Kampinoski Park Narodowy – z dużego miasta do okolic Izabelina

Och, jakże cieszyłam się na ten wyjazd! Długo Kampinoski Park Narodowy musiał na mnie czekać, bo planowałam tam jechać na przełomie maja i czerwca, tymczasem udało się dopiero pod koniec lipca przez różne zawirowania, głównie zawodowe i panującą w Polsce od marca epidemię. Od czerwca naprawdę kołatało mi się w głowie hasło „restart potrzebny od zaraz”. Jakkolwiek zwiedzanie Gdańska, by zebrać materiał do książki, dawało mi mnóstwo satysfakcji i ogromne pokłady radości, to pomyślałam, że zmiana otoczenia dobrze mi zrobi. Poza tym był to debiutancki wspólny wyjazd z jedną z moich ulubionych koleżanek 🙂 Nie wiem, dlaczego wcześniej nie wpadłyśmy na pomysł wakacji w swoim towarzystwie!

Oczywiście wybór rzeczy do zabrania z checklistą u boku nie sprawiał wielkich trudności, natomiast redukcja bagażu (szczególnie ubrań) tak, aby zmieścić się w jeden górski plecak – stałego kompana wypraw parkowych, to już nie było tak proste. Ostatecznie prowiant spakowałam osobno. Z ciekawością znów zważyłam swój bagaż – wyszło 10,4 kg. I tak czuję się w tym coraz lepsza 😉

Pociąg odjeżdżał z Gdańska Oliwy po siódmej rano. Na peronie zobaczyłam chłopca, może dziesięcioletniego, który wraz z rodziną wsiadał do jakiegoś wcześniejszego pociągu i nawet po drodze fotografował. Zaśmiałam się:

– Młodociana, męska wersja Marty.

Gdy pociąg ruszył, zawołałam „pa, pa, Gdańsku”, a minąwszy Wisłę w Tczewie „pa, pa Wisło” 🙂

W Pendolino rozdawali opcjonalnie wodę i maseczkę (w cenie biletu) i jedna z podróżujących pań była bardzo zawiedziona, że już nie dają herbaty i kawy. Młody konduktor sprawdzał nam bilety. Pierwszy raz miałam tylko bilet elektroniczny. Zapytałam zatem:

– Powiększyć?

– Tak poproszę (…). Już wystarczy.

– Jeszcze legitymację poproszę.

– To koleżanka.

– I jeszcze dowód od pani Marty. Pani jest właścicielką biletu i pani decyduje, czy ta pani pojedzie.

– Widzisz, nie możesz podpaść na wycieczce – zażartowałam.

Podróż upłynęła nam spokojnie i po około trzech godzinach, poprzetykanych rozmowami i kadrami z polnymi krajobrazami, dotarłyśmy do Warszawy Centralnej.

– W Warszawie zdaję się na Ciebie – zasugerowała koleżanka.

Gdy tylko wysiadłyśmy, zdecydowanie wskazałam, gdzie idziemy i rzeczywiście przejęłam pałeczkę. Kupiłyśmy bilety, wyszłyśmy z dworca i ruszyłyśmy przed siebie (z paroma kadrami po drodze), bo plan był taki, że jedziemy metrem <3 Jedną stację pokonałyśmy linią M2 z Ronda ONZ na Świętokrzyską i tam przesiadłyśmy się na M1, by pojechać nią do końca na Młociny. Zawsze, gdy jadę metrem, przypomina mi się momentalnie piosenka Taco Hemingwaya „Następna stacja”. Tak było i tym razem, więc nuciłam fragmenty pod nosem. Drugi pociąg podjechał wyraźnie starszy i zaśmiałam się, że to „retro metro”. Ostatni odcinek do Lasek, gdzie był nasz nocleg, pokonałyśmy linią 210.

– Ulica Kasjopei, ooo… – rzuciłam z rozrzewnieniem i zaczęłam obserwować kolejne skrzyżowania. – Perseusza. Księżycowa. Jaka kosmiczna dzielnica!

Wysiadłyśmy w Laskach na przystanku Pocztowa i ruszyłyśmy na wprost ciągiem ulicy 3 Maja. Zakręcała łukowato przy rondzie Wyszyńskiego, gdzie stał kościół pw. Matki Boskiej Królowej Meksyku. Był tam nawet pamiątkowy głaz poświęcony kardynałowi. Sama świątynia była o tej porze zamknięta, ale w przedsionku znalazłyśmy informację o witrażu nad wejściem. Inspirację stanowiło objawienie Matki Boskiej właśnie w Meksyku w XVI wieku.

Wkrótce dotarłyśmy do Restauracji Bartek, gdzie miałyśmy nocleg. Zachwyciły mnie blanki i fakt, że obiekt był ceglany. Zameldowałyśmy się, rozpakowałyśmy bagaże i po chwili oddechu ruszyłyśmy złapać klimat. Bardzo miły pan z obsługi restauracji nawet przytrzymał nam drzwi. Koleżanka zrobiła mi zdjęcie na tle naszej bazy i zawołałam z radości:

– A dzisiaj nocujemy na zamku! 🙂

Naszym celem tego dnia była siedziba Dyrekcji Kampinoskiego Parku Narodowego, gdzie umówiłyśmy się uprzednio telefonicznie na zakup pamiątek. Żeby tam dotrzeć, ruszyłyśmy z hotelu dalszym odcinkiem ulicy 3 Maja i skręciłyśmy w ulicę Partyzantów. Po jednej stronie widziałyśmy mur, na którym namalowano różę. Droga prowadziła do ośrodka dla niewidomych, ale my odbiłyśmy w lewo w las. Już tutaj zaczęłyśmy fotografować, a nawet nagrałam krótki film z szaloną ważką, która latała w niesamowitym tempie od jednego do drugiego krańca ścieżki. Natrafiłyśmy też na fragment ścieżki przyrodniczej Do Leśnego Ogródka Botanicznego, gdzie moją szczególną uwagę przykuł bluszcz Hedera helix, bo sama kiedyś hodowałam go w domu. Rósł wyśmienicie do momentu przeprowadzki i zmarniał w nowym miejscu. Ostatnim ciekawym punktem na czarnym szlaku, którym podążałyśmy, była mogiła powstańców z 1863 roku.

Ostatecznie wyszłyśmy przy ulicy Tetmajera w Izabelinie i zajrzałyśmy do Dyrekcji Kampinoskiego Parku Narodowego. Na ich posesji umieszczono tablice prezentujące widoki ze wszystkich polskich parków narodowych, a także pomnik ku pamięci leśników, którzy padli ofiarą hitlerowskiego terroru. W środku spotkałyśmy się z panią, z którą byłyśmy umówione. Wykazała się wobec nas dużą serdecznością. Przygotowała multum materiałów edukacyjnych – mapy, foldery, książeczki. Dokupiłyśmy jeszcze pocztówki (ja dwa komplety, jeden na pamiątkę, drugi do wysyłania, a także pojedynczą z uroczym bobrem) i nalepki z logo parku. Pani opowiadała nam o parku, zarzuciła paroma odniesieniami do Gdańska, pamiętając, skąd przybywamy i pokazała nam na mapie różne ciekawe punkty. Wiedząc też, że jestem biologiem, zarzuciła nas w swojej opowieści nazwami gatunkowymi, z których kojarzyłam sporo, ale nie wszystkie. Pytała też o entomologów, których znam, gdy temat zszedł na owady. To, co jeszcze mnie urzekło, to naklejone na podłodze różne ślady zwierząt.

Pani wpuściła nas na wystawę, początkowo opowiadając pokrótce o różnorodności siedlisk oraz o aktualnej sytuacji parku, również gatunkowej i serwując parę anegdot, a ostatecznie dając nam czas na samodzielne obejrzenie ekspozycji. Byłam przeszczęśliwa, bo obiecałam sobie, że obejrzę każde z muzeów przyrodniczych. Pani nawet zachęcała nas do fotografowania. Przyznałam, że mam bloga i dałam jej wizytówkę, ale zapowiedziałam, że mam jeszcze tyle materiału, że wpis będzie w przyszłym roku. Gdy opuszczałyśmy muzeum, pani jeszcze pomachała nam z samochodu.

Wystawa Kampinoskiego Parku Narodowego składała się z kilku dioram, przedstawiających mieszkańców różnych siedlisk. Na ekranach dotykowych można było poznać te siedliska przekrojowo – jakie rodzaje wyróżniamy, jakie znajdziemy tam gatunki roślin, zwierząt i grzybów. Przykładowo można było się przyjrzeć wydmom czy lasom bagiennym. Zrobiłyśmy sobie zdjęcia z łosiem i rysiem. Zachwycałam się też bobrem, nieodmiennie od lat zaskakiwały mnie niewielkie rozmiary łasicy i gronostaja. Poznałam nowy gatunek ptaka, jakim był rycyk, a poza tym w gęstwinie w innym miejscu dopatrzyłam się bażanta. Były też stanowiska interaktywne, przy których poznałam między innymi odgłosy borsuka czy łosia oraz mogłam sprawdzić czy rozpoznaję gatunki roślin czy zwierząt na obrazkach. Były też szuflady z piórami i czaszkami. Ekspozycja była nieduża, ale naprawdę ciekawie zaaranżowana.

Po wizycie w siedzibie Parku uznałyśmy, że czas na obiad. Umówiłyśmy się jeszcze przed wyjazdem, że śniadania mamy razem z noclegiem, obiady jemy na mieście i ewentualne inne rzeczy po prostu zabierzemy ze sobą lub dokupimy na miejscu. Uznałyśmy zatem, że w sumie to już pora szukać jakiejś gastronomii. Po drodze zahaczyłyśmy jeszcze pocztę, gdzie kupiłam znaczki i wypatrzyłam skrzynkę na listy, po czym trafiłyśmy do pizzerii z absolutnie świetną obsługą, dzięki której nasz dobry humor miał jeszcze tendencję zwyżkową. Uznałyśmy, że nie zjemy każda całej pizzy, więc zdecydowałyśmy się wziąć jedną na spółę i żeby smakowała nam obu, to dość niewyszukaną. Koleżanka szukała w menu, czy miała ona swoją nazwę i ostatecznie podała składniki, więc kierownik (?) zażartował, że to nie było skomplikowane i „Gutenberg byłby z nas dumny” 😉 Pizzerman posłał nam uśmiech, a gdy przyszło do płacenia (u trzeciej osoby) i zostałyśmy zapytane, czy smakowało, odparłam z uśmiechem, że była wyśmienita, a pizzerman odwzajemnił uśmiech. Naprawdę posiłek był smaczny, a pomyślałam, że będzie mu miło, gdy ktoś doceni jego pracę.

Zauważyłyśmy też, że drogi dla pieszych i dla rowerów często krzyżowały się ze sobą i nastoletni rowerzyści i deskorolkarze gnali przed siebie, nie zwracając uwagi na dwie zamotane tymi meandrami turystki. Potem jednak sytuacja powtórzyła się przy skrzyżowaniu.

– Aż mam ochotę powiedzieć „ta dzisiejsza młodzież”!

– Nie jestem pewna, czy był nieletni – zasugerowała moja towarzyszka.

Kolejny odcinek pokonywałyśmy częściowo z klasyczną mapą, na której świetnie oznaczono szlaki, ale nie podpisano ulic, a częściowo z GPS-em. Miałyśmy iść przez Hornówek do ronda, przy którym mogłybyśmy odbić na Lipków.

– XII Poprzeczna – odczytałam z tablicy i rozejrzałam się. – Idziemy tu? Wygląda ambitnie.

– Tak, idźmy nią – poparła mnie koleżanka i dobrze zrobiłyśmy, bo idąc aż do ronda, musiałybyśmy nadłożyć sporo drogi. Poprzecznych było dużo, ale maleńka ulica między nimi dostała odrębną nazwę.

Po drodze natknęłyśmy się na trawniku po prawej na małego pieska podobnego do yorka. Zachwyciłyśmy się, jaki był piękny, tymczasem on się wysiusiał i zaczął iść za nami. Okazało się, że po prostu szedł na lewą stronę, gdzie przecisnął się między szczeblami bramy.

– Jaki cwaniak – zauważyłam. – Wysikał się u obcych i wrócił do siebie.

Odbiłyśmy ciut w prawo i wypatrywałyśmy układu dróg jak na mapie, czytając po drodze drogowskazy.

– XV Poprzeczna – odczytała koleżanka.

– No to trochę już minęłyśmy.

– Jest ulica Łączna, która łączy wszystkie Poprzeczne.

– Gra słów level ekspert.

Na kolejnej krzyżówce dróg udałyśmy się w stronę Lipkowa, bo widziałam na mapie, że są tam obiekty z 1792 roku. I rzeczywiście. Znalazłyśmy kościół Św. Rocha, dworek i park. Niestety, poza przestrzenią parku, w pozostałych miejscach nie dało się zajrzeć do środka i mogłam jedynie obejrzeć obiekty z zewnątrz, ale i tak było warto – po kursie przewodnickim jeszcze bardziej doceniam starsze obiekty 🙂 Zastanowił nas jednak kościółek (czy raczej kaplica) ustawiony obok. Nazwałam go roboczo blaszakiem, zbudowano go na planie prostokąta i trudno powiedzieć, czy spełniał swoją funkcję na chwilę, czy na dłużej (raczej to drugie). Obok ustawiono też tablice, które przybliżały historię dworu i Lipkowa. Pojawiło się tam też nazwisko Sienkiewicza oraz długoletniego proboszcza parafii – księdza Kurowskiego, ale mnie osobiście bardziej zaintrygował patron ulicy i właściciel dawnego dworu – Paschalis-Jakubowicz.

Po przespacerowaniu się pomiędzy lipkowskimi włościami, ulicą wzdłuż cmentarza ruszyłyśmy w drogę powrotną do Lasek przez Izabelin. Przy entej tabliczce głoszącej, że tu mieści się Kampinoski Park Narodowy, zorientowałyśmy się, że słupki u góry przypominają rogi. W końcu w logo Parku był łoś, więc nic nie znalazło się tu przypadkiem. Kawałek dalej zapozowałam przy jednej z takich tabliczek.

Wyszłyśmy przy kapliczce maryjnej i skręciłyśmy odruchowo w jej stronę, choć nie miałyśmy iść w prawo. Minęłyśmy ptasie graffiti. Dotarłyśmy do sklepu spożywczego, gdzie wstąpiłyśmy na moment i ruszyłyśmy drogą dalej. Zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak, gdy natrafiłyśmy na tabliczki miast. Opuszczałyśmy Izabelin, a miałyśmy przez sobą Klaudyn i Lipków? Jak to? Zerknęłam na mapę i znalazłam miejsce pasujące do naszego położenia. Sprawdziłyśmy, jaki powrót sugeruje nam GPS i cofnęłyśmy się aż do sklepu. Ulicą Podbipięty, a dalej przez las (gdzie słyszałyśmy trzaskający prąd w liniach wysokiego napięcia, ale zrobiłyśmy też parę naprawdę malowniczych zdjęć), wyszłyśmy ostatecznie tam, gdzie chciałyśmy. Minęłyśmy przy tym ciekawe ogłoszenie:

– „Sprzedam Izabelin C”. Ktoś ma rozmach – zaśmiała się moja towarzyszka i nie mogłyśmy powstrzymać śmiechu.

Wkrótce wróciłyśmy do bazy, by nabrać sił na kolejny dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *