Pierwszy dzień objazdowych wycieczek po Dolnym Śląsku został właściwie zdominowany przez Wałbrzych. Już po drodze kolega pokazywał mi z okna samochodu ciekawe budynki. Zwracał uwagę na rzeczy, o których sama pewnie bym nawet nie pomyślała, jak np. metalowe (w tym przypadku okrągłe, ale nie było to regułą) wypustki na ścianach domów – były tu śruby, które miały wzmacniać konstrukcję, bo w regionie dawniej działało kilka kopalni (co mogło skutkować osiadaniem terenu).

Około 10.30 dotarliśmy na parking pod Zamkiem Książ. Stamtąd czekał nas jeszcze niemal kwadrans spaceru przez park do samego zamku. To, co zdecydowanie było plusem tego miejsca, to pomagające się odnaleźć drogowskazy na każdym skrzyżowaniu alejek. My zmierzaliśmy cały czas drogą asfaltową, aż do kas biletowych. Zakupiłam tam bilet Explore Wałbrzych. Obejmował Zamek Książ (ale bez podziemi czy mauzoleum), palmiarnię, wieżę w Parku Sobieskiego, Muzeum Porcelany oraz Starą Kopalnię. To było dość szalone zmieścić to w jeden dzień, ale generalnie ktoś, kto przebywałby dłużej w Wałbrzychu, miał rok na wykorzystanie wszystkich atrakcji. Na podziemia kupowało się osobny bilet, ale pierwsza wolna godzina była dość późno i ograniczałaby realizację pozostałego planu na ten dzień.

Zaczęliśmy od atrakcji, które znajdowały się w parku i jego okolicy. Jednak zarówno Stajnia Ogierów, jak i Mauzoleum Hochbergów były dodatkowo płatne, czego się nie spodziewaliśmy, bo nie wyglądały jak klasyczne muzeum. Kawałek przed Stajnią Ogierów były fajne koniki z metalu. W mauzoleum zdążyłam zobaczyć malowidło na suficie, ale pan pozwolił mi chociaż sfotografować tablicę informacyjną. Podeszliśmy zatem do punktu widokowego. Zamek rysował się tu dość wyraźnie, okolony gęsto drzewami.

Wróciliśmy do głównej bramy wjazdowej do Książa, gdzie w tym momencie nie było turystów i koledze udało się zrobić mi zdjęcie, a mi samej zdjęcie samego obiektu. W tym miejscu się rozdzieliliśmy, bo kolega miał do załatwienia swoje sprawy w Wałbrzychu, a ja udałam się na samodzielne zwiedzanie zamku. Książ zbudowano w czasach Piastów Świdnicko-Jaworskich, ale wielokrotnie go przebudowywano i zmieniał właścicieli. Najdłużej władali nim Hochbergowie, aż do konfiskaty przez III Rzeszę. Wśród nich najsłynniejsi byli Jan Henryk XV i jego żona Daisy. Rozwiedli się jednak, a druga żona Klotylda, wdała się w romans z najmłodszym pasierbem, o czym wielokrotnie w różnych kontekstach opowiadał narrator, bowiem dodatkowym atrybutem na czas zwiedzania był audioguide.

Po przejściu przez dziedziniec z zadbaną roślinnością, licznymi rzeźbami i pięknym widokiem na sam zamek, weszłam do jego wnętrza. Trasa przebiegała dość jasno, dzięki licznym tabliczkom i rozstawionym taśmom, ale przewodnik w słuchawkach też informował, jak należy iść. Witało nas zdjęcie Jana Henryka XV i Daisy wraz z trojgiem ich synów (zwano ich od najstarszego: Hansel, Lexel i Bolko). Doczytałam potem, że mieli jeszcze bezimienną córeczkę, którą początkowo pochowano we wspomnianym mauzoleum. Minęłam także makietę z wizją artystyczną wyglądu zamku w XIV wieku – w tamtym okresie zdecydowanie był warownią, a nie rezydencją.

Rodzinę samej księżnej Daisy, która rezydowała tam kilka wieków później, mogłam za to poznać całkiem nieźle, bo na początku wystawa dotyczyła głównie ich, ich służby i życia w tym miejscu – ściany wypełniały liczne zdjęcia, w niektórych miejscach można było wysłuchać dodatkowych nagrań, a i te podstawowe uzupełniono cytatami z dzienników Daisy. Na starcie było jeszcze drzewo genealogiczne całego rodu.

Bolko czyli najmłodszy syn Daisy po ukończeniu 18 lat miał romans z drugą żoną ojca, więc ten się z nią rozwiódł i zmusił kochanków do małżeństwa. Bolko i Klotylda mieli czworo dzieci, w tym dwoje jeszcze jak Klotylda była z jego ojcem i to on uznał je za swoje. Bolko, choć najmłodszy, nie żył długo – zmarł mając zaledwie 26 lat, bo miał wadę serca.

Aleksander zwany Lexelem ciągle wywoływał skandale, dlatego został wyswatany, ale zaręczyny i tak zostały zerwane. Później Lexel trafił do polskiej armii i był żołnierzem osobistej eskorty generała Sikorskiego.

Najstarszy był urodzony w 1900 roku Jan Henryk zwany Hanselem. Przygotowywano go do roli dziedzica, dlatego w wieku 16 lat trafił do wojska. Ożenił się z bawarską arystokratką. Został internowany w 1939 roku, a potem wstąpił do armii angielskiej.

W kolejnej sali pojawiła się Klotylda i jej dzieci. Dalej mogliśmy poznać przyjaciół Hochbergów, były wśród nich także dzieci pracowników. Dla pięcioosobowej rodziny Daisy pracowało 300 osób. Biblioteka liczyła 64 tysiące książek, dlatego Hochbergowie mieli nawet prywatnego bibliotekarza. Tymczasem kucharz Louis Hardouin (wraz z rodziną) był traktowany w sposób wyjątkowy, a jako pasjonat fotografii uwiecznił Książ i życie na zamku o różnych porach roku, więc i w muzeum dostał osobną salę.

Pojawiły się kadry prezentujące życie codzienne czy zwierzęta, które zamieszkiwały to miejsce. Pokazano także prezentację Zamku Książ w technikolorze.

Po przejściu tej części wystawy wychodziło się na korytarz z wizjerem, co było mankamentem, bo lektor opowiadał, gdzie należy podejść, ale jednocześnie ustawiła się tam cała kolejka ludzi i gdyby każdy oglądał filmik w całości, to nie wiem, kiedy by się skończyła. Może lepszym rozwiązaniem byłoby kilka stanowisk koło siebie albo umieszczenie ekranu bez wizjera, aby więcej osób mogło skorzystać naraz.

Dalej przechodziło się przez tzw. Salę Krzywą zaaranżowaną niczym salon z kominkiem. Za nią trafiłam na makietę z podziemiami, które poprowadzono na dwóch głębokościach (15 m i 50 m), co trwało 12 miesięcy i było powiązane z projektem Riese.

Przez Hol Myśliwski przeszłam do sali z pięknym kominkiem, a z niej można było zajrzeć do kolejnej, która wyglądała na miejsce, w które idealnie wpasowałyby się wytworne przyjęcia. Stamtąd należało zawrócić i wyjść ze wspomnianego Holu innymi drzwiami.

Po chwili wędrówki dotarłam do drzewa genealogicznego wspomnianej już linii Piastów. Dalej, w Sali Konrada, przedstawiono kilka dynastii związanych z Książem w sposób pośredni, np. Hochbergowie byli rycerską świtą Piastów legnickich, a Rudolf II Habsburg przydzielił Konradowi III dziedziczne prawo do tego majątku. W okresie słabości Habsburgów protestanccy przedstawiciele Hochbergów popierali jednak Hohenzollernów.

W korytarzu, do którego przechodziło się dalej, na osi czasu opisano życie samej Daisy. Urodziła się w 1873 roku, ale większość życiorysu skupiała się na jej życiu po ślubie. Rzeczywiście krótko po nim urodziła córeczkę, która żyła ledwie dwa tygodnie. Co ciekawe, dwaj starsi synowie urodzili się w odstępie 5 lat, ale pierwszy 2 lutego, a drugi 1 lutego. Trzeci syn przyszedł na świat kolejne 5 lat później, ale we wrześniu. Opowiedziano także o tym, że Daisy założyła w Wałbrzychu pierwszą w regionie szkołę dla dzieci kalekich i niepełnosprawnych. A później nawet dała koncert w Szczawnie, by pozyskać fundusze dla tej szkoły. Podczas I wojny światowej zakładała szpitale i również pracowała jako sanitariuszka. Jej pamiętniki wydano, gdy jeszcze żyła. Pod koniec życia chorowała na stwardnienie rozsiane, a zmarła w 1943 roku.

Przeszłam przez sypialnię z buduarem oraz salon. Korytarz prowadził dalej do gabinetu Jana Henryka XI. Po sąsiedzku mieściła się jego sypialnia. Uwagę zwracał kominek z wazami. Z tego pomieszczenia można było zajrzeć do kolejnego z trofeami myśliwskimi i szablami.

Później przeszłam przez apartamenty księżnej – jej sypialnię i salon muzyczny oraz apartamenty Jana Henryka XI – sypialnię, pomieszczenie zwane antykamerą, saloniki i gabinet.

Sala Złota, do której następnie weszłam, rzeczywiście miała złote zdobienia, co szczególnie wyeksponowano pod samym sufitem. Tymczasem w podłodze ukryto mechanizmy do regulowania żyrandoli w Sali Maksymiliana, którą miałam zobaczyć później. Ponadto w pomieszczeniu znajdowały się rzeźby alegorii czterech pór roku. Patrząc po wystroju, pomieszczenie mogłoby być jadalnią.

Nazwa następnego – Sala Grodźca, wzięła się od malowideł prezentujących ten zamek, który swego czasu również był w rękach Hochbergów i to oni zlecili wykonanie polichromii. Przez kolejny pokój wyszliśmy na schody, a te prowadziły do Salonu Zielonego, bo na taki kolor pomalowano tu ściany. Umieszczono na nich portrety przedstawicieli rodu Hochbergów.

Weszłam stamtąd do najbardziej wykwintnego z pomieszczeń – do Sali Maksymiliana. Ozdób było tam tyle, że nie wiedziałam, gdzie podziać oczy. Na pewno wyróżnikiem były wielkie okna, a lektor wspomniał o pięciu balkonach. Ponadto na suficie wrażenie robiło malowidło autorstwa Schefflera pochodzącego z Pragi.

Salon Biały wydał się w tym kontekście nadzwyczaj skromny, a wcale nie brakowało mu zdobień. Ze słuchowiska dowiedziałam się w tym miejscu, że wszystkie kominki Książa prezentowane w nim dzisiaj były oryginalne.

W Salonie Orientalnym na ścianach namalowano ptaki, a kredensy miały nietypowy, czerwony kolor, choć podobne umieszczono także w Pokoju Gier. W Salonie Włoskim miał z kolei nocować Hitler, a za niedostępnymi drzwiami jego adiutant. Moją uwagę zwróciła ogromna drewniana szafa oraz malowidła na suficie, z których centralne przedstawiało boginię Florę. Dalej pojawiła się jeszcze informacja o nieukończonym szybie windowym, który miał służyć osobistościom III Rzeszy.

W korytarzu znów znalazła się atrakcja, do której każdy chciał podejść. Dotknięcie tzw. Ścianki Szczęścia prawą ręką miało sprzyjać finansom, lewą – miłości. Gdybyśmy położyli obie dłonie, miało to dać pewność, że wrócimy do Książa. W tym miejscu przechodziło się jeszcze przez wystawę, która dotyczyła browaru i chyba była wystawą czasową, ale finalnie dotarłam na Tarasy. Było ich kilka i aż prosiły się o zdjęcia. Dodatkowo dawały okazję uwiecznić zamek od ich strony. Po spacerze wśród rzeźb, fontann i zieleni przez Basztę Prochową opuściłam teren Książa.

Znów połączyliśmy siły z kolegą i obejrzeliśmy palmiarnię. Powstała tuż przed I wojną światową. Jednym z wykorzystanych do budowy materiałów była zastygła lawa z wulkanu Etna. Stanowiła prezent dla Daisy, ale niemal od początku istnienia była udostępniona do zwiedzania. Mnie zachwyciła już brama, ale sam budynek był pełen ciekawych gatunków. Część z nich została podpisana. Uwagę zwracała wysoka wilgotność i temperatura, jeszcze wyższa niż upał na zewnątrz. Poza roślinami trafiliśmy na lemury, pawie i żółwie, więc szczególnie przy tych drugich miałam klasyczny zaciesz i wsiąkłam na dłużej. Ucieszyła mnie też część z kaktusami i sukulentami, bo jako nastolatka miałam ich z kilkanaście w domu. To oczywiście nie oznacza, że nie cieszył widok innych roślin z całego świata. Były tam chociażby drzewka owocowe, palmy, fikusy czy drzewa iglaste. Najśmieszniejsza była chyba roślina, której wygląd jako przedstawiciele świata nauki zgodnie porównaliśmy do wycioru do mycia butelek czy probówek. Oczywiście ją uwieczniłam.

– Zrobiłaś najsłabszego liścia – „zarzucił” mi mój kompan.

– Nie można dyskredytować najsłabszych.

Ciąg dalszy nastąpi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *