Rano zeszłyśmy na śniadanie i panie były zaskoczone, że nie spałyśmy dłużej niż wczoraj. Zaserwowano nam wyśmienite pierożki ukraińskie. Pani zauważyła też, że robimy zdjęcia i zasugerowała, że na zewnątrz jest altana, gdzie ludzie się fotografują. Po śniadaniu przeszłyśmy zatem na chwilę do ogrodu, a wracając, zauważyłam też schody na dół, które mnie zaintrygowały.
– Zejście do lochów – zażartowałam, wspominając, że nazwałyśmy nasze lokum zamkiem.


Wędrówkę rozpoczęłyśmy od wizyty w pobliskim sklepie, zlokalizowanym przy głównej drodze. Tuż po wyjściu mocowałam się jeszcze z plecakiem i nie zauważyłam rowerzysty, który nie jechał wyznaczonym pasem jezdni, ale chodnikiem, choć bardzo powoli.
– Uważaj, pan – zawołała moja towarzyszka.
Tymczasem ja zauważyłam większy niż w poprzednich dniach ruch na drodze:
– Bo weekend. Wszyscy jadą. Patrz, nawet Wrocław przyjechał.

Przy okazji obok sklepu dopatrzyłam się skrzynki pocztowej i cieszyłyśmy się, że nie będziemy wędrować z pocztówkami na drugi koniec Izabelina. Następnie skręciłyśmy w ulicę Partyzantów. Znalazłyśmy tam siedzibę Ochotniczej Straży Pożarnej. Odbiłyśmy w lewo na wysokości Brzozowej, bo zależało nam na obejrzeniu drewnianej kaplicy z 1925 roku. Okazało się, że znajduje się na terenie zakładu dla niewidomych w Laskach. Pani ochroniarz powiedziała, że można tam wchodzić i pokierowała nas jak dojść do kaplicy. Na budynku nieopodal umieszczono wystawę planszową o siostrze zakonnej Elżbiecie Czackiej, będącej założycielką towarzystwa opieki nad ociemniałymi. Niestety nie mam super wzroku i czcionka była dla mnie za mała. Co nieco podpatrzyłam dopiero na zdjęciach, bo nie chciałyśmy wchodzić na zadbany trawnik wokół budynku. Przed kaplicą był plac z ławkami i kilka tablic historycznych. Sam obiekt rzeczywiście był głównie drewniany, nawet filary wewnątrz świątyni to były pnie drzew. Obejrzałam też organy, które wydały mi się takie nowatorskie na tle reszty wystroju, który był dla mnie naprawdę czymś unikatowym. Nim weszłyśmy do środka, przywitałam się ze spacerującą siostrą zakonną:
– Szczęść Boże.
– Szczęść Boże. Widziałyście wystawę?
– Tak, tak – odparłam z uśmiechem.
Sióstr pojawiło się wkrótce więcej i domniemywałyśmy, że wkrótce mogły mieć mszę.




Tymczasem my wróciłyśmy do skrzyżowania i skierowałyśmy się na północ. Droga ostatecznie zawijała w lewo, by następnie poprowadzić do lasu. Przed nim jednak rozciągała się szeroka połać zieleni, co idealnie łączyło się z błękitem nieba i bielą chmur.
– Ale ładne światło – zawołałam, widząc wydobywający się w kadrze koloryt. – Widoki jak tapeta z Windowsa. Jest taki upał, że aż widać jak powietrze [nad asfaltem] faluje – dodałam chwilę później.

Dotarłyśmy do czerwonego szlaku i na początek skręciłyśmy w lewo. Szłyśmy wzdłuż muru, który pokryto różnymi hasłami i rysunkami.
– A co to za mądrości na murach? – zaczęłam czytać. – A to co to jest? Świniomysz?
Koleżanka z kolei zauważyła smutną postać na murze:
– Ojej…
– Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, to w Kampinos wybierz się! – zrymowałam na poczekaniu.
– I tym tekstem mogłabyś wygrać pocztówkę.
– Mogłabym, ale jest niepoprawny merytorycznie, bo nie jesteśmy w Kampinosie (miejscowość), tylko w Kampinoskim Parku Narodowym.
Zmierzałyśmy przez las na Górę Ojca.
– Odpukać, ale póki co tu nie ma komarów – zauważyłam.
– Tu jest taki inny las, inaczej wygląda.
– Ale też pachnie ciekawie.
Góra Ojca była punktem, gdzie łączyły się szlaki czerwony z niebieskim. Zobaczyłyśmy tam nie tylko tablicę, ale też dwóch panów z chłopcem, co w kontekście tej nazwy wydało mi się ciekawe. Zrobili sobie męską wyprawę i minęłyśmy ich jeszcze ze dwa razy tego dnia. Według mapy w tym miejscu powinna być wieża widokowa, ale zanim ją zauważyłyśmy, koleżanka pobiegła sfotografować wydmę, a ja do niej dołączyłam.
– Fotografujemy wydmy, jakbyśmy nigdy u siebie wydm nie widziały – zaśmiałam się.
– Tak, ale tu są w takim miejscu, że nikt by się nie spodziewał – odbiła piłeczkę moja towarzyszka.
Dalej rzeczywiście mieściła się wieża, ale był na nią zakaz wstępu. Naprzeciw wypatrzyłyśmy krzyż oraz ławkę, na której zrobiłyśmy sobie krótką sesję fotograficzną. Ostatecznie wróciłyśmy do miejsca, gdzie rozpoczęłyśmy naszą przygodę z czerwonym szlakiem i podążałyśmy w przeciwną stronę niż dotychczas.






Wykorzystałam cudny fragment lasu z mniejszą liczbą komarów i moment bez innych turystów na nagranie pogadanki na swój kanał na Youtube. Kawałek dalej natknęłyśmy się znów na męski team, a panowie widząc nas z mapą, zapytali, którędy biegnie czerwony szlak. I zmierzali nim chyba dalej, podczas gdy my odbiłyśmy w prawo w ścieżkę edukacyjną. Nazywała się „Wokół Opalenia” i miała się składać z dziewiętnastu tablic, przy czym my natknęłyśmy się najpierw na numer 8. Dalej numery malały, ale nim na horyzoncie ukazała się kolejna z tablic, zatrzymałam się, aby sfotografować widok jak przy drodze na Górę Donas w Gdyni. Koleżanka zerknęła, co przykuło moją uwagę i choć nie odezwałam się ani słowem, wypowiedziała na głos moje myśli:
– To wygląda jakby się na Górę Donas szło.
Pomiędzy kolejnymi tablicami dostrzegłyśmy w trawie jaszczurkę, ale na nasze zatrzymanie się zareagowała ucieczką, więc nie udało nam się zrobić fajnych zdjęć. Jednocześnie ucieszyłyśmy się, że w ogóle podczas naszych wędrówek zaobserwowałyśmy przedstawiciela wyższej fauny, bo poza owadami często w parkach narodowych nie widziałam wiele więcej, a nie chciałabym mieć tu bliskiego spotkania z łosiem. Widziałam je zresztą na żywo podczas wyjazdu do Białowieży.
Kawałek dalej natrafiłyśmy zresztą na raj nie tylko dla fauny bezkręgowcowej, ale i dla nas. Zaczęło się od kładki, która ku naszemu zaskoczeniu okazała się kilkusetmetrowa! Tablice zlokalizowane przy niej miały odrębną numerację. Zrobiłyśmy sobie tu multum zdjęć jak wędrujemy, ale i na tle łąki, która nas otaczała z każdej strony. Zafascynowane lokalną roślinnością i motylami, spędziłyśmy tu naprawdę sporo czasu. To byłby raj dla fanów fotografii makro, ale i nam włączył się instynkt fotografa. Powiedziałabym wręcz, że zaczęłam kombinować bardziej artystycznie i rozsiadłam się na kładce, by robić zdjęcia „od dołu” oraz z poziomu kładki właśnie. Naszą uwagę przykuły także samoloty latające w parze. Nie zabrakło i zdjęcia z mapą w kadrze, przy którym poprosiłam swoją towarzyszkę, żeby zrobiła mi zdjęcie jak robię zdjęcie 😉









Po zejściu z kładki zmierzałyśmy do miejsca, gdzie ścieżka edukacyjna ponownie łączyła się z czerwonym szlakiem. Minęłyśmy przy tym dół z podwyższeniem pośrodku obrośniętym drzewami. Momentalnie skojarzyło mi się to z jeziorem albo ze stawami na Potoku Oliwskim. Sugerując się mapą, uznałyśmy, że musiało być to Jezioro Opaleń wraz z wyspą pośrodku, ale prawdopodobnie wyschło.
Na czerwonym szlaku ruszyłyśmy w prawo, po czym parę minut później skręcił łukowato w lewo. Wyszłyśmy na skrzyżowaniu z żółtym szlakiem, gdzie widząc ławeczkę i malowniczo ułożone kłody drewna, postanowiłyśmy zrobić sobie dłuższą przerwę regeneracyjną. Wędrowałyśmy od trzech godzin, więc najzwyczajniej w świecie zgłodniałyśmy. Minęło nas w tym czasie kilka grup rowerzystów.





Wędrując żółtym szlakiem, dotarłyśmy do pomnika poległych w 1944 roku. Ten punkt stanowił jeden kraniec ścieżki edukacyjnej (jej początek). Naprzeciwko był szlaban i kolejny odcinek czerwonego szlaku. Droga wiodła wzdłuż Polany Opaleń. Widać było, że jest to chętnie wybierane miejsce rekreacji. Ludzie zajmowali licznie ustawione wiaty, piknikowali, opalali się.
– Co to jest za studnia? – myślałam na głos.
Podeszłyśmy bliżej, bo obok stała tabliczka. Okazało się, że ów obiekt był popielnikiem. Czytałam wcześniej, że są tu wyznaczone miejsca na ogniska, które można organizować za zgodą dyrekcji Parku.
Przy najbliższym drogowskazie odbiłyśmy w lewo, tak jak wiódł czerwony szlak, ale przy kolejnym skrzyżowaniu ścieżek nie kontynuowałyśmy przemarszu nim. Zależało nam, by obejrzeć ścieżkę edukacyjną w pełni, zatem do odwiedzenia zostały nam tablice od dwunastki do dziewiątki. Wkrótce znalazłyśmy rzeczywiście pierwszą z nich. Ten odcinek lasu był również malowniczy, co skończyło się wieloma kadrami ze środka lasu. Ciepłe kolory, cienkie pnie drzew i rozsypane wokół szyszki bardzo przypadły mi do gustu. Na naszej trasie znalazł się też odcinek, gdzie roiło się od mrówek. Okazało się, że tablica w tej części też dotyczyła mrowiska.







Ostatecznie wyszłyśmy przy tablicy z numerem ósmym, gdzie już byłyśmy. Przed skrętem w prawo w czerwony szlak, by wrócić do Lasek, planowałam sfotografować skrzyżowanie, ale opuściłam telefon, bo przechodził przez nie akurat podpity pan:
– Nie nagrywajcie mnie, bo potem wyląduję na jakimś Youtubie.
Odczekałam, aż przeszedł, by zrobić zdjęcie i szybko ucięłam rozpoczętą dyskusję, śmiejąc się do koleżanki:
– Nie chciałabym mieć pana na swoim Youtubie. Mam ciekawsze rzeczy.
Dyskusję z rozbawieniem obserwowali dwaj młodzi mężczyźni, odpoczywający pod wiatą. Początkowo wydawali się mili, ale potem zarzucili typowo seksistowskim żartem:
– Nie dziwię się wcale, że przy nas nie stanął. A przy kobiecie zawsze stanie.
Hm, pan miał miłą buzię i krzyżyk na szyi, więc nie spodziewałam się po nim tak wulgarnej wypowiedzi, zwłaszcza, że wcześniej wypowiadał się zupełnie normalnie.
Dalsza droga powrotna minęła nam już bez przygód. Dopiero w Laskach moją uwagę zwróciła posesja z inicjałami widocznymi w furtce i bramie.

Odetchnęłyśmy chwilę w miejscu noclegu i wypisałam do końca pocztówki, po czym wyszłyśmy na obiad. Najpierw odwiedziłyśmy Cmentarz Wojenny na granicy z Izabelinem. Pochowano tu żołnierzy poległych głównie w okresie 1939-1944, ale znalazłam też mogiłę wojskowego, który zmarł później, ale widocznie brał udział w walkach podczas II wojny światowej. Dominowali polegli w 1939 roku, a cmentarz ogólnie był mniej zadbany niż palmirski. Na grobach i między nimi rosło sporo chwastów i samosiejek. Z drugiej strony cześć murowana – brama i pomnik na drugim krańcu nekropolii, były bardzo spójne w formie.
Dalej ruszyłyśmy ulicą Szymanowskiego. Poszłyśmy nią za daleko i okazało się, że w tej sposób odwiedziłyśmy Klaudyn. Cofnęłyśmy się do ulicy Jana Kazimierza i dotarłyśmy nią na ulicę Sienkiewicza, gdzie mieściła się docelowa pizzeria. Po posileniu się ostatnim akcentem tego dnia było wrzucenie pocztówek do skrzynki nieopodal naszej kwatery. Tam rozpoczęłyśmy żmudny proces pakowania, by nie zostawiać wszystkiego na rano.




Ostatni poranek spędziłyśmy na leniuszka, bo obudziłyśmy się wcześniej niż planowałyśmy. Przy śniadaniu do herbaty dostałyśmy saszetki z cukrem, które opatrzono różnymi napisami, z których ułożyłyśmy dialog:
– Dobrze się bawisz?
– Bardzo tu miło. Świetny pomysł.
– Nie mówię nie.
Później poszłam na mszę do kościoła, który mijałyśmy pierwszego dnia. Nawet udało mi się pójść tu do spowiedzi do młodego, zabawnego księdza, który miał spore gabaryty i głowa delikatnie wystawała mu z konfesjonału. Mówiąc, jaką modlitwę mam odmówić w ramach pokuty, dodał na koniec „dobra?”, a na pożegnanie życzył mi dobrego tygodnia.
Nieomal udało mi się zapakować tylko w plecak, bo w siatce miałam tak naprawdę resztki prowiantu i kilka drobiazgów, które chciałam mieć tego dnia pod ręką. Wyszłyśmy na przystanek i została nam jeszcze chwila, którą wykorzystałam na selfie z tablicą „Laski” i drobną przekąskę. Autobus jechał dłużej niż poprzednio, bo miał zmienioną trasę. Wsiadłyśmy następnie na Metro Młociny i tutaj też czekał nas dłuższy odcinek. Zaciekawił mnie po drodze przystanek Plac Wilsona, znany też zresztą z klasycznej wersji gry Monopoly.
– Muszę sprawdzić, kim był ten Wilson – stwierdziłam i pstryknęłam fotkę, by o tym pamiętać.
Okazało się, że chodziło o byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych.


Na przystanku Świętokrzyska przesiadłyśmy się na drugą linię metra i wysiadłyśmy na przystanku Centrum Nauki Kopernik. W Warszawie miałyśmy spędzić raptem kilka godzin, w tym obiad, nie chciałyśmy zatem na łapu capu zwiedzać muzeów. Natomiast dzięki pierwszej kilkudniowej wizycie w 2013 roku i co najmniej sześciu (tylu się doliczyłam na szybko) weekendowych wyjazdach, poznałam już dość dobrze główne atrakcje Warszawy. Zaproponowałam, by wykorzystać ładną pogodę i posiedzieć na bulwarze nad Wisłą. Obok stał pomnik warszawskiej syrenki i postawiłam sobie za punkt honoru zrobić tutaj koleżance zdjęcie, skoro gościła w Warszawie pierwszy raz.
Początkowo rzeczywiście cieszyłyśmy się słońcem, a bulwar okazał się przyjemnym miejscem na pogaduszki i krótką sesję zdjęciową. Nadszedł jednak moment, gdy upał zaczął nam doskwierać, a jeszcze bardziej głód. Miejsce, w którym mogłybyśmy zjeść obiad, miałyśmy wyszukane również na Powiślu. Padło na naleśnikarnię przy ulicy Dobrej, Crepe Cafe. Szczerze mogę ich polecić. Z menu wybrałam sytego naleśnika z serem, indykiem i pieczarkami, a świeżo wyciskany sok z marchwi, jabłka i pomarańczy, przypomniał mi dzieciństwo, gdy mieliśmy własną sokowirówkę. Szczególnie smak świeżej marchwi jest jak dla mnie niesamowity 🙂






Przerwa obiadowa zajęła nam znacząco mniej czasu niż zakładałyśmy i zostały nam jeszcze dwie godziny do pociągu powrotnego. Przyjrzałam się mapie, co mamy sensownego, a jednocześnie niezbyt czasochłonnego, w okolicy. Zdecydowałyśmy się na spacer do Ogrodu Saskiego, a potem stamtąd na dworzec Warszawa Centralna. Miałyśmy co prawda bilety w zanadrzu, ale uznałyśmy, że po drodze też można co nieco zobaczyć, a czasu mamy aż nadto.
Po drodze rzeczywiście naszą uwagę zwróciło mnóstwo detali, od architektonicznych, przez napisy i malunki na murach po tablice z nazwami ulic. Udało się nam przejść Krakowskim Przedmieściem, obejrzeć z zewnątrz kilka kościołów i pałaców oraz dostrzec pomniki m. in. Kopernika, kardynała Wyszyńskiego i prezydenta Kaczyńskiego. Byłyśmy także przy Grobie Nieznanego Żołnierza, gdzie na warcie stało dwóch żołnierzy.
W Ogrodzie Saskim przyszedł czas na relaks. Zdjęłyśmy plecaki, by dać plecom odpocząć. Zrobiłyśmy zdjęcia fontanny (?) oraz kilku z kilkunastu umieszczonych tam rzeźb takich jak np. Geografia (tu pozowała moja towarzyszka), Medycyna (tu pozowałam ja), Astronomia, Wenus czy Chwała.






Wyszłyśmy po drugiej stronie parku i skierowałyśmy się w stronę metra, choć tym razem nie planowałyśmy nim jechać. Dodatkowym drogowskazem stał się w pewnym momencie Pałac Kultury i Nauki. Pamiętałam, że z jednej jego strony mieścił się dworzec kolejowy. Obeszłyśmy budynek, przypatrując się jego architekturze, a także przylegającym budynkom teatrów. W pamięć zapadł mi już po pierwszej wizycie ślad na ziemi po granicy getta. Tym razem zwróciłam też uwagę na dość futurystyczne kształty wieżowców w najbliższym otoczeniu dworca, a gdy fotografowałam ten ostatni, w kadr złapało się też auto typu żuk i koleżanka zauważyła, że kierowca się uśmiechnął, mając tego świadomość.


Droga upłynęła nam bez przygód, choć po sąsiedzku mieliśmy wygadaną dwójkę pasażerów, a z ich rozmowy mógłby powstać scenariusz na klasyczny tasiemiec. Mniej więcej od Iławy widziałyśmy jak niebo ciemnieje, w okolicy Malborka faktycznie padało, ale na szczęście w Trójmieście wypadało się przed naszym powrotem. Z jednej strony miałam poczucie, że cudnie znów być w Gdańsku, ale z tyłu głowy zbierałam już pomysły na kolejny park narodowy!
