Osowa – próbując pobić własne rekordy i będąc rekordowo wysoko #2

Na drugą wyprawę wybrałam się sama już dwa dni później. Chcąc przejść obszar Osowej na trzy razy, planowałam dłuższe trasy, ale co drugi dzień. Był to pierwszy dzień sezonu, kiedy wędrowałam w krótkim rękawku, choć o poranku zaczynałam jeszcze w kurtce. Wysiadłam na Spacerowej tuż przed obwodnicą, nieopodal Centrum Handlowego Osowa i to właśnie pod nie podeszłam w pierwszej kolejności. Chociaż tuż przed nim rozciągała się spora otwarta przestrzeń, między innymi z przeznaczeniem na parking, więc była wybetonowana, to znalazłam też trochę zieleni i spędziłam chwilę zapatrzona w kwiatki i źdźbła trawy.

I taki zielony odcinek miałam do pokonania chwilę później. Droga biegła początkowo wzdłuż obwodnicy, co wiązało się z hałasem, ale nieco dalej trafiłam na odcinek ulicy Owczarnia pomiędzy ogródkami działkowymi, więc było na tyle spokojnie, że słyszałam nawet śpiew ptaków. Jeden z nich opuścił korony drzew. Prawdopodobnie była to pliszka.

– Dzień dobry, ptaszku! Będziesz mnie prowadził? – zagadałam. – Siedź sobie, ja pójdę drugą stroną – rzuciłam, on jednak chciał inaczej. – Podlatujesz? Ojej! – uśmiechnęłam się.

Niepozorna, wydawałoby się, droga pomiędzy drzewami i krzewami, okazała się ciekawa dla oka fotografa amatora, złaknionego kolejnych gdańskich ujęć. A to uwieczniłam bluszcz opadający po pniu drzewa, a to zamknęłam w kadrze pozostałości ściętych drzew wzdłuż ogrodzenia ogródków działkowych. Gdy dotarłam właściwie do ich końca, zobaczyłam znak drogowy, ograniczający prędkość do 20 km/h. Nie dziwił mnie ten fakt, biorąc pod uwagę nawierzchnię – ubitą ziemię zamiast asfaltu.

Robiłam akurat zdjęcie znaku, gdy nadchodząca z naprzeciwka starsza pani się zatrzymała. Myślałam, że chce, żeby ją wyminąć albo zapyta, co robię, ale tylko przystanęła, by odpocząć. Ostatecznie jednak mnie zagadała. Opowiedziała mi różne historie stomatologiczne i inne zdrowotne ze swojego życia. Okazało się, że jest fanką Zięby, tymczasem ja jestem z wykształcenia biologiem 😉 więc jednak byśmy się nie dogadały. Z trudem udało mi się tę konwersację zakończyć i ruszyć dalej.

Niedługo później dotarłam do miejsca, które zapadło mi w pamięć już po pierwszej wizycie kilka lat wcześniej. Była to drewniana szopa, z kwiatkami i stojącą kukłą obok. Postać była co jakiś czas przebierana, bo miałam okazję widzieć ją w różnych strojach i na żywo, i na zdjęciach w gdańskich grupach. Nie omieszkałam i tym razem uwiecznić tego sielskiego obrazka.

Kawałek dalej zobaczyłam stadninę i podeszłam dalej niż podczas wcześniejszych wypraw. W ten sposób nie tylko poczułam charakterystyczny zapach koni, wyczuwalny już przy skrzyżowaniu z Meteorytową, ale mogłam też przyjrzeć się tym pięknym zwierzętom.

Wkrótce jednak zawróciłam i przez Meteorytową (jak głosił drogowskaz, choć bieg ulicy sugerowałby raczej kontynuację w postaci ulicy Wodnika) skierowałam się na drugą stronę obwodnicy. Zrobiłam sobie krótką przerwę regeneracyjną z widokiem na zbiornik wodny, po czym przeszłam na drugą stronę obwodnicy. Ulica powyżej niej na szczęście była zaopatrzona w chodnik, choć ruch tego dnia i tak nie był wybitnie intensywny. Po swojej lewej stronie zobaczyłam „pętlę autobusową” przy ulicy Galaktycznej i Biedronkę, a za nimi właściwą Meteorytową. Pierwsze przejście tym odcinkiem ulicy Nowy Świat kilka lat temu było dość niebezpieczne, a mijające mnie ciężarówki, gdy dreptałam poboczem, śmiało wywiałyby mi mapę, gdybym jej nie pilnowała. Z tego powodu pomyślałam, że podejdę następnym razem od drugiego jej końca na tyle, na ile uznam to za sensowne.

Tymczasem skierowałam się ulicą Wodnika, mijając tam wielkogabarytowe hurtownie czy myjnię samochodową. Odkryłam też, że zaznaczony na mapie (kupionej w 2019 roku, a oddanej do druku rok wcześniej) nowy przebieg ulicy Nowy Świat, który miał zostać udostępniony właśnie w 2018 roku, już istnieje. [Aktualizacja 2021: nowy odcinek wg map Google otrzymał nazwę ulicy Władysława Raatza.] Na rondzie, przy którym się rozpoczynał, przeszłam na prawo i delikatnie cofnęłam się do skrzyżowania z Galaktyczną, gdzie mieścił się, wyblakły już nieco, plan dzielnicy.

Stamtąd przeszłam na ulicę Astronomów. W jej bocznej odnodze zobaczyłam nawet flagę mojej ulubionej Portugalii, której wiernie kibicuję od 2004 roku 🙂 Odwiedziłam kolejno Międzygwiezdną, Horacego i Homera, choć wszystkie boczne uliczki były dość niepozorne, jeszcze nie do końca zagospodarowane, a na pewnym odcinku minęłam nawet dość spory plac budowy. Za nim moje oko ucieszyły połacie zieleni przed domami i kwitnące drzewa.

Kolejną ulicą, w którą zajrzałam, była ta mająca Achillesa za swojego patrona. Był też odcinek, gdzie po głównym wjeździe drogi się rozjeżdżały i część terenu oznaczono jako prywatny.

Moje biologiczne serduszko zabiło mocniej, gdy cofnęłam się nieco i zobaczyłam jaskółeczki na ulicy Flory. Tymczasem na ścieżce kawałek dalej zobaczyłam innego zdobywcę przestworzy i zawołałam do niego:

– Cześć, kosie!

Tutejszy krajobraz był o tyle zróżnicowany, że w niektórych  przestrzeniach między ulicami rosła bujna zieleń, wysokie trawy i drzewa, tymczasem w innych miejscach zabudowa była bardziej zwarta, a zielone były tylko trawniki wzdłuż ciągu ulicy. Także na niektórych posesjach rosły drzewa i krzewy, niekoniecznie zielone, co też tworzyło przyjemne dla oka kompozycje, chociażby na ulicy Marsa.

Gdy spacerowałam ulicą Orfeusza, najpierw moją uwagę zwrócił budynek na skrzyżowaniu, opatrzony na dachu i ścianach panelami słonecznymi. Później spacerowałam i po jednej stronie miałam sporych rozmiarów domy, po przeciwnej z kolei bloki, zatem zabudowę wielorodzinną, choć pewnie we wspomnianych domach też 2-3 rodzinki by się zmieściły. Chwilę później wybiło południe i usłyszałam kościelne dzwony. Odniosłam dziwne wrażenie, jakby biły do prawego ucha, a kościół był przecież za budynkami po mojej lewej.

Wkrótce skierowałam się ulicą Marsa właśnie w lewo, docierając w ten sposób w okolice kościoła Św. Polikarpa Biskupa Męczennika. Uprzednio sfotografowałam jeszcze Szkołę Podstawową nr 33 i głaz upamiętniający jej uczennicę (?), która zginęła w tym miejscu, potrącona przez pirata drogowego. Miała zaledwie 13 lat.

Do kościoła przeszłam się naokoło, przez ulicę Hery. Sfotografowałam wieżę z dzwonami i zegarem, a także cały kompleks kościelny. Nie było mi dane jednak wejść do wnętrza kościoła. Poza mszami otworem stała za to kaplica naprzeciwko i nie omieszkałam tam wejść. Była dość skromna, ale z tego, co znalazłam w sieci, kościół był zdecydowanie bardziej dekoracyjny. Natomiast w samej kaplicy moją uwagę przykuła tablica upamiętniająca mieszkańców Osowej i Wysokiej, którzy zginęli w piaśnickich lasach.

Sam przykościelny plac miał odrębnego patrona: Jana Apostoła. Tymczasem skierowałam się ulicą Wodnika na południe, zajrzałam w kolejną odnogę ulicy Hery, po czym dotarłam do ronda przy ulicy Junony. Zaciekawiła mnie zarówno tamtejsza zabudowa wielorodzinna, jak i ucieszył mnie widok skrzynki z biblioteczką, udostępnioną publicznie. Podoba mi się idea bookcrossingu, choć sama brałam udział w podobnej tylko raz czy dwa.

Następnie podeszłam ku ulicy Heliosa i czy to nie ciekawe, że akurat stamtąd zdawało się świecić słońce? 🙂 Na tym odcinku mojej wędrówki znów otaczało mnie więcej zieleni. Przez następny fragment ulicy Hery dotarłam do ulicy Heleny, a dalej Diany i Artemidy. W tę ostatnią póki co tylko zajrzałam. Na tym etapie poza zabudową mieszkalną znalazłam tylko przedszkole, które wyróżniało się kolorowym placem zabaw.

Kontynuując przemarsz ulicami mitologicznymi, odwiedziłam Akteona i Parysa, by wrócić na  Artemidy. Tamtędy mogłam dotrzeć ku drugiej stronie ulicy Wodnika. Okolice ulicy Hermesa wyglądały jak oddzielnie zaprojektowane osiedle. Zajrzałam najpierw w ulicę Eurydyki i Orfeusza, a niedługo później Ariadny i Tezeusza. Spodobała mi się ta spójność, połączeni jednym mitem (a w drugim przypadku też nicią, hihi) bohaterowie patronowali ulicom po sąsiedzku.

Spacerując następnie ulicą Jednorożca, zajrzałam także w ulicę Nike. Zbliżyłam się do obwodnicy i przeszłam się fragmentem Galaktycznej. Chwilę później odwiedziłam wręcz bajkowego bohatera – Herkulesa. I nie omieszkałam zapozować z drogowskazem wskazującym na jego patronat. Na tym etapie często przystawałam, by fotografować mijane rośliny.

Osobiście mam też słabość do postaci Kasjopei, więc i tu zrobiłam sobie zdjęcie z drogowskazem. Na skrzyżowaniu z ulicą Feniksa natknęłam się na kolejną pliszkę. Zrobiłam nawrotkę przez ulicę Feniksa, pokonując część trasy węższymi przejściami i zaglądając w ulicę Syriusza. Następnie ulicą Bereniki dotarłam do ulicy Bliźniąt. Dopiero wówczas zrobiłam sobie „przystanek na Syriuszu” 😉 Zregenerowana i posilona zebrałam się, aby pokonać ulicę Wegi i ponownie przekroczyć ulicę Wodnika, by odwiedzić pozostałych kilka uliczek po jej drugiej stronie. Zahaczyłam po drodze o ulice Perseusza i Wolarza.

Dzień był dosyć ciepły, więc gdy cofnęłam się ku ulicy Jednorożca, a następnie odkryłam lodziarnię przy ulicy Delfina, nie miałam wątpliwości, że zasłużyłam na nagrodę 😉 Poza tym był Dzień Dziecka! Słodki i chłodny deser to było właśnie to! Skusiłam się zatem na lody i wędrowałam dalej, jedząc po drodze, bo nieszczególnie miałam gdzie przysiąść, a poza tym pamiętałam resztę trasy i wystarczyła mi jedna wolna ręka do pstrykania zdjęć.

Za ulicą Perseusza kolejne były jeszcze przeze mnie tego dnia nieodwiedzone, ale co ciekawe z punktu widzenia zarówno mitologii, jak i nocnego nieba, po sąsiedzku mieściła się ulica Cefeusza. Trochę szkoda, że ulice Kasjopei i Andromedy nie były tuż obok. Po drodze zwróciłam także uwagę na słońce namalowane na jednym z domów. Jak na astronomiczne wątki przystało, kolejna z dróg nosiła miano ulicy Komety.

I to właściwie domykało ten rejon Osowej, ale zobaczyłam także odcinek Kielnieńskiej na prawo od skrzyżowania. Stamtąd odchodziły dwie ulice o uroczych nazwach – Osowski Zakątek i Zielony Zakątek. Nie byłabym też sobą, gdyby nie zaintrygował mnie stary, częściowo drewniany dom przy samej Kielnieńskiej, który jednak nie był w najlepszej formie.

Tymczasem ja, żeby w dobrej formie pozostać, żwawo odwiedziłam jeszcze ulicę Odyseusza, po czym ruszyłam w stronę przystanku autobusowego i wróciłam do siebie, by solidnie się zregenerować. Już w domu, porządkując swoje zapiski i kolejność przebytych ulic, zorientowałam się, że ominęłam niewielką ulicę Dionizosa. Postanowiłam do niej wrócić przy okazji kolejnego spaceru, który (jak miałam nadzieję) miał być już ostatnim po Osowej, w ramach tegorocznych wędrówek.

Ciąg dalszy nastąpi…


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Osowej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *