na które przewodnik zapraszał potem.


Przy windach posłuchaliśmy o sygnałach, które regulowały ich pracę. Windy były 4, a każda wiozła 15 osób. Górnicy zjeżdżali z prędkością dwukrotnie mniejszą niż wózki z węglem, ale w razie nagłego zatrzymania wind mieli stać z ugiętymi kolanami. Tymczasem wózki dalej zjeżdżały do tzw. „świata kobiet”, gdzie pracowały głównie dziewczyny. Węgiel w tym miejscu zbierano z wózków, ale całością sterowano z użyciem guzików. Tam jednak także bywało głośno i wiele kobiet również kończyło z głuchotą.

W tej konkretnej kopalni kiedyś wydobywano antracyt, dlatego trafiał do koksowni i był przerabiany na koks. Kopalnia została otwarta w 1911 roku i pracowała konkretnie do 26 czerwca 1996 roku. Cały sprzęt zatrzymano z dnia na dzień, zatem dalej działał. Wytwórcą była firma Siemens z siedzibą w obecnej Świdnicy. Najpierw pracowali tu Niemcy, a potem Polacy – od lipca 1945 roku.



Później weszliśmy do szkoleniowego tunelu, do którego górnik trafiał najpierw, jak przeszedł szkolenia BHP i z pierwszej pomocy. Dopiero potem pracował już na serio. Praca pod ziemią była ryzykowna, dlatego stosowano szereg zabezpieczeń. W środku mieszkały szczury, które ratowały ludzi, bo było widać, kiedy szczur ucieka, wyczuwając nadchodzące tąpnięcie. Gdy wszystko było dobrze, nie pokazywały się ludziom, ale wyjadały zostawione dla nich na noc kanapki.
– Szczur Oskar, najważniejsze, co tu trzeba sfotografować, moja droga – rzucił do mnie przewodnik.
Czasem trzymano tu kanarki, które śpiewały cały czas, póki tylko żyły. Cisza oznaczała, że umarł i trzeba wiać, bo rośnie stężenie trujących gazów. Stosowano tę metodę, nim zaczęto powszechnie korzystać z detektorów. Tymczasem wstawiana w tunelu drewniana obudowa skrzypiała, ostrzegając zawczasu przed jego zawaleniem. Współcześnie stosowano metalowe. Mieliśmy też okazję zobaczyć czujniki gazu. Dla nas turystów światła umieszczono gęsto, ale podczas pracy górnicy mieli źródła światła co 300 m. Ciekawostką było także to, że górnicy nazywali swoje łopaty imionami żon. Po drodze zaaranżowano różne scenki z manekinami i przewodnik śmiał się do mnie:
– Zrób zdjęcie odważnego chłopaka.






Później przewodnik zaprowadził nas na wieżę widokową, gdzie mogliśmy spojrzeć na Wałbrzych z góry. To była bardzo fajna atrakcja 🙂 Zabudowania kopalni widzieliśmy jak na dłoni. Na koniec obejrzeliśmy jeszcze trzy wystawy: o wałbrzyskiej Solidarności, o znaleziskach archeologicznych oraz wystawę fotograficzną prezentującą górników przy pracy w okresie, gdy pracowali tu Niemcy.














Po zwiedzeniu Starej Kopalni przejechaliśmy się na ulicę Moniuszki, by odkryć willę księżnej Daisy. Budynek był ciekawy architektonicznie, ale mocno zaniedbany. Znajdował się pośród zieleni, a jedyna ścieżka, która tamtędy biegła, została nazwana alejką Księżnej Daisy. Do auta wróciliśmy okrężną drogą, dlatego przy okazji mogliśmy zobaczyć budynek Akademii Nauk Stosowanych, a po sąsiedzku uwagę zwracał także taki o konstrukcji szachulcowej.


Pojechaliśmy na późną obiadokolację w okolicy rynku, który zwiedziliśmy zaraz po niej. Sfotografowałam każdą pierzeję. Szczególną uwagę przykuwała narożna kamienica z kotwicą na szczycie datowana na 1799 rok, aczkolwiek architektonicznie ciekawych budynków było tu więcej. Gmach biblioteki zdobiło czterech atlantów. W te kadry ciekawie wpisywała się fontanna pośrodku. Mój wzrok przykuły też latarenki.




Następnie podeszliśmy pod budynek kolegiaty NMP Bolesnej i Św. Aniołów Stróżów. Stamtąd przeszliśmy się jeszcze na plac Magistracki. Tam również stała fontanna, a w chodniku umieszczono herb miasta. Po tej samej stronie stał piękny budynek z zegarem, ze szczytem schodkowym i wieżyczkami. Mieścił się tam m.in. Urząd Miejski. Mój kompan poprowadził mnie jeszcze ulicą Gdańską, po czym podjechaliśmy do ostatniej atrakcji na ten dzień.



Była to wieża widokowa w Parku Sobieskiego, gdzie zameldowaliśmy się już po zmroku. Paradoksalnie wyszliśmy na tym nawet lepiej. Widok miasta nocą był niesamowity, a poza nami naliczyłam dosłownie kilka osób. Łuna towarzysząca zachodowi także wyglądała efektownie. Dodatkowym walorem były tablice z panoramą w kilku kierunkach. Wskazano na nich widniejące na horyzoncie szczyty oraz kluczowe budynki w mieście.







Dzień był intensywny, ale udało się zmieścić w jednym zwiedzanie całego miasta. Co prawda dwa muzea odwiedziliśmy rzutem na taśmę, ale z mojej listy zobaczyłam praktycznie wszystko poza jeszcze jedną wieżą widokową, którą odrzuciłam na samym początku, preferując tę domykającą dzień. Było zmęczenie, ale i satysfakcja. Po takiej dawce wrażeń spałam kamiennym snem.
