Górki Zachodnie – znane i nieznane w odległej dzielnicy

Pomiędzy dwiema wycieczkami po Zaspie Młyniec, krótkimi zarówno ze względu na mały dystans od mojego miejsca zamieszkania, jak i podzielenie w sumie niewielkiej przestrzeni na dwa spacery, wybrałam się do dzielnicy niezwykle obszernej, jaką są Górki Zachodnie i postanowiłam pokonać całość za jednym razem. Trasę ułożyłam sobie dość podobną do tej sprzed kilku lat, natomiast tym razem wędrowałam w pojedynkę, a do ulic „dołożyłam” plażę i fragment szlaku fortyfikacyjnego (myśląc jednocześnie o tym, że fajnie byłoby kiedyś przejść go w całości).

Wystartowałam od końcowego przystanku linii 111 czyli na końcu ulicy Łowickiej. Po obejrzeniu stojących obok tablic, skierowałam się od razu nad Śmiałą Wisłę. Odcinek ten swoją nazwę zawdzięczał Wincentemu Polowi, a powstał w sposób naturalny w 1840 roku. Poprzednio zrealizowaliśmy sobie tutaj krótką sesję zdjęciową, co tym razem było niemożliwe z dwóch powodów – nie miałam drugiego fotografa, a wzdłuż brzegu rozsiadło się zaskakująco wielu wędkarzy. Zrobiłam nieco zdjęć tak, by nie ujmować panów w kadrze, po czym odbiłam w lewo. Dotarłam w ten sposób aż do ogrodzenia lokalnych jachtklubów. Rozbawiła mnie tabliczka z napisem „bramofon” 😉

Zawróciłam, by dalej podążyć ulicą Przełom. Przyglądałam się nie tylko zabudowie, ale także kwiatkom, których energetyczna, żółta barwa, cieszyła oko. Minęłam teren Stoczni Wisła, po czym dotarłam do ciekawego budynku. Częściowo ceglany, miał blaszane elementy. Fasada mogła przypominać dawne gdańskie kamieniczki. Zagadałam ochroniarza, który przez moment mi się przyglądał. Okazało się, że budynek należy do Stoczni ALU. Opowiedziałam panu, że kilka lat temu tu byłam i widziałam rosnącą na dachu trawę. Cieszyłam się, że tak ładny i ciekawy budynek się zachował. Ochroniarz zapytał mnie:

– Jest Pani z Gdańska?

– Nie, ale mieszkam już dziesięć lat.

– Jest Pani artystką?

– Nie, blogerką. Wędruję tak krajoznawczo.

Po tej krótkiej wymianie zdań i zrobieniu zdjęć porównawczych, a także obejrzeniu małego budynku naprzeciwko, ruszyłam dalej ulicą Przełom. Przy zakręcie znajdował się dom częściowo wykonany z drewna, co bardzo go tu wyróżniało. Później, już w domu, zorientowałam się, że widniał w rejestrze zabytków, bo pochodził z końca XIX wieku.

Za zakrętem droga biegła dalej aż do nabrzeża nad Martwą Wisłą. Udało mi się dojść dalej niż tych parę lat temu. Wręcz dotarłam najdalej, jak to tylko było możliwe, znajdując tam jakże adekwatny napis: „Cypelek”. Rzeczywiście trochę się tak czułam, z niemal każdej strony otoczona wodą. Mogłam podejrzeć stocznię od drugiej strony, nacieszyć oko widokiem rzeki, a także ceglanych domów za nią. Po tafli sunęły niespiesznie łabędzie. To było ciekawe spojrzenie, bo na mapie Wisła nie wydawała się tu szczególnie szeroka, a gdy spoglądałam na nią bezpośrednio i dostrzegałam zakręt, za którym chowała się przed moim wzrokiem, miałam odczucie, jakbym patrzyła na sporych gabarytów jezioro. To intrygujące, jak wiele potrafi zmienić perspektywa.

Spędziłam tam dłuższą chwilę, czując się naprawdę zrelaksowana, ale trzeba było ruszać dalej. Zawróciłam do pętli autobusowej i kolejny odcinek przemierzałam ulicą Łowicką. Po pewnym czasie zabudowa zaczęła gęstnieć, aż dotarłam do skrzyżowania, przy którym stał sklep. Ustawiono także krzyż.

W tym miejscu odbiłam w ulicę Stogi. Bardzo lubię ten odcinek. Kojarzył mi się zawsze ze spokojem i rzeczywiście, minęło mnie raptem kilka aut. Wykorzystałam tę bezludną przestrzeń i zdjęłam maseczkę. Dzień nie był jakiś upalny i nie przeszkadzała mi, ale jednak chciałam skorzystać, że byłam na świeżym powietrzu 😉 Pomyślałam też, że drogę powrotną wykorzystam na drugie śniadanie. Póki co jednak fotografowałam. Byłam przeszczęśliwa, widząc świat w wiosennym świetle, słysząc ćwierkanie ptaków, a nawet rechot żab. Na końcu drogi był mój ulubiony zbiornik wodny, gdzie postanowiłam spróbować upolować podobny kadr do tego sprzed pięciu lat.

Odbiłam w prawo, mijając zacumowane łodzie, a dalej domki kempingowe i przystań. Przez wejście numer 20 skierowałam się na plażę. Aż dziwne, ale byłam tam tylko raz, do tego nocą. Udało mi się wtedy zrobić jedno z fajniejszych zdjęć w życiu. Natomiast teraz mogłam poznać to miejsce w nowych okolicznościach. Uznałam przede wszystkim, że zamknięta wieża to zmarnowany potencjał na świetny punkt widokowy. Choć poza plażą nie było w ogóle czuć wiatru, tutaj wręcz określiłabym go jako wicher. Roztrzaskiwał fale o kamienie na brzegu, również charakterystyczny element tego odcinka plaży. Pomiędzy dwoma punktami – zielonym i czerwonym – wskazującymi miejsce wypływania do zatoki, przepływali ludzie na żaglówkach i naprawdę podziwiałam ich determinację w tych warunkach.

Po opuszczeniu plaży cofnęłam się do ostatniego zakrętu, gdzie znajdowała się tablica poświęcona fortyfikacjom. Znalezienie ich wcale nie było takie oczywiście, ale odnalazłam dwa punkty wskazane na mapie, najbliższe mojemu położeniu. Najpierw powędrowałam, by znaleźć ten dalszy. Na trasie moją uwagę zwrócił malunek postaci na słupku i zawieszona na drzewie kapliczka.

Niski, schowany w lesie schron był naprawdę ciekawy i dość dobrze zachowany, ale gdy weszłam do środka, nie mogłam się wyzbyć poczucia lęku. Z jednej strony wiedziałam, że nikogo wokół nie ma, nikt nie wie, że jestem w środku, więc mogę w każdej chwili wyjść, a jednocześnie wulgarność napisów wewnątrz sprawiała, że nie czułam się tam zupełnie… swobodnie. Tak swoją drogą, pewnie bym się zgubiła w tym lesie, gdyby nie właśnie ta betonowa konstrukcja. Tak naprawdę tylko ten bunkier był tutaj punktem orientacyjnym. I równie samotna jak on wieża nieopodal, podobna do tej na Westerplatte, choć pozbawiona schodków.

Pozostałości bunkra bliższego ulicy były w dużo gorszym stanie, a jednocześnie miałam poczucie, że jakoś lepiej kamuflują się pokryte mchem i częściowo zasłonięte drzewami.

Wróciłam na Łowicką, a następnie weszłam w Łęczycką. Tutaj już na wejściu wypatrywałam „Domu Pod Kasztanami”, który zapamiętałam z pierwszej wizyty w tym miejscu i samą swą nazwą skojarzył mi się z serią o Ani z Zielonego Wzgórza. Jeden z domów po sąsiedzku zdobił wykonany z drewna pociąg.

Wkrótce odbiłam w lewo ku Kutnowskiej, dzięki czemu znalazłam kolejną betonową konstrukcję. Była dość duża, ale miała wejście, które sprawiało, że przypominała schron. Biorąc pod uwagę bliskość prywatnej zabudowy i przechodniów, wolałam nie oglądać jej z bliska, obawiając się zwrócenia uwagi lub naruszenia czyjejś własności.

Kutnowska biegła wzdłuż Martwej Wisły i przywodziła na myśl rybacką wioskę. Stały tu zacumowane łodzie, a ja kolejny raz byłam zaskoczona „multum wędkarzy wszędzie”. Nie brakowało również ptactwa wodnego i obserwowałam z uśmiechem kaczki i łabędzie. Szczególnie rozbawiła mnie sytuacja, gdy próbowałam sfotografować parkę tych ostatnich. Naprzemiennie zanurzały główki i musiałam odczekać, aż uchwyciłam moment, gdy oba były wynurzone.

Dalej klimat był bardziej „domowy”. Najpierw próbowałam zjednać sobie kociaka, by spojrzał w „obiektyw”, a kawałek dalej minęłam znajome podwórko z kurkami. Pamiętam, jak ich widok ucieszył kolegę, towarzyszącego mi, gdy byłam tu po raz pierwszy.

Przeszłam ulicą Żaków ku Kępnej i odbiłam kawałek w prawo, po czym zrobiłam nawrotkę. Dostrzegłam przy tym, pozornie bezkresną drogę w stronę centrum miasta i towarzyszące jej liczne i sporych gabarytów zbiorniki Lotosu. Jakim kontrastem dla tej „przemysłowości” była spokojna Kutnowska, na którą wróciłam!

Dotarłam do krańca ulicy Mewy, dzięki temu pokonałam kawałek ścieżką między drzewami. Był to całkiem przyjemny zakątek. Minęłam może ze trzy osoby na tym odcinku. Spacerowałam niespiesznie, co jakiś czas podchodząc bliżej wody, by się rozejrzeć i może ustrzelić jakiś ciekawy kadr. O tym, że pojawiają się tam czasem ludzie, świadczył jedynie porzucony (zgubiony?) parasol. Ścieżką przeszłam ku Kępnej, bo ów szeroki zakręt zawsze wydawał mi się dość fotogeniczny. Zeszłam za nim w Górecką. Z niej przeszłam ku ulicom Mewy i Steczka.

Klimat zmienił się dopiero po drugiej stronie głównej drogi. Pierwszy raz odwiedziłam tutejszy cmentarz (na Krakowcu) i miałam szczególny powód. To tutaj pochowano zmarłą niespełna rok wcześniej panią, u której przemieszkałam większość licencjatu. Wspominam ją niezwykle miło, jako kobietę o złotym sercu, a i z jej rodziną miałam dobry kontakt. Obejrzałam także z zewnątrz zamknięty kościół pw. Najświętszego Imienia Maryi wraz z przyległym pomnikiem papieża, dzwonnicą, krzyżem i kapliczką.

Po opuszczeniu cmentarza zajrzałam w ulicę Wyciąg, a następnie podążałam dalej Kępną, gdzie dla odmiany znalazłam Salę Królestwa Świadków Jehowy. Nieopodal mieściła się również Szkoła Podstawowa nr 62. Na jej wysokości odbiłam w lewo w Jodłową. Po jednej stronie w pewnej odległości widać było ogródki działkowe, po przeciwnej – zabudowę jednorodzinną, pośród której znalazłam tabliczkę dostrzeżoną już tych parę lat temu, że teren jest prywatny i „wejście grozi kalectwem lub śmiercią”. Przez ulicę Jana Rybińskiego (nie mylić z oliwską!) przeszłam na Sówki i już na wysokości Mrongowiusza odbiłam na chwilę w lasek, by dojść nad Pusty Staw. Planowałam do niego podejść podczas zwiedzania Stogów, ale jednak wykorzystałam i tę okazję, uznając dobrą pogodę za zwiastun ładnych zdjęć zbiornika.

Po krótkiej sesji wróciłam do głównej drogi i weszłam w ulicę Mrongowiusza. Kontynuując przemarsz Jodłową dotarłam do Zawiślańskiej, po drodze natrafiając na fajną tabliczkę właścicieli psa: „Niech prędkość będzie z Tobą”. Dość szeroka ulica prowadziła pomiędzy ogródkami działkowymi, gdzie widziałam całkiem sporo ludzi. Jedna z pań nawet zamówiła tu kuriera i akurat odbierała paczkę, gdy przechodziłam 😉

Przekroczyłam rzeczkę, podpisaną na mapie jako Łacha, a pokonawszy jeszcze kawałek dotarłam kolejny raz tego dnia do Martwej Wisły. Tym razem ostatni, gdyż Nad Brzegiem była ostatnią z ulic do zwiedzenia tego dnia. Widoki zapamiętałam jako malownicze i takimi okazały się również tym razem. W tym miejscu żałowałam, że wędrowałam sama, bo chętnie zapozowałabym.

Stamtąd skierowałam się w kierunku przystanku 111, ale ze względu na remonty torów tramwajowych odbijał na skrzyżowaniu wcześniej i tylko zobaczyłam, jak mi odjeżdża. Podpytując ludzi, trafiłam nie bez problemów na przystanek zastępczej linii T8, kursującej do pętli tramwaju na Przeróbce. Wydawałoby się, że tak dobrze znałam teren, a jednak kluczyłam sporo między ogrodzeniami i blokami, nim znalazłam się u celu. W tamtej chwili zdecydowałam dołączyć Stogi do puli dzielnic do przebycia na koniec projektu.


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z dzielnicy Krakowiec-Górki Zachodnie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *