Karkonoski Park Narodowy – aklimatyzacja w Szklarskiej Porębie

Po spakowaniu plecak ważył 9 kg, co było chyba moim rekordem. I to jeszcze z butami górskimi wewnątrz, a nie na nogach. Czułam progres. Za to prowiantu nabrałam aż 3 kg, szalona! Jakoś zawsze zabiorę tych smakołyków, że starczy nie tyle na drogę, co na podjadanie przez cały wyjazd. Faktycznie już poprzednim razem, w Kampinoskim Parku Narodowym, poza śniadaniem i obiadem nic nie dokupowałam, co w sumie było dość wygodne. Niezmiennie marzyło mi się jednak zejście z całością bagażu do 10 kg lub mniej. Jeszcze nie tym razem.

Cóż mogę powiedzieć o podróży? Trwała długo, tak mogę to ująć najkrócej 😉 Pierwszym etapem była droga do Wrocławia. Udało mi się przez te 6 godzin opisać jedną z gdańskich wycieczek (ze sporą pulą zdjęć) oraz nieco poczytać. Trochę ubolewałam nad tym, że marzłam od klimatyzacji, dopiero za Poznaniem dało się odczuć, że jest cokolwiek powyżej 20°C. Szybko zamieniłam sandały na skarpetki, przynajmniej na czas przejazdu i postanowiłam w podróży powrotnej mieć na nogach zakryte buty. We Wrocławiu umówiłam się na obiad z kuzynem, bo miałam około godzinę czasu do kolejnego pociągu.
W związku z tym, że jechałam sama i umieściłam portfel w nieoczywistym miejscu, zażartowałam:

– Muszę się dokopać do portfela.

– Schowaj ten portfel – stwierdził kuzyn i postawił mi obiad.

Wybraliśmy jedzenie na wagę w nowej galerii przy dworcu. Ruskie pierogi były dobre, a naleśnik smakował niemal jak sernik. Później poszliśmy na peron, z którego miał odjeżdżać mój pociąg. A ten jechał już docelowo do Szklarskiej Poręby Górnej czyli i mojego celu podróży. Tutaj klimatyzacja sprawiała, że zamarzałam jeszcze bardziej i trudno było mi się skupić na czymkolwiek, więc trzygodzinna trasa niezwykle mi się dłużyła. Przyglądałam się nieco widokom za oknem. Na jednej z wałbrzyskich stacji (Wałbrzych Fabryczny) moją uwagę przykuł budynek kojarzący mi się z zabytkową willą w gdańskim Brzeźnie, a dalej coraz częściej przyglądałam się krajobrazom jakie kreowane były tutaj dzięki różnicom wysokości. Chyba najciekawsze wydało mi się miasteczko, gdzie z tej odległości rzędy domów wyglądały niczym makieta. Zastanowiła mnie też mnogość nazw z końcówką „-ów” i pomyślałam, że u nas sporo kończy się na „-owo” albo „-sk”, ale nie wiedziałam, czy musi być w tym jakaś regionalna reguła czy ogólnopolskie reguły słowotwórcze, np. nawiązujące do rzek czy form terenu, różnych jednak dla północy i południa kraju. W Jeleniej Górze była za to stacja Orle – dokładnie jak na Sobieszewie! A przy torach w innej części miasta stał z kolei murowany dom, gdzie na ścianie z innego koloru cegieł ułożono wzór krzyży. W samej Szklarskiej Porębie wypatrzyłam już z okna pociągu piękny kościół z wysoką wieżą. Pomyślałam, że fajnie byłoby go obejrzeć z bliska.

Kolega z Dolnego Śląska (poznany na warsztatach naukowych kilka lat wcześniej), który miał ze mną wędrować po górach, już na starcie bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Sprawdzałam trasę do naszej bazy noclegowej i byłam nastawiona na niemal półgodzinny spacer, tymczasem zachował się niczym prawdziwy dżentelmen i podjechał po mnie na dworzec. Zrobił mi też zdjęcie z nazwą stacji, a ja już na dzień dobry uznałam, że zakochałam się w tym krajobrazie, gdzie skały i kolej były ze sobą tak blisko. Natura i cywilizacja. Urzekły mnie też chatki po drodze.

Wspólnym przyjazdem wprawiliśmy naszą gospodynię w niemałą konsternację, bo była przygotowana na dwie jedynki, a tu nagle przed drzwiami stanęła dwójka ludzi. Szybko jednak zorientowała się, że to właśnie nasze rezerwacje i pamiętała nawet, że przybyłam aż znad morza i zapowiadałam przyjazd pociągiem, dlatego była tak zaskoczona. Ustaliła z nami szczegóły co do meldunku i śniadania nazajutrz, po czym poszliśmy się rozpakować.

Gdy już z grubsza się ogarnęliśmy, udaliśmy się na małą przejażdżkę. Znaleźliśmy kościół pw. Bożego Ciała, który widziałam z okna pociągu. Z bliska robił jeszcze większe wrażenie i był ciekawy dzięki złożoności jego bryły. Jedna z licznych tablic wspominała historię parafii w Szklarskiej Porębie i poszczególnych kościołów. Wynikało z niej, że tę świątynię wybudowano w latach 80. XIX wieku, a upamiętniony w okolicy własną ulicą Vlastimil Hofman namalował znajdujące się wewnątrz obrazy. Ten w ołtarzu głównym miał przedstawiać Chrystusa na tle krajobrazu miejscowości. Mnie osobiście najbardziej zaciekawiła ambona. Podeszłam także do drogi krzyżowej wewnątrz kościoła i wokół niego, fotografując stację szóstą. Od pewnego czasu postępowałam tak w przypadku każdego kościoła, gdyż fotografowanie całości byłoby czasochłonne, a ta stacja wydała mi się (dla mnie osobiście) najbardziej interesująca. Wyjaśniłam koledze, że na bierzmowaniu wybrałam sobie za patronkę Weronikę, choć akurat nie tę z drogi krzyżowej, lecz błogosławioną z przełomu XVII i XVIII wieku. Jakoś jej żywot wydał mi się ciekawszy i pasujący do mojej osoby. Natknęliśmy się też na niemieckojęzyczną tablicę z nazwiskami zmarłych w latach I wojny światowej, więc podejrzewaliśmy, że mogli to być polegli właśnie w działaniach wojennych, ale nie byliśmy tego pewni.

Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Dom Carla i Gerharta Hauptmanów – braci literatów, z których drugiego uhonorowano nawet Nagrodą Nobla. Znajdowało się tutaj muzeum, nieczynne oczywiście wieczorową porą. Naprzeciwko ustawiono głaz z datami (prawdopodobnie) lokacji miejscowości oraz włączenia jej po wojnie do Polski.

Na mapie widniał też dom sudecki z 1740 roku, który koniecznie chciałam zobaczyć. Tylko jeden z budynków w tamtej lokalizacji pasował nam wizualnie do tego pojęcia. Później sprawdziłam nazwę – Szamanówka, co potwierdziło, że chodziło właśnie o ten obiekt.

Udaliśmy się zatem w kierunku kolejnego. Po przejechaniu niezbyt długiego odcinka, nawigacja zakomunikowała, że „żądany obiekt jest po prawej stronie” i rzeczywiście go dostrzegliśmy, a kolega wręcz mi go wskazał. Ucieszyłam się, że opatrzono go stosowną tablicą, tymczasem mój kompan docenił bliskość parkingu. To ciekawe, jak każdy na zupełnie co innego zwraca uwagę. Zobaczyliśmy dom wspomnianego malarza, Hofmana, po czym weszliśmy ścieżką przy drugim krańcu parkingu na szlak. Tuż obok na głazie umieszczono ozdobne biedronki, co uznałam za urocze. Wówczas podążyliśmy
za drogowskazem na Złoty Widok 🙂 Chociaż zaczynała się już wieczorna szarówka, dotarliśmy bez problemu na przystosowaną do oglądania panoramy platformę. Korzystając z tablicy informacyjnej oraz z wiedzy kolegi, wypatrzyliśmy na horyzoncie punkty, które mieliśmy odwiedzić nazajutrz – Szrenicę i Śnieżne Kotły. Oprócz tego co dalej, zwróciłam także uwagę na aranżację najbliższej nam przestrzeni – skalniaczek i drewniane leżaczki, tymczasem koledze rzuciły się w oczy nietypowe schodki, jakby ich połowa była przeznaczona do siedzenia, a nie schodzenia.

Dalej wspomagaliśmy się już dodatkowym oświetleniem, czytaj: latarkami w telefonach i lampą błyskową do zdjęć. Natrafiliśmy na Grób Karkonosza, ale naszym celem był Chybotek. Podobno skałę dało się przesunąć / rozkołysać, stąd nazwa, ale od zawsze wiedziałam, że silnych rąk to ja nie mam 😉 Za to udało mi się, zgodnie z sugestią kolegi (a powtarzać dwa razy nie musiał!), wdrapać na samą górę, na najwyższą skałę. Skała miała też u góry dwie dziury, w których zebrało się ciut wody. Wspinaczka stanowiła ciekawe doświadczenie, no i zupełnie inne w półciemności niż gdybyśmy byli tu w środku dnia. Kombinowanie, aby wykonać tu jakiekolwiek sensowne zdjęcie, też wydało mi się całkiem zabawne. Zresztą, od początku wyjazdu byłam w bardzo dobrym humorze.

Wróciliśmy na kolację, bo udało się już nieco złapać lokalny klimat, a kolejny dzień zapowiadał się jako najbardziej wymagający.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *