Już po siódmej rano z dotychczasowego miejsca noclegu odebrał mnie mój znajomy, z którym kiedyś miałam okazję wędrować po Karkonoszach. W niespełna godzinę dojechaliśmy do celu, a było nim czeskie miasteczko Adršpach – dziś popularna atrakcja turystyczna, dlatego poranne godziny były optymalne. Byliśmy na tyle wcześnie, że kantor i sklepiki z pamiątkami dopiero się rozkładały, ale wypatrzyłam w gablocie pocztówki, po które miałam zamiar wrócić. Tak czy inaczej, wszystkie lokalne punkty przyjmowały również złotówki, a wśród turystów często słyszeliśmy Polaków.


Po wejściu rozpoczęliśmy zwiedzanie od trasy niebieskiej, wokół jeziora, z trzema punktami widokowymi. Zbiornik powstał w miejscu dawnego kamieniołomu, co było napisane w ulotce, którą otrzymaliśmy na wejściu i która również była zapisana w języku polskim, ale nim to wyczytałam, widząc moje zaciekawienie kolorem jeziorka, kolega zdążył się już podzielić tą informacją. Jak na to, że był w tym miejscu lata temu, naprawdę sporo pamiętał. Ja, jak to ja, miałam poczucie, że gdybym mogła, uwieczniłabym na zdjęciach wszystko 😉
– Ile masz miejsca na karcie pamięci? – zostałam zapytana.
– Dużo – zaśmiałam się. – Pytanie, czy bateria da radę.



O tak wczesnej porze słońce nie grzało jeszcze zbyt mocno, a chmury i drzewa odbijały się w tafli wody, tworząc niezwykle piękne kompozycje. Przy okazji zaczęłam poznawać pierwsze czeskie słówka, np. „vyhlidka” oznaczała punkt widokowy, choć kojarzyła się z zupełnie czymś innym 😉





Po przejściu niebieskiej ścieżki zeszliśmy na zieloną, przez Skalne Miasto. Trasa biegła częściowo pośród drzew, ale to wielkie formacje skalne były dominantą tego krajobrazu.
– Widzisz na skałach coś antropogenicznego? – zapytał mnie mój kompan.
Okazało się, że miał na myśli metalowe kółka będące wsparciem dla wspinaczki – co ponoć Czesi uwielbiali.
Pierwszą skałą oznaczoną po nazwie był Dzban. Charakterystyczny otwór mógł rzeczywiście przypominać ucho takiego naczynia. Mnie jednak bardziej intrygowały napisy na skałach, częściowo nie do odczytania, częściowo i tak będące spisem nic mi nie mówiących nazwisk, ale może dlatego tak zagadkowe.
Fajną nazwą był Fotel Babci. Zastanawialiśmy się, czy to nawiązanie do polskiego Fotela Pradziada 😉 Głowa cukru była dla mnie absolutnie abstrakcyjną zbitką słów, ale skała o tej nazwie zaciekawiała – była węższa na dole niż u góry, więc mogło zastanawiać, co ją właściwie trzyma. Tę samą myśl mieliśmy przy nieopisanej skale na krawędzi strumyka. Dalej, po sąsiedzku ze sobą były Przyłbica (Hełm) i Organy. Również kształty Rękawicy i Bliźniąt były do wypatrzenia.






Bardzo spodobała mi się też Brama Gotycka i niemal każdy chciał mieć tam zdjęcie. Za nią znajdował się Rynek Słoni i faktycznie kilka skał przypominało z odrobiną wyobraźni stadko tych zwierząt. Ale aby kawałek dalej wypatrzeć Dywany, trzeba było stanąć w pewnej odległości i zadrzeć głowy do góry. Skała była niewielka pośród tych, które ją otaczały.
Jedną z fajniejszych formacji był Ząb Karkonosza. Faktycznie wyglądało to jakby stał na dwóch korzeniach. I wyróżniał się jaśniejszym odcieniem. Ciekawostkę stanowił znajdujący się na nim znak wysokiej wody z 1844 roku.
Przeszliśmy przy Moście Diabła oraz Wieży Elżbiety. Dalej trafiliśmy na Kamień Pioruński, który oderwał się ponoć podczas burzy w 1772 roku. Przystanęliśmy jeszcze przy Madonnie, po czym kontynuowaliśmy wędrówkę.








Dostrzegliśmy dużo wcześniej trzy głowy w nieopisanej skale, za to teraz ta opisana w pierwszej chwili była niedostrzegalna:
– Głowa lwicy, nie widzę.
– Za wysoko patrzysz.
Rzeczywiście, kształt zwierzęcej głowy ukrył się w połowie wysokości skały. Podobnie miałam problem z dostrzeżeniem Karpia.

Wkrótce dotarliśmy do Małego Wodospadu. Dalej droga biegła w górę obok głazu z tablicą, wiodąc na Małą Panoramę. Jednak już kawałek dalej czekała nie lada gratka, przynajmniej dla mnie, a mianowicie popiersie Goethego, który wizytował Skalne Miasto w 1790 roku. Sama tablica znajdowała się tu od 1932 roku. Oczywiście zapozowałam 😉 Potem zacienionym korytarzem doszliśmy do Wielkiego Wodospadu.





Stamtąd cofnęliśmy się i skierowaliśmy się na rejs łódką. Ta atrakcja była dodatkowo płatna. Nasz przewodnik był Czechem, ubranym jak marynarz z bajki. Spytał, kto jest Czechem, Polakiem, Niemcem, kto mówi po angielsku. Porozumiewał się z nami po czesku, ale co nieco dało się wychwycić. Do łódki wchodziło sporo osób i nim usadzili wszystkich, przechył był niepokojący. Szczególnie, że na kamiennej ścianie znajdował się licznik utonięć z bieżącą datą. Narysowano tam trzy duże i trzy małe krzyże. Przewodnik sugerował, by na jedną ławeczkę siadały „rodzinki razem, zakochani razem” 😉 I aby nie wystawiać rąk za burtę, bo pogryzą nas aligatory i piranie 😉 Nim łódź wypłynęła, państwo za nami dokarmiali przepływającą kaczkę. Mnie zasmuciło, że chlebem (nie jest to właściwy pokarm), chłopca z tej rodzinki, że tata oddaje właściwie jego drugie śniadanie.
Popłynęliśmy po sztucznym jeziorku wokół maleńkich wysepek, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, a przewodnik opowiadał co widać. Na początek minęliśmy przystań z pustą łodzią, z której ponoć nikt się nie ostał. Był to tzw. Port Singapurski. Dalej mieszkał Wodnik Szuwarek wraz z żoną. Drewnianą rzeźbę mijaną później nazwano Pinokiem. Nie miał jednak charakterystycznego nosa, bo mu ponoć pirania odgryzła 😉
Opływane wyspy to były Hawaje, dalej mijaliśmy Wyspę Smerfów oraz dom dyrektora, którym był według przewodnika Jožin z bažin 😉 Za ostatnim kominem Titanica robiliśmy nawrotkę. Wtedy spotkaliśmy aligatory – były urocze i rzeźbione, podobnie jak ukryty wśród drzew czerwony „czeski komunista”.
Gdy opłynęliśmy wyspy, po naszej lewej przewodnik wskazał małpę i śmiał się do ludzi z przodu:
– Nie na mnie, tam!
Rzeczywiście wskazana formacja skalna mogła małpę przypominać, podobnie jak sąsiednia zadek słonia. Finalnie czekała nas wysiadka w porcie singapurskim 😀 Wysiedliśmy i poczekaliśmy, aż kilkudziesięciu pasażerów zdoła się wspiąć po wąskich schodach. Dopiero wówczas sami na nie weszliśmy. Zauważyłam, że od wilgoci skała aż się skrzyła.










Wróciliśmy na właściwy szlak zwiedzania i zobaczyliśmy tablicę informacyjną przy głazie, który zniszczyły liczne ludzkie stopy. Opis zakończono refleksją, że nawet kamień nie jest wieczny. Zaś pierwszą podpisaną formacją skalną, na którą trafiliśmy, byli Kochankowie. Przyznam szczerze, że m.in. na nich czekałam od początku, widząc ich na pocztówce jeszcze przed wejściem na szlak.




Znaleźliśmy się na skrzyżowaniu dróg, skąd warto było skręcić ku kaplicy wykutej w skale. Znajdowały się tam tablice z nazwiskami osób, które wspinały się na tutejsze skały, ale tu zginęły. Dalej kolega wskazał mi Żółwia, wiedząc, jak lubię te zwierzęta. Kolejny ciekawy punkt stanowiła Wielka Panorama, ale niełatwo tam było o zdjęcie, bo jednak wielu osobom na nim zależało. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i nieco pokombinować.



Bardzo charakterystycznym miejscem na końcowym odcinku byli Starosta i Starościna, a sam finał stanowiła Mysia Dziura, czyli przejście momentami mierzące zaledwie 50 cm. Już za szlakiem pośród skał wyszliśmy na łąkę, gdzie ustawiono kilka kramików – to miejsce ze względu na akustykę nazwano Echem i dawniej serwowano tam strzały z moździerzy.



Jeszcze w Adršpachu postanowiliśmy przejść się czerwonym szlakiem, aby zobaczyć zamek z 1596 roku, obecnie zaadaptowany na hotel z restauracją. Dalej ruszyliśmy w las w stronę ruin innego zamku, dlatego zeszliśmy niedługo potem na żółty szlak zgodnie z drogowskazami. Miejsce jednak nie okazało się szczególnie spektakularne. Poza jednym łukiem, prawdopodobnie wejściem do zamku bądź któregoś z pomieszczeń, skały wyglądały tak jak je natura stworzyła. Na szczęście na trasie minęliśmy chociaż tablicę informacyjną.








Wróciliśmy do auta i podjechaliśmy do Teplic nad rzeką Metují. Tam obejrzeliśmy kościół Św. Wawrzyńca. Miał płaskorzeźby na drzwiach, ale wnętrze dało się obejrzeć tylko z przedsionka. Uwagę zwracały malowidła na suficie. Na najbliższych nam filarach zapisano daty rozpoczęcia i zakończenia budowy: 1723 oraz 1727. Mój towarzysz śmiał się, że coraz więcej rozumiem po czesku 😉 W miasteczku zobaczyliśmy jeszcze Górny Zamek, zaadaptowany na budynek szkolny, po czym przeszliśmy się w poszukiwaniu Dolnego Zamku przez park. Minęliśmy przy tym hydrant pomalowany tak, jakby był jakąś postacią. Zaciekawiła mnie też ulica Roosevelta, po czesku Rooseveltova 😉 Przeszliśmy przy kilku rzeźbach, w okolicy rzeczki, aż natrafiliśmy na piękny, podłużny budynek z numerem 44. Prawdopodobnie to on był naszym celem, wnioskując po okolicy. Najkrótszą drogą wróciliśmy do auta, mijając przy tym rzeźbę św. Floriana.






Stamtąd przejechaliśmy jeszcze do osady Skàly, gdzie wiódł inny czerwony szlak. Jego niewielki odcinek postanowiliśmy przejść. Wiódł nad jeziorko, a dalej nad bardzo fajne ruiny zamku. Tu dało się dostrzec założenie fortyfikacyjne, a co najważniejsze, wspiąć się na sam szczyt. Nie było to proste na arcywąskich schodach, ale widoki wynagradzały wszystko! Zaciekawiły mnie także wyryta w skale głowa diabła i drugie wyjście w formie groty na kształt łuku. Dodatkowy punkt widokowy mieścił się jeszcze pod zamkiem i odwiedziliśmy go najpierw. Na koniec przespacerowaliśmy się wokół wspomnianego zbiornika wodnego, co też było bardzo przyjemne. W cieniu i nad wodą panował inny mikroklimat 😉









Na obiad podjechaliśmy do Meziměstí, do restauracji nawiązującej do wojaka Szwejka, aczkolwiek wydawało mi się, że były tam i akcenty związane z Habsburgami. Obiad był bardzo sycący, szczególnie w takim upale, ale całkiem smaczny. Co ciekawe, od razu zorientowano się, że jesteśmy Polakami i podano nam menu w języku polskim.


Polską granicę przekroczyliśmy po obiedzie i ostatnim miasteczkiem zwiedzanym tego dnia był Mieroszów. Uzyskał prawa miejskie w 1326 roku, co upamiętniał głaz pamiątkowy na rynku. Druga tablica w tym miejscu celebrowała stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Rynek okalały ładne kamieniczki – szczególnie zaciekawiła mnie czerwona z jasnymi zdobieniami i dwoma herbami z trzymaczami. Dalej przeszliśmy w kierunku kościoła Michała Archanioła, mijając mural z pociągiem (upamiętniał zesłańców na Sybir). W samej świątyni akurat skończyła się msza, co umożliwiło zajrzenie do środka. Wystrój był prosty, ale każdy bardziej zdobny element pasował do pozostałych. Szczególnie elegancko wyglądała ambona. Kościół miał też ładne witraże ze świętymi i scenami z Biblii (np. z przedstawieniem Zwiastowania) oraz stacje drogi krzyżowej.




Po wyjściu z kościoła kolega zaprowadził mnie na Górę Kościelną. W tamtejszym parku spotkaliśmy żmiję. Znajdowała się tam również wieża widokowa. Była dość niedawno wybudowana i poza parkiem, przez który przeszliśmy, oferowała fajne widoki na pozostałe trzy strony świata. Można było nacieszyć oczy 🙂 Finalnie zeszliśmy i rozsiedliśmy się jeszcze na moment na wielkich fotelach podpisanych Mieszko i Dobrawa. Widok na Mieroszów i tu był w bonusie. Na koniec przejechaliśmy jeszcze przez miasteczko samochodem. Jak na jeden dzień wrażeń było naprawdę sporo.




