W maju przytrafił mi się urlop. Trochę niespodziewanie, bo myślałam o czerwcowym wyjeździe. Musiałam jednak zmienić plany. Dodatkowo wciąż panowała epidemia i trudno było planować jakiekolwiek dalsze wyjazdy. Postanowiłam zatem podjąć #UrlopChallenge i codziennie zrobić coś dla swojej marki Palcem po mapie, stopą po ziemi. Czasem coś pisałam, ale przeważnie ruszałam w teren. Żeby mieć wystarczająco sił, przeplatałam większe wycieczki mniejszymi i tak przeszłam właśnie na dwa razy Zaspę Młyniec, dzielnicę słynącą z murali. Zresztą, swego czasu zrobiłam już wpis na ich temat. Nie przeszkodziło mi to jednak zachwycić się nimi po raz wtóry, a po prawdzie już nie zliczę który.
Rozpoczęłam swoją wędrówkę paradoksalnie od wysiadki na przystanku Wojska Polskiego. Tuż po studiach mieszkałam na Strzyży i dość często czułam, jak słabo były zsynchronizowane tutejsze światła. Może po czasie moje emocje już opadły, a może rzeczywiście coś tu zmieniono, ale odczułam poprawę. Przeszłam dość sprawnie i weszłam w serpentynę drogi, której patronami byli Bracia Lewoniewscy.




Obejrzałam z góry peron SKM Gdańsk Zaspa i zeszłam schodami na drugą stronę, ku ulicy Hynka. W okolicy przystanku autobusowego na chodniku namalowano samoloty z papieru, co wydało mi się tak samo urocze jak wtedy, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy. Skręciłam na Hynka w prawo. Po jednej stronie znajdowały się ogródki działkowe, po przeciwnej pośród starszych bloków powstawała nowa zabudowa. Zajrzałam oczywiście głębiej, bo przyciągnęło mnie graffiti z motywami związanymi z Westerplatte. Przeszłam się drugą stroną bloku, po czym natrafiłam na kolejny malunek. Wracając ku Hynka, w okolicy przystanku autobusowego sfotografowałam mural z tancerzami, widoczny od strony ulicy.




Następnie skierowałam się ku ekranom akustycznym. Na jednym z ekranów dopatrzyłam się czarnej nalepki z kotem. Tym odcinkiem ulicy Hynka dotarłam do Skarżyńskiego. Lubię tę część Zaspy. Pośród kilku murali dopatrzyłam się dziewczyny zanurzonej częściowo w wodzie, która kojarzyła mi się z Hawajami, może przez naszyjnik z kwiatów. Wkrótce jednak dotarłam do Skarżyńskiego 10, gdzie widniał mój ulubiony mural (pisałam o nim tutaj) ze wszystkich zaspiańskich. Nie mogłam się go nafotografować 😉 I widziałam, że zwracam na siebie uwagę przechodniów. Po kilku komentarzach nabrałam jednak pewności, że ludzie się najzwyczajniej w świecie cieszą, że ich dzielnica budzi takie zainteresowanie.
Najpierw zagadał mnie pan:
– Co, ładny?
– Mój ulubiony – posłałam mu uśmiech.
Później zaś pani:
– To tylko tutaj czy w całej Polsce?
– Na Zaspie najwięcej. W całej Polsce są murale, ale chyba tylko tutaj taka kumulacja w jednym miejscu.
Pani poleciła mi też, bym obejrzała jej trzypiętrowy blok z numerem 17 (choć to była już kolejna ulica) i namalowaną kobietę z jajkiem na głowie. W pierwszej chwili pomyślałam, że może powstało coś nowego, ale gdy wędrowałam dalej, przypomniało mi się, który malunek miała na myśli, choć dzielił mnie do niego jeszcze kawałek.







Pośród kilku kolejnych prac najdłużej zatrzymałam się przy takiej, która przypominała witraż i przedstawiała pociąg jadący przez gęstwinę. Dodatkowo z chaszczy wyłaniała się postać. W pobliżu z kolei dało się dostrzec nowsze osiedle. Minęłam boisko i niewysoki budynek, zapewne spółdzielczy, który, co odkryłam po raz pierwszy, również pokrywały malunki, nawiązujące do tematyki wody. Były więc żaby i rury, wieloryby i łodzie podwodne, tak szeroko uchwycono temat.








Wróciłam na Hynka i przeszłam nią do końca, bo zależało mi na zobaczeniu nalepki na „skrzynce z prądem” na skrzyżowaniu z aleją Rzeczpospolitej. Widziałam bowiem w sieci zdjęcie nalepki nawiązującej do epidemii koronawirusa. Choć nalepione zielone „wirusy” wyglądały nawet sympatycznie.
Na wysokości przystanku Bajana zeszłam do tunelu i przyglądałam się tamtejszym malunkom. Niestety te dla mnie najciekawsze, nawiązujące do historii tutejszego lotniska, działającego do 1974 roku, zostały częściowo zamazane losowymi napisami.



Ostatecznie wyszłam na Bajana, gdzie ponownie lawirowałam między blokami, odkrywając na nowo kolejne murale. Skamieniałości, pani ze sklepowym wózkiem na łące, tukany i węże czy robot, to tylko niektóre z prac, na które natknęłam się na tym odcinku. Szczególnie intrygujący wydał mi się ten, gdzie dziecko bawi się kostką Rubika i ten sam kształt ma jego głowa, układana przez dorosłą postać. Ów dorosły człowiek miał już każdą ściankę poukładaną w jednolitej barwy pola.










Minęłam także okolony z jednej strony murem plac zabaw między blokami i rabatkę z konwaliami. Zaciekawił mnie malunek z herbem miasta i zakresem dat 997-1997. Tutaj naprawdę co chwilę znajdowałam coś ciekawego!
Wreszcie trafiłam na deptak w okolicy ulicy Nagórskiego, gdzie ustawiono nawet tablicę na temat patrona. Było widać, że to dość świeża inicjatywa.






Tymczasowo wyszłam ku alei Rzeczpospolitej i liczyłam na fajne zdjęcie z wiaduktu z widokiem na całą dzielnicę oraz widniejący z tej strony mural z papieżem oraz Lechem Wałęsą. Jakie było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że dość niefortunnie ustawiono tu nowe bloki, przez co spora część tak ważnego graffiti została zasłonięta. Z perspektywy wiaduktu wyglądało to ciutkę lepiej, ale i tak uważam, że wielka szkoda. Uwieczniłam widoki niemal w każdą stronę, po czym zeszłam ponownie na Jana Pawła II, by wkrótce wejść w ulicę Dywizjonu 303.




Najpierw natknęłam się na mural na bardzo wysokim bloku, który wykorzystano do nawiązania do twórczości Wisławy Szymborskiej. Bardzo ciekawie wyglądały tutaj także wejścia na klatkę. Motywy były relatywnie świeże (w perspektywie mojego poznawania Gdańska od kilku lat dość wnikliwie) i naprawdę różne – na tym bloku głównie kosmiczne. Na kolejnych blokach oglądałam ponownie starsze murale, na bocznych ścianach. Było nawiązanie do Chopina i patchworkowe postaci.







Wreszcie znalazłam się w pobliżu bloku numer 17, o którym wspominała kobieta. Nim dostrzegłam „charakterystyczne jajko”, fotografowałam plac zabaw. Akurat jakiś pan grabił tuż obok, ale nie ujmowałam go na zdjęciu.
– Proszę sobie spokojnie działać. Nie będę pana łapać w kadr – zapewniłam go.
– Ja się nie boję – pan odpowiedział uśmiechem.
Sytuacja po drugiej stronie bloku była nie mniej ciekawa. Chłopiec, może ośmioletni, jeździł na rowerze w pobliżu klatki, gdzie stała jego babcia, Popatrzył na mnie i zawołał do niej:
– Co dzisiaj tyle ludzi [robi] zdjęcia?
Hm, ja nikogo z aparatem nie spotkałam 😉 A z muralem po drugiej stronie, gdzie na beżowym tle była niewielka postać z miotłą, skojarzyło mi się memiczne hasło „jeszcze tylko zamiotę pustynię i mogę iść się uczyć” 😉



Po przejściu Nagórskiego wróciłam na ulicę Dywizjonu 303 i ruszyłam drugim jej odcinkiem, wzdłuż bloku numer 5. Tutaj też cieszyły oko pomalowane wejścia do klatek schodowych. Tutejsze były podpisane jako prace studentów ASP, a motywy nie były jednorodne. Znalazły się koty, psy, pociąg, łąka z lokomotywą w tle i całe scenki rodzajowe. Jak na patronów ulicy przystało, na jednym z bloków umieszczono mural z lotnikami ze sławnego po bitwie o Anglię Dywizjonu 303.







Tym sposobem trafiłam ponownie na nowe osiedle w okolicy dawnego pasa startowego i ruszyłam w kierunku przystanku autobusowego Zaspa SKM, aby wrócić do domu. Drugą wycieczkę planowałam zacząć tam albo na skrzyżowaniu Startowej i Hynka, ale autobus nie przyjechał, więc wybrałam tę drugą opcję i dotarłam tam pieszo z Przymorza.

Kolejno wchodziłam we wszystkie odnogi od Hynka, początkowo należące do Startowej, później do Pilotów. To była jedna rzecz, którą średnio lubiłam na Zaspie – ledwie dwie uliczki, a taka mnogość odnóg – nie było trudno się zgubić. Mi było o tyle łatwiej, że konsekwentnie wędrowałam z mapą murali, żeby żadnego nie ominąć. Na początek natknęłam się na taki, który powstał na bazie zdjęcia ze spotkania Czesława Miłosza ze stoczniowcami. Naprzeciw wejścia do ogródków działkowych, o których pisałam przy okazji zwiedzania Przymorza Małego, był o tyle ciekawy blok, że jedna jego część pięła się wyżej niż druga i tę właśnie przestrzeń wykorzystano na mural przedstawiający ludzi z latarkami. Kolorowe stworki, ale i prawdziwe postaci, takie jak Tamara Łempicka, pojawiły się na kolejnych ścianach. Można powiedzieć, że płynnie zanurzyłam się w ulicę Pilotów, co dawało się odczuć także po tematyce części tutejszych malowideł – samoloty czy rakiety to tylko niektóre z występujących na nich motywów.









Na moment podeszłam na peron SKM Gdańsk Zaspa, po czym dotarłam do muralu z kropkami, kojarzącymi się z alfabetem Morse’a albo jakimś szyfrem. I słusznie. Jakiś czas przed moją wycieczką natknęłam się na informację, że w układzie binarnym przedstawiono tutaj cytat z Witkacego.



Chwilę później wyszłam na alei Jana Pawła II. W okolicy kościoła pw. św. Kazimierza Królewicza był namalowany stwór z uniesioną gitarą. Co do samej świątyni, na początku roku udałam się tam na mszę i naprawdę podobała mi się zarówno lokalna atmosfera, jak i wystrój. Chociaż zewnętrzna bryła nie robi jakiegoś świetnego wrażenia, wewnątrz chyba był to jeden z ładniejszych kościołów pośród tych relatywnie nowych, bowiem kamień węgielny wmurowano tam w 1982 roku.


Kolejną spośród kilku prac, która mnie szczególnie zaciekawiła, była ta przedstawiająca anonimowego pilota, na którym przysiadły sikorki. Choć muszę szczerze przyznać, że gdyby nie informacje na stronie poświęconej muralom, w życiu bym nie pomyślała, że to pilot. Jednak graffiti przypadło mi do gustu, gdy odezwało się serce biologa.
Deptakiem przeszłam w kierunku XV Liceum Ogólnokształcącego, również pokrytego graffiti nawiązującym do Unii Europejskiej. Właśnie próbowałam je sfotografować, jednocześnie nie przekraczając bramy szkoły, gdy pewna pani zawołała na mnie i pokiwała palcem, bym podeszła. Byłam przekonana, że mnie zgani albo zapyta, co właściwie robię, jednak tego, co miało nastąpić, absolutnie się nie spodziewałam.
– Czy zrobi mi Pani zdjęcie? – zapytała.
Prośba była o tyle nietypowa, że pani twierdziła, że czeka na koleżankę. Robienie sobie w tym momencie zdjęć pośrodku niczego nie jest typowym wyborem, a tym bardziej w wersji, którą wyobraziła sobie pani. Zdjęła skórzaną kurtkę, zostając w bluzce z krótkim rękawem i stanęła na tle rosłego krzaka. Na szczęście podała mi swój telefon, a nie oczekiwała, że uwiecznię ją swoim. Co ciekawe, obie miałyśmy tego dnia maseczki w kropki. Chwilę później znów minęłam panią, jak przysiadła na ławce. Widocznie dalej czekała.




Sama uznałam jednak, że nie ma na co czekać i powędrowałam fotografować kolejne murale. Całkiem fajny był taki z dziewczynką i chłopcem wpatrzonymi w niebo. Pod nimi był kogut, którego grzebień tworzył panoramę miasteczka. Ale nie tylko malunki na ścianach pobudzały wyobraźnię, bowiem dotarłam do „Plamy” – oddziału Gdańskiego Archipelagu Kultury. Wystawiono tu, jak zwykle zresztą, część prac na zewnątrz. Kilka znałam, ale sporo było dla mnie nowych. Przy wejściu ponoć elewacja też była nowa, o czym postanowił mnie zapewnić pan, na oko z jakieś 10 lat starszy ode mnie.
Okazał się nietuzinkową postacią, ale trudno mi ocenić, czy powinnam to spotkanie zaliczyć do udanych. Totalnie mnie zagadał, właściwie sama mało kiedy miałam okazję coś wtrącić. I trudno było mi się odnieść nawet wtedy, kiedy dawał mi dojść do głosu. Już na początku moje wrażenia z tego „dialogu” były średnie, bo był przekonany o wyższości Politechniki Gdańskiej nad Uniwersytetem Gdańskim do tego stopnia, że nie wierzył w istnienie kierunków uniwersyteckich, na których w ogóle trzeba się uczyć. Opowiadał jako rzekomy absolwent, a jednocześnie technik budownictwa. Jednocześnie jako biolog po uniwersytecie wiedziałam, ile pracy musiałam włożyć w uzyskanie tytułu magistra i ile mnie jednak studia nauczyły. Ale to jeszcze nie wszystko. Pan opowiadał o różnych zbrodniach, które podobnież działy się na jego uczelni. Jak to kadra wykładowcza nadużywała alkoholu, w jakim stanie pojawiała się na zajęciach i że kiedyś student obciął egzaminatorowi głowę siekierą. Gdyby to nawet była prawda, w co nie wierzyłam, to uważałam to za średni temat do zagadywania spotkanej na ulicy kobiety 😉 Kreślił słowami różne niewiarygodne historie z udziałem CBŚ. Okazał też totalnie niezrozumienie dla mojej fascynacji (i przecież nie tylko mojej) muralami. Opowiadał, jak to kiedyś pracował przy tych wyższych blokach i rusztowanie się zawaliło, a koledzy mu zmarli na rękach. Straszne historie przeplatał takimi w stylu „co to nie on” i postanowił się pochwalić, że miał dwanaście aut, a gdyby wybrał inną ścieżkę kariery, to miałby sześć mieszkań, no ale tak to ma tylko cztery. Tak nawijał, że nie dało mu się wejść w słowo, a ja „uwolniłam się” po półgodzinie. Dziwne to było spotkanie i nie chciało mi się wierzyć za bardzo w to, co od niego usłyszałam. Jakiś czas później miałam okazję pogadać z kolegą wychowanym na Zaspie, który od razu wiedział, jakiego mężczyznę mam na myśli i uznał, że „koleś zaczepia ludzi i opowiada im różne bajki”.







Lawirując dalej przez ulicę Pilotów, natknęłam się na blok z namalowanymi flagami wielu państw. Ciekawa była również kompozycja jakby z zacieśniających się gałęzi drzewa, uległam jednak złudzeniu. Gdy przyjrzałam się bliżej, okazało się, że są to postaci, mające jednak korzenie zamiast nóg, a autor nawiązał do ludzkich relacji jako sieci. Jednym z ważniejszych murali był na pewno ten upamiętniający otrzymanie Pokojowej Nagrody Nobla przez Lecha Wałęsę. Dodatkowo umieszczono tam relatywnie niedawno tablicę biograficzną.


Przeszłam się deptakiem w obrębie ulicy Startowej, ależ tam było przyjemnie zielono! W pobliżu zobaczyłam boisko szkolne Szkoły Podstawowej nr 92. Zwracając uwagę na pagórki na mojej trasie, przypomniałam sobie, że przecież gdzieś na Zaspie była kapliczka z figurą Matki Boskiej, jak się później okazało – Zaspiańskiej. Zagadałam starszą panią i ona zasugerowała mi, gdzie znajdę ten obiekt. Uspokoiłam się, że nie ominęłam kapliczki, zatem wędrowałam dalej wedle planu, mając jednak z tyłu głowy zwiększenie uważności w sugerowanym przez panią miejscu.




Kapliczki nie dało się jednak przeoczyć, będąc w pobliżu. Prowadziły do niej zadbane schodki, rośliny dodawały miejscu uroku, ale kapliczka była w średnim stanie. Przez szyby mało co było widać. Zastanawiałam się, czy istniała w ogóle jakaś nieinwazyjna metoda zapewnienia im przejrzystości, czy może konstrukcja na to nie pozwalała. Ponadto z tych wszystkich pagórków rozciągały się fajne widoki. Zawsze to łatwiej sobie wyobrazić układ osiedla, będąc wyżej. Wyprawę zakończyłam przejściem przez aleję Rzeczypospolitej, gdzie na przystanku Startowa wsiadłam w tramwaj powrotny.



Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po dzielnicy Zaspa Młyniec!
