Na trzeci spacer po Osowej wybrałam się dwa dni później. Wysiadłam przy Barniewickiej, dzięki czemu, kierując się na południe, niedługo później za połacią zieleni ujrzałam przejazd pod torami. Był to jeden z krańców ulicy Letniskowej. Naprzeciw niej biegła Biwakowa. Skręciłam w ulicę Pegaza, a następnie odwiedziłam ulice Minerwy i Chirona, by na moment zajrzeć do parku poznanego na pierwszym spacerze. Minęłam przy wejściu panią z małą córeczką. Pani otworzyła bramkę, wyszły, po czym weszłam ja, a mała za mną zamykała.
– Co, sama zamkniesz? – zapytałam. – Dziękuję – posłałam dziewczynce uśmiech.
Mała na mnie popatrzyła. Zrobiłam jej papa i pomachałam. Dziewczynka odmachała.
– Odmachałaś pani – powiedziała do niej mama.
Mama chciała już iść, ale mała jeszcze do jednego odmachania stała przy bramce i dopiero wtedy dobiegła do mamy. Tymczasem ja niedługo później ruszyłam w dalszą trasę następnym odcinkiem ulicy Chirona, podziwiając po drodze kwitnącą roślinność.







Dostrzegłam też część bryły kościoła pw. Chrystusa Zbawiciela, pod który podeszłam chwilę później. Świątynię poprzedzał spory betonowy plac. W przeciwieństwie do kościoła widzianego podczas poprzedniego spaceru, tym razem udało mi się wejść do środka i byłam naprawdę zachwycona. Chyba tylko pracujący naokoło panowie byli zdziwieni moją obecnością. Z plecaczkiem i czapką z daszkiem wyglądałam dosyć… turystycznie. Wewnątrz moją uwagę zwracały witraże i rzeźby. Znalazłam też tablicę upamiętniającą pierwszego proboszcza. Ciekawa wydała mi się także płaskorzeźba w ołtarzu, prezentująca ostatnią wieczerzę. Świątynia była dość spora, ale o nieprzesadzonym, wyważonym wystroju i zrobiła na mnie całkiem przyjemne wrażenie.








Po opuszczeniu kościoła skierowałam się ku ulicy Posejdona. Po sąsiedzku mieściła się ulica Prometeusza. Po jej przejściu odwiedziłam ulicę Ledy i przez ostatni odcinek ulicy Posejdona przeszłam ponownie ku Barniewickiej. Na tym etapie widziałam głównie różnorodną zabudowę jednorodzinną poza wyjątkowym pod tym względem szeregiem jednakich domków.
Z Barniewickiej zeszłam na ulicę Junony. Niemal naprzeciw mieściła się Sala Królestwa Świadków Jehowy. Kolejna z dróg była dość krótka, a jej patronką była Konkordia – postać dawniej mi nieznana, dziś postrzegana jako alegoria w sztuce gdańskiej. Jednak kilka lat różnicy między pierwszymi spacerami po Osowej, a tymi obecnymi, faktycznie zrobiły… różnicę, a kurs przewodnicki zmienił moje postrzeganie miasta.




Niedługo później wędrowałam już ulicą Cerery, która już na wjeździe w nią kazała mi się zatrzymać, by nacieszyć oko wolnostojącą (nie wiedzieć czemu w tym miejscu) latarenką. Spędziłam dłuższą chwilę zajęta sesją zdjęciową z latarenką w roli głównej, po czym ruszyłam dalej. Odbiłam na chwilkę w lewo, w ulicę Hestii, dostając w zamian kolejny piękny widok na ułożone w pasy chmury. Dalszy ciąg ulicy Cerery oferował z kolei sporą połać zieleni po prawej z intensywnie niebieskim niebem i bielutkimi obłoczkami powyżej. Linię horyzontu stanowiła zabudowa, m.in. przy ulicy Zeusa.
Zawracałam ku Barniewickiej przez ulicę Westy, choć początkowo znalazłam się tylko w odnodze ulicy Cerery i dopiero potem udało mi się przejść. Na docelowej drodze widać było niedawne (i chyba na tamten moment nieukończone) prace nad wymianą nawierzchni. Moją uwagę zwróciło także popiersie zdobiące słupek ogrodzenia jednej z posesji.
Drogowskaz kierujący ku ulicy Konstelacji był w sporej części zasłonięty liśćmi drzew. Sama ulica i znajdujące się przy niej posesje były również pełne zieleni i zadbane. Chwilę później przeszłam na ulicę Herosa i tu także moją uwagę zwróciły drzewa, nasadzone w dwóch równoległych rzędach po tej samej stronie drogi.









Przez ulicę Seleny skierowałam się na ostatni odcinek ulicy Zeusa, po czym trafiłam na Nowy Świat. Stamtąd rzut beretem dzielił mnie od przystanku autobusowego o tej nazwie, ale także od torów kolejowych.
Nim jednak sprawdziłam tę okolicę, miałam do odwiedzenia ulicę Oriona. Jego gwiazdozbiór byłby chyba moim ulubionym, a na pewno w mojej subiektywnej czołówce. Ten etap wędrówki pokonałam metodą harmonijki, a widoki wszędzie były podobne. Domki jednorodzinne, zadbane posesje, pełno różnorodnej zieleni i piękne niebo nade mną. Spacer był prawdziwą przyjemnością, słoneczko grzało i czułam jego promienie na skórze (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pierwszy raz w życiu spali mi ramiona tak, że aż pojawią się na nich niewielkie bąble). I tak przebyłam kolejno ulice Oriona, Ateny i Penelopy.







Wkrótce trafiłam na rondo, które już zawsze będzie mi się kojarzyło z terenówkami na studiach. Mieściła się przy nim kapliczka. Podobnie jak za czasów studenckich skierowałam się na drugą stronę linii kolejowej, ale nim podeszłam nad jezioro, skręciłam w Letniskową w prawo. W ten sposób spacerowałam wzdłuż torów aż do stacji kolejowej, która teraz odżyła i była również stacją PKM. Pamiętałam owe zajęcia sprzed dekady, gdzie dworzec wyglądał dość odludnie.






Niedługo później zawróciłam i wyszłam poza granicę Gdańska. Sąsiednia wioska nosiła nazwę Nowy Świat i kusiła widokiem Jeziora Wysockiego. Wsiąkłam na dłuższą chwilę, ciesząc oczy i fotografując. Natura zdecydowanie pozytywnie oddziałuje na samopoczucie człowieka. Uspokaja i nastraja pozytywnie. Tak naładowana pozytywną energią wróciłam na obszar Gdańska i skierowałam się dalej na południe, początkowo wzdłuż linii kolejowej.






Zaczęłam od ulicy Planetarnej, choć i inne tworzące tak zwane Osiedle Barniewickie pochodziły między innymi od bóstw planetarnych. Kawałek za przejazdem kolejowym i sklepem spożywczym rozpoczynała się ulica Saturna. Za łukiem drogi była króciutka ulica Plutona, co wydało mi się ciekawe w kontekście zdeklasowania planety do statusu planety karłowatej. Przeszłam dalej ulicą Woźnicy, zaglądając kolejno w ulice Urana, Strzelca, Neptuna i Plejady. W obrębie osiedla trwały roboty budowlane, a młodzik pracujący na koparce posłał mi uśmiech, gdy przechodziłam. Pewnie nie co dzień widzi się tam spacerowiczów.
Kolejne uliczki przeszłam już metodą harmonijki. Patronami kolejnych byli: Miranda, Andromeda (tak daleko od reszty swojej mitologicznej rodziny i małżonka), Jowisz i Merkury. Przy jednej z nich zrobiłam sobie zdjęcie w przydrożnym lusterku. Na ulicy Merkurego ktoś grał na skrzypcach.










Ale szczególną gratkę znalazłam na skrzyżowaniu ulic Planetarnej i Wenus. Graffiti prezentowało orła, kontur Polski z husarzem wewnątrz oraz symbol Polski Walczącej, ale moje miłujące Gdańsk ponad wszystko serduszko zabiło mocniej na widok herbu z trzymaczami w postaci lwów i dewizą Nec temere nec timide poniżej. Nie wiem, ile kadrów tam napstrykałam, ale mój entuzjazm poszybował nomen omen w Kosmos 🙂



Gdy wędrowałam ulicą Wenus, naszły mnie „osowskie przemyślenia włóczykija”. Jest taki moment, kiedy wiesz, że jesteś za połową wyprawy i skoro dotąd dałeś radę, to przecież teraz już z górki i jesteś coraz bliżej celu. Kiedy dodatkowo celem jest dokończenie dzielnicy, myślisz sobie, że zrobiłbyś to nawet ostatkiem sił, bo skoro zostało tak mało, a dnia jeszcze dużo, to szkoda nie skończyć i przyjeżdżać kolejny raz. Satysfakcja wynagradza wszystko, a kolejnym razem możesz być już gdzie indziej 😉
Właśnie ta myśl, pomimo lekkiego już zmęczenia (dzień był dosyć ciepły, a ja w krótkim czasie zorganizowałam sobie kilka naprawdę solidnych wypraw), towarzyszyła mi podczas spaceru ulicą Wenus. Tym razem nie było biegających dzieci ani dreptających za nimi starszych pań jak tych parę lat temu. Miało to znaczenie, gdy przeszłam już niemal cały planowany odcinek drogi, fotografując po drodze z oddali elewatory osowskiej przesypowni. Przy ulicy Ozyrysa bowiem młody Rumun z auta posłał mi uśmiech i zawołał po ichniemu, przez co nie zrozumiałam jego intencji i potraktowałam to niczym niebezpieczną zaczepkę. Zbliżałam się do posesji, o której wiedziałam, że tam zamieszkiwali Rumuni (ze spaceru kilka lat temu), a chcąc dotrzeć do celu, musiałam tamtędy przejść. Tymczasem teraz nie dość, że autem jechało kilku mężczyzn, to na ich terenie stało kilku chłopa, a ja byłam sama na odludziu – przyznaję, że się przestraszyłam! Przezornie wysłałam wiadomość do kolegi, jak wygląda sytuacja i gdzie jestem. Wiedziałam, że szybko zareaguje, gdybym nie napisała mu kolejnej wiadomości, że wszystko jednak w porządku.
Na szczęście na strachu się skończyło. Odbiłam w ulicę Ozyrysa, a niedługo później mogłam przespacerować się ulicami Galileusza i Keplera. Tą drugą planowałam przejść na drugą stronę torów, co według mojej analogowej mapy było możliwe, a kilka lat wcześniej podzieliłam sobie dzielnicę inaczej, na cztery spacery, i nie miałam okazji pokonywać tego konkretnego odcinka. Okazało się, że ulica jest ślepa, a przez tory prowadziła wydeptana ścieżka. Przeszłam na drugą stronę, upewniając się, że nic nie nadjeżdża, bo nie uśmiechało mi się zawracać po ostatnich zdarzeniach ani nadrabiać drogi.










Po drugiej stronie znalazłam się pomiędzy terenami przemysłowymi i szeroką drogą przeszłam ku ulicy zbudowanej jako nowy przebieg drogi Nowy Świat [obecnie Raatza]. Chwilę później moją uwagę zwrócił zbiornik retencyjny przy ulicy Koziorożca i spędziłam nad nim kilka minut, wykonując przy tym kilkadziesiąt ujęć pod różnymi kątami.



Dalej odwiedziłam niewielką ulicę Jutrzenki. Kontynuując przemarsz, skręciłam w lewo w ulicę Antygony, schodząc z niej następnie w ulicę Temidy. Kolejne pokonywane drogi wiodły głównie między domami jednorodzinnymi. Z ulicy Junony weszłam we fragment Izydy.
Gdy dotarłam ponownie do ulicy Koziorożca, okazało się, że skrzyżowanie jest przebudowywane na rondo. Nie byłam w stanie skierować się na północ z powodu trwających prac, więc zagadałam przechodnia. Ten jednak prawdopodobnie był Włochem i po angielsku odpowiedział, że też był tam gościnnie. Umiał mi wskazać tylko dłuższą drogę. Zaryzykowałam przejście przez osiedle po drugiej stronie ulicy Koziorożca, podpytując też panią, która zerkała na mnie z balkonu. Potwierdziła słuszność moich kombinacji i tak wyszłam na ulicę Koziorożca nieco na północ od trwającego remontu. To było wystarczające, bym odwiedziła ulice Centaura i Victorii.





Bez problemów mogłam za to wejść w ulicę Borchardta. Ucieszył mnie widok dużego napisu z nazwą na budynku przy ulicy Daru Pomorza. Pamiętałam też ławeczkę przy ulicy Maciejewicza i nie omieszkałam ponownie spróbować się z ujęciem sprzed laty, ostatecznie wybrałam jednak inną perspektywę. Tymczasem na skrzyżowaniu ulic Daru Pomorza i Otago kompozycja zadbanych domów i mnogości roślin naprawdę wpadała w oko. Późną wiosną wyglądało to doprawdy urokliwie. Z planowanej trasy pozostała mi jedynie ulica Afrodyty, więc chwilę później i ją miałam już odhaczoną.





Nim jednak przespacerowałam się na autobus powrotny, na moment odbiłam przez rondo na drugą stronę ulicy Koziorożca, by dotrzeć do pominiętej poprzednio ulicy Dionizosa. Nadrobiłam ją, choć były tam tylko domy, tak jak się spodziewałam. Powrót nie był spektakularny, drogę już znałam i jedyne, co odnotowałam to: „Gruby kot na ulicy Artemidy na wysokości ulicy Parysa i przejścia na ulicę Heleny” 😉 W sumie pisząc ten rozdział zastanawia mnie samą, dlaczego chciałam o nim pamiętać.


Najważniejsze jednak, że zakończyłam, pobijając swój rekord w ilości wypraw, całą dzielnicę Osowa!
Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Osowej!
