Osowa – próbując pobić własne rekordy i będąc rekordowo wysoko #1

Zachęcona ciekawą wyprawą na Górki Zachodnie i mając w czasie urlopu możliwość poświęcania na wędrówki choćby i całych dni, postanowiłam tym razem ruszyć niemal na przeciwległy względem Górek kraniec miasta. Osowa była dzielnicą dość sporą i pamiętałam, że kilka lat wcześniej, pomimo letniej aury, podzieliłam ją sobie aż na cztery wycieczki. Tym razem „podbiłam stawkę” i uznałam, że spróbuję, czy jest możliwe przejść ją tylko na trzech spacerach.

Podczas pierwszego z nich towarzyszył mi Kamil Sulewski z bloga 7 zdjęć z Gdańska. Wystartowaliśmy na przystanku autobusowym Iławska. Pewnie widać było, że nie jesteśmy tutejsi, bo miejsce momentalnie opustoszało, zostaliśmy tylko we dwójkę, organizując się do drogi (czapeczka i mapa – obowiązkowo!). W kontekście epidemii warto też dodać, że był to pierwszy dzień, gdy nie wymagano już noszenia maseczek na świeżym powietrzu, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Po chwili okazało się, że jesteśmy we trójkę, co spostrzegł Kamil:

– Osowski pies nas przywitał.

Pierwszym obiektem, który zwrócił naszą uwagę, był dom po lewej stronie głównej drogi.

– … architektura została przekreślona szyldem pizzerii – usłyszałam z ust Kamila.

Pierwszą ulicą, w którą weszliśmy, była Gnieźnieńska. Na wejściu ustawiono drogowskaz PTTK. Dzielił nas kilometr do Góry Studenckiej, którą zamierzaliśmy odwiedzić. Tymczasem jednak weszliśmy w ślepą Kruszwicką. Gdy zawracaliśmy, poza fajnym spojrzeniem na zabudowę z góry, spostrzegliśmy dom z dachem, który wyglądał niczym oszroniony. Widok był ciekawy, szczególnie, że ledwie miesiąc dzielił nas do…

– Do lata, do lata, piechotą będę szła… – zaśpiewaliśmy niemal jednocześnie.

Kolejnej odnogi nie było w planie, ale Kamil chciał zajrzeć i uznałam, że w sumie co nam szkodzi. Okazało się, że miał nosa. Gdy się wiele wędruje po mieście, ma się świadomość, że często warto zajrzeć w pozornie banalne zakątki, a one odpłacają się za odwiedziny czymś, co ucieszy oko lub serducho. Za ostatnimi domami rozciągała się szeroka połać zieleni, prezentując widoki na falujący krajobraz Osowej. Gdy się dobrze przyjrzeć, widać było kawałek Jeziora Osowskiego.

– Kto chciał tu przyjść? – podpytał z satysfakcją Kamil.

– A taki nadgorliwy Kamil – droczyłam się. – Ale czasem nadgorliwość się opłaca (…). Nie oszukujmy się, jesteśmy w mniejszości. Kto by wpadł na spacer krajoznawczy po Osowej?

Fakt, mało kto.

Gdy zawracaliśmy, przystanęłam, aby zrobić zdjęcie.

– Co tutaj jest? – zapytał Kamil.

– Ładne roślinki.

Zaglądając w kolejne ulice po lewej, ulicą Izerską powędrowaliśmy w górę, aby dojść na najwyższy punkt w Gdańsku. Góra Studencka, bo o niej mowa, miała 180 m n. p. m. Gdy weszliśmy w odcinek leśny, wykorzystałam okazję, by zrobić parę zdjęć owadów. Słupek oznajmiający, że jesteśmy we właściwym miejscu, znajdował się na granicy posesji. Oczywiście obydwoje chcieliśmy uwiecznić ten moment, jak również rozpościerające się stąd widoki. Nie było to łatwe zadanie, musieliśmy wciąż tuptać nogami w miejscu, żeby nie oblazły nas duże mrówki.

– To powinna być Góra Mrówek – stwierdził Kamil.

Zawróciliśmy w stronę domów. Tutaj dominowała zabudowa mieszkalna. Przeszliśmy przez Chojnicką, Kwidzyńską, Myśliborską i Krajeńską. Zaciekawiła nas nazwa przystanku Kukawka. Sprawdziliśmy później, że nazywano tak tutejsze osiedle, powstałe w 1900 roku (wg Gedanopedii) dla pracowników lokalnej cegielni. Obecna nazwa przyjęła się w 1962 roku, a do Gdańska osiedle włączono w 1973 roku. Na Krajeńskiej był jednak kamień z nazwą i datą 1910. Niemal na granicy z Gdynią dostrzegliśmy nieukończony, ale zabity dechami (dosłownie) dom. Kontrastował z nim nowoczesny plac zabaw. My pokusiliśmy się o wypróbowanie siłowni na powietrzu. Pojeździłam tam m. in. na rowerku.

Dalej powędrowaliśmy Złotowską, gdzie z kolei maluchy „woziły się” autkiem. Nie byle jakim, natomiast okazało się, że sterowaniem zajmował się i tak tata 😉 Miałam tylko nadzieję, że nas nie przejadą. Na końcu Złotowskiej była stara pompa wodna. Ujście wody wieńczyła jakby głowa smoka, co pewną wysokość pompę okalał rządek kwiatów, a metalowa tabliczka ponownie przywoływała datę 1910. Kawałek dalej zaintrygowała mnie też uchylona furtka, z jednej strony przyległa do płotu, z drugiej z otwartym przejściem.

Przeszliśmy obok kapliczki i mapy Gdyni, a dokładniej Kaczych Buków, wyblaklej przez lata, po czym skierowaliśmy się ku Kielnieńskiej. Widzieliśmy przy tym osiedle domów szeregowych, które zawsze kojarzyły mi się z Anglią i Tudorami, ale nie umiem powiedzieć, dlaczego, chyba bardziej intuicyjnie.

Odbiliśmy w lewo, by przejść niedługo później na drugą stronę i wejść w Chełmińską. Część zabudowy wyglądała tu jak na wsi (duże, drewniane szopy, a może stodoły?), w głębi wypatrzyliśmy skraj Jeziora Osowskiego. Pięliśmy się coraz wyżej, ale okazało się, że ciekawsze widoki zostawiliśmy za plecami niż mieliśmy przed sobą.

Kolejną ulicą, którą odwiedziliśmy, była Iławska. Ślepa, niezbyt rozbudowana. Właściwie byłam tam skupiona na opowiadaniu Kamilowi o potencjalnych gabarytach przyszłej książki i tym, że minęliśmy tylko jedną panią.

Zaglądaliśmy kolejno w Gowidlińską i Drawską. Dzielił je wiadukt, biegnący nad torami, które stały się pretekstem do sesji zdjęciowej. Przy Gowidlińskiej była też kapliczka i wpadł się z nami przywitać przyjazny psiak. Dał się Kamilowi wytarmosić za uchem i gdy rozeznał, że i my mamy przyjazne zamiary, spokojnie wrócił do siebie 😉 Drawska nieszczególnie się wyróżniała i pamiętam stamtąd raczej nasze dialogi (dzieliłam się z Kamilem spostrzeżeniami w kontekście jego potencjalnego oprowadzania seniorów z rady dzielnicy po ich dzielnicy).

W okolicy skrzyżowania z Barniewicką moją uwagę zwróciła rzeźba mężczyzny z kluczem, jakiego używa się w warsztacie. Była to oryginalna reklama warsztatu. Tymczasem po przeciwnej stronie ulicy Kamil zlokalizował źródło dziwnego dźwięku. W ogrodzie mieszkał paw! Wdzięczył się, prezentując swój rozłożysty ogon, a po krótkim przejściu po swoich włościach, zwinął go i… wskoczył na drzewo. Niesamowity widok!

Zajrzeliśmy w ulicę Juraty, ale dalszy ciąg wędrówki biegł Barniewicką i przyległymi do niej drogami. Odbiliśmy najpierw w Zatokową. Obejrzeliśmy odbiegające od niej Cumowników i Kwiatkowskiego, choć ciągle omyłkowo mówiłam Kamilowi:

– Ulica tego kapitana będzie tam.

To na K, i to na K 😉 Na tym etapie zwróciłam też uwagę na malunek ni to kuca, ni to dinozaura oraz cieszył mnie widok fioletowego bzu. Jeden z domów porastała zieleń, co też wyglądało atrakcyjnie. Znaleźliśmy się też na tyłach pływalni, gdzie na ławce zrobiliśmy sobie przerwę na drugie śniadanie.

Okrętowa była ślepa, więc musieliśmy zawrócić i wejść od strony Barniewickiej. Wówczas mogliśmy przejść na druga stronę, aby odwiedzić ulice Rabatki, Parterową i Willową. Natknęliśmy się na rzeźbę wiewióra z „Epoki Lodowcowej”.

Później wstąpiliśmy w ulicę Korsarzy.

– Jakie ładne fioletowe doniczki! – żywo zawołałam, na co Kamil zareagował śmiechem.

Zwróciłam też uwagę na kompozycje ułożone z kamieni w lokalnych ogródkach i na dużą doniczkę z kilkoma kaktusami. Z Niedziałkowskiego przeszliśmy na Zaruskiego. Na jej końcu stał sklep, przed którym robiłam sobie zdjęcie z mieszkańcami Osowej podczas pierwszych wędrówek w tej dzielnicy. Zawróciliśmy ulicą Teligi, choć tabliczkę zobaczyliśmy dopiero po przejściu całej.

Ucięliśmy sobie też pogawędkę porównawczą obu gdańskich projektów.

– Zgadnij, ile kilometrów zrobiłam wtedy po Gdańsku – rzuciłam Kamilowi wyzwanie.

– 777 km.

– Tak! 776,5 km, w zaokrągleniu 777 km.

– A potem poznałaś mnie, który lubi siódemki!

Między ulicami Biwakową i Chirona rozciągał się park. Świetnie, że pomyślano o stworzeniu miejsca rekreacji. Postawiono nawet toi toia. Przeszliśmy się główną alejką, fotografując zbiornik wodny, obfitość zieleni i miejsca zabaw dla dzieci. Nie brakowało ławeczek, miejsc na rowery, znalazły się tu także stoliki szachowe. Bardzo podobał mi się pomost, choć nie można było akurat na niego wejść. Oczywiście jak to ja, zwracałam także uwagę na detale:

– Patrz, klucz wiolinowy! – wskazałam na kosz na śmieci z wzorem ze sprayu.

Chwilę później mieliśmy już wychodzić i pomyliłam furtki – wyjściową z parku i wejściową na wybieg dla psów.

– Zapisz, którędy chciałaś wyjść – upierał się Kamil.

Właściwą furtkę przytrzymał przede mną starszy pan:

– Dziękuję – rzuciłam z uśmiechem.

– Czego szukacie?

– Zwiedzamy sobie.

– A bo myślałem, że może pomóc – posłał mi uśmiech.

– Nie, mamy mapę, poradzimy sobie – odwzajemniłam.

– To udanej wyprawy.

– Dziękujemy!

Odbiliśmy w Biwakową. Miała trzy niedługie odnogi: Bukową, Gajową i Parkową. Ku kolejnej drodze przeszliśmy ku Balcerskiego. Od Niedziałkowskiego też odchodził fragment ulicy Wendy po lewej, a po prawej trzy drobne uliczki: Sportowa, Regatowa i Relaksowa. Przy tej ostatniej umieszczono ławeczkę, całą otoczoną trawą. Uznałam to za przebłysk geniuszu – relaks na ławce przy Relaksowej!

– Nie no, tu trzeba zrobić zdjęcie! – stwierdziłam.

Następnie skręciliśmy w ulice Gryfa Pomorskiego, aby z niej przejść przez Wendy i zrobić nawrotkę przez Siedleckiego. Zwracałam tutaj uwagę głównie na ozdoby posesji. Szczególnie ciekawe wydały mi się schodki przedzielone na pół do chodzenia i przeznaczone na rabatki kwiatowe. Fajna była też furtka z wbudowanym wzorem koła wozu. Ulica Sołdka od czasu mojej poprzedniej wizyty miała zmienić nazwę na Szołocha, aczkolwiek nie zauważyliśmy tego w terenie. Na tym odcinku Kamil zwrócił ponownie uwagę na nietypowy dźwięk, który słyszeliśmy wcześniej. Zaabsorbowana zdjęciami, nie usłyszałam go, zapytałam zatem o co chodzi. Hasło „paw” wcale nie skojarzyło mi się jednak z poranną przygodą, ale z piosenką Dżemu, moją ukochaną zresztą. Gdy Kamil wyjaśnił mi dokładniej, uznałam:

– Otwierasz mi nowe klapki w mózgu.

– Mam nadzieję, że więcej otwieram niż zamykam.

– Tak – uśmiechnęłam się.

Odwiedziliśmy Trapową, po czym weszliśmy w Smugową, gdzie zaskoczyła mnie własna obserwacja:

– Co to za pajac wisi w oknie?

W ciągu kolejnych ulic dopatrzyłam się także ozdoby w formie bocianiego gniazda. Po przejściu Parkingowej i Szalupowej mogliśmy już zajrzeć na Kielnieńską i przejść na jej drugą stronę.

Nowa nie zaoferowała paradoksalnie nic nowego i podobne nadzieje miałam na Komandorskiej. Pamiętałam posesję z białym, puchatym kotem (prawdziwym), żółwiem (sztucznym) i tabliczką, że na posesji jest pies. Urocza kombinacja. Tym razem tabliczka wyblakła, żółwia przełożono, a kota nie widzieliśmy. W innym ogródku dopatrzyłam się figury jakiegoś drapieżnego ptaka w locie.

Ostatecznie wyszliśmy przez Sopocką przy pasażu handlowym ku krańcowi Kielnieńskiej, gdzie były przystanki autobusowe. Kamil podsumował moje wywody tego dnia następująco:

– Ludzki umysł ma swoje tajemnice, a Twój to już w ogóle.

Ciąg dalszy nastąpi…


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Osowej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *