Kampinoski Park Narodowy – na szlaku palmirskim

Tym razem mogłyśmy zagospodarować na wędrówkę choćby i cały dzień. Dlatego drugiego dnia wyjazdu na celowniku znalazł się szlak palmirski. Nie wyobrażałam sobie być w Kampinoskim Parku Narodowym i ominąć to miejsce o historycznym znaczeniu. Jednocześnie musiałyśmy kawałek podjechać od naszej bazy wypadowej z Lasek do Truskawia.

Rano dostałyśmy na śniadanie solidną porcję jajecznicy i w sumie zjadłyśmy też kanapki. Chleb był przepyszny, skojarzył mi się ze smakiem chleba litewskiego i tym chętniej go zjadłam. Zresztą, wiedziałyśmy, że tego dnia przyda nam się dużo energii 😉 I rzeczywiście, śniadanie zjedzone około ósmej trzymało nas aż do czternastej. W przelocie pochrupałam sobie tylko kilka ciasteczek, ale bardziej dla smaku niż faktycznie z głodu.

Wsiadłyśmy w autobus 210 i wysiadłyśmy na pętli końcowej w Truskawiu. Już tam rozbudziła się nasza ciekawość. Przy pomniku walczących i poległych w II wojnie światowej zaczęłam odczytywać na głos treść tablicy i zorientowałam się w pewnym momencie, że koleżanka robiła mi zdjęcie od tyłu. Dodatkowo na tej wyspie między drogami stały też ławki, w dość dużych odległościach od siebie, przez co nawiązałam do obecnej sytuacji epidemiologicznej (koronawirus):

– To są „koronowe” ławki, bo stoją co najmniej 2 metry od siebie (…). O, jeszcze sobie pętelkę sfotografuję.

Weszłyśmy na niebieski szlak. Tablica sugerowała, że do celu czekają nas 4 km wędrówki. Uznałam, że w normalnych okolicznościach pewnie się idzie ze 40 minut, natomiast spodziewałam się, że nam zejdzie co najmniej godzina, ponieważ robiłyśmy zdjęcia.

Na swojej drodze natrafiłyśmy na krzyż, a niedługo później tablicę informacyjną i mapę Parku, gdzie zrealizowałyśmy krótką (komary!) sesję fotograficzną. Sama droga na tym odcinku wyglądała ciekawie, bo była brukowana i światło dodatkowo podkreślało kształty kamieni. Wkrótce dotarłyśmy do pomnika zwanego Krzyżem Jerzyków. Były to oddziały młodzieży studenckiej i harcerskiej, podległe Armii Krajowej. W głębi dało się dostrzec symbol Polski Walczącej.

Nawet pomimo tego, że długi czas szłyśmy po prostu ubitą drogą, to intrygowało nas wszystko, drzewa, owady, zapach igliwia. Koleżanka zatrzymała się w pewnym miejscu dość niespodziewanie, dlatego zapytałam ją:

– Co fotografujesz?

– Robię las. W sumie tu nie ma nic innego.

Było. Komary. Całe zatrzęsienie. Wypryskałyśmy się antyowadzimi preparatami, ale i tak uparciuchy do nas lgnęły. Początkowo fruwały i zawracały, jednak później zaczęły nas kłuć. Jeden z nich wręcz przysiadł mi na przedramieniu i tak kurczowo się trzymał, że zdmuchnięcie nic nie dało, dopiero strącenie go dłonią. Momentalnie wokół wkłucia zaczął rosnąć duży bąbel, coś jak ślad przy testach alergicznych, dlatego zastanawiałam się, czy owad nie siedział wcześniej w jakichś uczulających mnie roślinach. Spory odcinek pokonałam wtedy z mapą służącą mi do odganiania ich.

– Nie bij się Marta – zasugerowała moja towarzyszka.

– Samobiczowanie – uznałam.

Od pewnego czasu nie spisywałam dialogów na papierze (dopiero w domu), więc postanowiłam opowiedzieć tę historię do dyktafonu. Moje spisywanie sprawiło, że aż się popłakałyśmy ze śmiechu. „Dziabał mnie komar tak chamsko i otrzepywałam się mapą, żeby mnie nie zjadły do reszty…” 😉

Przeszłyśmy przy Obszarze Ochrony Ścisłej Sieraków. Tablica informowała, że Gmina Czosnów wita. A koleżanka wypatrzyła ciekawe pnie i zawołała:

– Tu jak ładnie!

– O, jakie ładnie omszone – przyznałam jej rację i przykucnęłam, by też zrobić zdjęcie. – Chwilę przed pożarciem.

Zauważyłyśmy jednak pewną zależność. Przy szerszych i dobrze nasłonecznionych drogach (np. mniej zasłoniętych koronami drzew, te też fotografowałyśmy) komarów było jakby mniej. Zrobiłam też zdjęcia spójne z nazwą mojego bloga, stopy pośród kamieni na drodze, a ręka na mapie.

Wkrótce dotarłyśmy do kolejnego miejsca historycznego – Palmirskiej Polany Śmierci, gdzie znajdowały się symboliczne mogiły rozstrzelanych w listopadzie 1939 roku więźniów Pawiaka. Kawałek dalej wyszłyśmy już na czerwonym szlaku i odbiłyśmy delikatnie w prawo, by zorientować się, że właściwie jesteśmy u celu.

Choć na naszej trasie nie minęłyśmy do tej pory właściwie żadnego wędrowca, na tutejszym parkingu stało kilka czy kilkanaście aut. Tymczasem my podeszłyśmy do mapy naprzeciw wjazdu, gdzie chwyciłam ciasteczka, a koleżanka fotografowała drobny zbiornik wodny obok – można powiedzieć, że było to spójne z jej zainteresowaniami przyrodniczymi.

A skoro już o przyrodzie mowa, moje serce w tamtej chwili skradł latolistek cytrynek, który latał wokół cykorii, aż wreszcie na niej przysiadł. Byłam wniebowzięta, gdy na nasze delikatne zbliżanie się motyl właściwie nie reagował i udało mi się zrobić mu zdjęcie z 30, może 40 cm.

Wówczas przeszłyśmy przez parking, z krótkim przystankiem na zdjęcie bagna w wykonaniu mojej towarzyszki, skomentowane następująco:

– Widzę bagno, to idę.

Chociaż spodziewałam się tu cmentarza, zobaczyłam także muzeum. Jakoś z góry założyłam, że pewnie w epidemii będzie zamknięte (byłyśmy od tyłu), więc podeszłam najpierw do tablicy. Była to pierwsza z serii tablic należących do ścieżki edukacyjnej „Wokół Palmir”. Trasa miała 1,7 km, a dodatkowo obejmowała jeden z punktów, który i tak chciałam zobaczyć (Kamień Orlika), więc postanowiłyśmy się nią przespacerować.

Uwagę mojej towarzyszki przyciągnęło znów bagno, pokryte pałkami, więc przyznać trzeba, że malownicze. Zauważyłam natomiast:

– Punkt drugi ścieżki to „Bagno”, więc pewnie będzie na nie dobry widok.

Rzeczywiście, było bardziej odsłonięte w pobliżu tablicy. Kawałek za nią po naszej prawej widniał kolejny zbiornik wodny:

– Tu masz jeszcze wodę – podpowiedziałam mojej towarzyszce.

– Jest zielona.

– Tak, ale to woda.

– Zauważyłaś, że tu jest mniej komarów? Może siedzą w tym bagnie.

– Za to jest więcej mrówek. Może się podzieliły niszami.

Miałyśmy pod nogami piasek i zbliżałyśmy się do tablicy z hasłem „Wydma”. Kolejną tablicę opatrzono numerem piątym i opisywała dawny nasyp kolejowy. Na tej krzyżówce ścieżek mogłyśmy skręcić w lewo do czwórki lub w prawo do szóstki. Zachowałyśmy kolejność, zaczynając od wspominanego już Kamienia Orlika. Na tym odcinku minęła nas rodzinka z córką i młodszymi bliźniakami, z czego jeden spokojnie siedział w wózku, a drugi biegał, machał nam i się cieszył, gdy nas wyprzedził, bo przystanęłyśmy zrobić zdjęcie tablicy. Spotkaliśmy Państwa jeszcze później i mały Antek (bo tak miał na imię maluch) dreptał, nic sobie nie robiąc z wędrujących mu po buzi komarów.

Tablica przy Kamieniu Orlika pełna była skrótów, jakby chciano na niej zmieścić jak najwięcej tekstu. Część udało mi się rozszyfrować, ale jednak nie znałam tak dogłębnie terminologii wojskowej. Po sfotografowaniu obiektu zawróciłyśmy. Punkt szósty dotyczył przyrody i znalazłam tam kawałek kory z migoczącą kroplą żywicy. Ładnie to wyglądało. Siódemka prezentowała wiatrołomy i opisywała, jak próbowano uzupełnić leśne luki nasadzeniami. Dalej robiło się już coraz bardziej podniośle. Byłyśmy na miejscu straceń, które upamiętniały krzyże. Zbliżałyśmy się również do cmentarza.

Cmentarz palmirski stanowił miejsce, na którym mi szczególnie zależało, choć wizyta była poruszająca. Bardzo chciałam odnaleźć mogiłę Kusocińskiego – tuż przed wyjazdem, podczas pisania o Żabiance, znalazłam informację, że rozstrzelano go w tutejszych lasach i spoczywa właśnie tutaj. Z ogromną determinacją spacerowałyśmy alejka po alejce. Naprawdę przeszłyśmy cały cmentarz. Szukałam, czy kojarzę inne nazwiska, ale tak nie było. Widziałyśmy nagrobki Żydów i katolików. Patrzyłam ze zdumieniem, że w Palmirach, Laskach i kilku pobliskich miejscowościach rozstrzelano także kobiety, studentów i uczniów. Z jednej strony byli tu przedstawiciele inteligencji i ich obecność, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, mnie nie dziwiła. Hitlerowcy uderzali przecież w pierwszej kolejności w tych, którzy najbardziej mogli w ich mniemaniu krzewić polskość i polskie wartości. Na cmentarzu spoczywał także ksiądz (dopatrzyłyśmy się jednego, ale w innych źródłach znalazłam informację o czterech) i kilku artystów oraz sportowców (nie tylko Kusociński). Natomiast widząc bardziej pospolite zawody, miałam w głowie myśl, czemu taki/a „………” wadził Niemcom. Być może część z nich działała w konspiracji, a może wystarczyło, że byli Polakami. Uświadomienie sobie, że ta część historii, tak nieludzka, wydarzyła się tak niedawno, było przerażające.

Podczas tej wędrówki pomiędzy mogiłami, dopatrzyłyśmy się kilku bardziej zadbanych grobów i miałam takie poczucie, że cieszy mnie, że cmentarz jest taki zadbany. Pomiędzy roślinność wbiegła nagle jaszczurka i to trochę przełamało naszą powagę. Gdy dotarłyśmy rzeczywiście do mogiły Kusocińskiego, zauważyłyśmy nawet półżartobliwym tonem, że znacząco się wyróżnia i nie da się jej przegapić. Takie „inne” groby były jeszcze dwa – działacza PPS Mieczysława Niedziałkowskiego oraz marszałka sejmu RP – Macieja Rataja. Nad cmentarzem górowały trzy białe krzyże oraz polska flaga.

Przeszłyśmy przez bramę cmentarza od strony muzeum i przeczytałyśmy także umieszczone tu tablice. Okazało się, że i samo muzeum można zwiedzać, więc postanowiłyśmy wejść do środka. Przedstawiono w nim lokalizację miejsc straceń – zarówno na mapie, jak i w postaci kolistych przestrzeni z prawdziwymi drzewami i nazwami miejsc na kamieniach. Dalej prezentowano rolę Puszczy Kampinoskiej także w powstaniu styczniowym, dopiero później przechodząc do okresu II wojny światowej. Wystawa ukazywała losy Polaków w obliczu terroru okupanta oraz konkretniej tajne egzekucje z lat 1939-1943. W gablotach mieściły się m. in. przedmioty, dzięki którym zidentyfikowano część ofiar. Niektóre postaci były przedstawione bardziej szczegółowo – zdarzało się, że ginęło kilku członków rodziny. Na ścianę rzucono film o tym, jak hitlerowcy prowadzili Polaków z zasłoniętymi oczami na egzekucję, jak szykowali broń, jak przywiązywali ich do poziomej belki. Gdy usłyszałam pierwsze strzały i zobaczyłam pierwszą osobę słaniającą się na nogach, poczułam, że nie chcę tego oglądać dalej. W dalszej części ekspozycji z głośników wydobywały się nazwiska ofiar. Spisano je również na dwóch listach: zidentyfikowanych i niezidentyfikowanych, ale o znanych nazwiskach (odpowiednio 577 i 485). Dało się zauważyć, że mogił osób NN też było całe mnóstwo. Razem na cmentarzu palmirskim spoczywało 2115 ludzi. Tożsamość niektórych z nich pozostaje do dziś nieznana.

Odwiedzenie takiego miejsca wzrusza, wycisza, uświadamia, jak delikatna jest granica między poszanowaniem odrębności a nienawiścią i jak wiele ofiar niesie wojna – przecież lokalna historia to tylko wycinek tej szerszej.

Po tak intensywnym, także emocjonalnie, etapie podróży, przyszedł czas na odpoczynek i regenerację. Posiliłyśmy się na pobliskich ławkach, po czym wróciłyśmy na czerwony szlak i poszłyśmy w prawo. Wydmowo-leśny krajobraz mógł się kojarzyć z Pomorzem. Natomiast jedna z wędrujących pań powiedziała nam dzień dobry jak turyści górscy mają w zwyczaju.

– O, nawet pod górkę będzie – zauważyła koleżanka. – A tak było płasko, co?

Natrafiłyśmy też na coś na kształt bunkra, który z ciekawością obeszłam dookoła, nie znajdując jednak żadnego wejścia, był tylko otwarty z góry.

Dotarłyśmy do punktu zwanego Karczmiskiem. Spojrzałyśmy na mapę, by podjąć decyzję, jak dalej iść. Początkowo zakładałam, że czerwonym szlakiem skierujemy się na cmentarz partyzancki i wrócimy do Truskawia żółtym szlakiem. Spojrzałyśmy jednak na kilometry, jakie sugerowała do przejścia mapa i uznałyśmy, że na ten dzień to już dla nas za dużo. Nie przewidywałyśmy, że tak bardzo wciągną nas cmentarz palmirski i przyległe muzeum. Zdecydowałyśmy zatem, że idziemy zielonym szlakiem i gdy połączy się z żółtym, to ostatecznie żółtym wrócimy do Truskawia.

Po drodze natrafiłyśmy na kolejne wiatrołomy, a kawałek dalej w poprzek drogi leżała kłoda. Choć właściwie była kilkadziesiąt metrów nad poziomem gruntu, więc słowo „leżała” nie jest w stu procentach adekwatne. W każdym razie zdecydowałam się przejść ponad nią i przy tej okazji prawie „zderzyłam się” z ważką, która leciała na wprost, jakby żadna przeszkoda nie była jej straszna 😉

Na skrzyżowaniu szlaków znajdowała się mogiła powstańców z 1863 roku. Oprócz samej, dość sporej, mogiły z orłem i krzyżem, nieopodal ustawiono jeszcze dwa głazy pamiątkowe. Zaciekawiło mnie, że „słup” pod krzyżem miał kolce.

– Teraz idziemy zielono-żółtym… – zaczęłam swoją wypowiedź.

– Dokładnie – odparła koleżanka i wskazała mi oznaczenie na drzewie, które było dokładnie na wprost, gdy tylko podniosłam głowę znad mapy.

Minęłyśmy nadrzewną kapliczkę oraz kilka podmokłych obszarów. Niektóre aż się prosiły o zdjęcia, ale robiłyśmy je w pośpiechu, bo komary w takim miejscu kłuły na potęgę. Szlaki rozdzielały się przy polanie.

– Wiata – zauważyła moja towarzyszka.

– Nawet dwie – odparłam. – Bo to jest polana. Zaraz Ci powiem jaka – zerknęłam na mapę. – Polana Zaborów.

– Dobrze.

Tę samą nazwę nosił pobliski Obszar Ochrony Ścisłej. Ostatni odcinek przeszłyśmy bez większych przygód, po czym znalazłyśmy się w Truskawiu.

Na kwaterę wróciłyśmy dość zmęczone, a ze względu na wysoką temperaturę bardzo chciało mi się pić – miałam ze sobą dwie butelki wody i pierwszą dopiłam jeszcze na przystanku, napoczynając przy tym drugą. Trochę tak mam, że na trasie uzupełniam płyny na spokojnie, ale na koniec to bym mogła wypić i trzy szklanki wody 😉

Po powrocie się wykąpałyśmy i na obiad zeszłyśmy piętro niżej 😉 Zjadłam fajne zielone pierożki z serem i szpinakiem. Po powrocie zrobiłyśmy przegląd naszego ekwipunku i usłyszałam od koleżanki:

– Jutro muszę zjeść więcej batoników.

– To brzmi jak zdrowa dieta – zaśmiałam się.

Po wyprawie tego dnia byłam zadowolona, że wzięłam też żel na ukłucia komarów, bo miałam tych śladów całkiem sporo. Swoją prawą nogę porównałabym do rozoranego pola, tyle miałam „górek”. W jednym miejscu aż nabawiłam się siniaka. Zdecydowanie te owady lubiły mnie, bez wzajemności, ale nie wiedzieć czemu bardziej ucierpiała prawa strona, lewe ręka i noga miały raptem z 3-4 ślady.

Wykorzystując spokojniejszy wieczór, wypisałam też prywatne pocztówki (konkursowe z bloga zostawiłam na kolejny dzień, po zakończeniu konkursu), w niemal każdej na różne sposoby podkreślając obecność komarów. Postanowiłyśmy też wysłać jedną pocztówkę do naszej wspólnej koleżanki. Zastanawiałyśmy się, co napisać i moja towarzyszka uznała:

– To Ty masz zawsze pomysły.

– Jak mnie natchnie to tak – powiedziałam, oddając się zamyśleniu.

Po chwili jednak rzeczywiście mnie natchnęło, co koleżanka skwitowała krótkim:

– Mówiłam.

Postanowiłyśmy odrysować łosia z pocztówki i wokół rozpisać hasła, które się nam kojarzyły z naszą wyprawą (komary, zapach igliwia, łoś, ryś i bóbr, dużo zdjęć, nocleg na zamku, mili ludzie i panowie dżentelmeni, cmentarz palmirski) i dopisać na dole fantazyjnie urozmaicone hasło „Pozdrawiamy”, po czym się podpisałyśmy. Tak oryginalnej pocztówki jeszcze nie wysyłałam 😉 A w sumie z konkursowymi trzema było ich dwanaście. Taki spokojny wieczór pozwolił nabrać sił na kolejny, choć już nie tak wymagający dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *