Nazajutrz ruszyłam sama, rozpoczynając w bardzo zbliżonym miejscu. Pierwszą ulicą, w którą planowałam zajrzeć, była Przyjaciół, na dalszym odcinku, prowadzącym na plac Gustkowicza. Pośrodku znajdowała się fontanna, a przestrzeń zaaranżowano na plac zabaw dla dzieci, a także jeżdżono tu na hulajnogach czy rowerach, choć o tej porze mijałam pojedynczych przechodniów. Pośrodku umieszczono fontannę, a na skraju były maszty z flagami Unii Europejskiej i Polski. Gdański symbol udało mi się z kolei wypatrzeć już jakiś czas temu na przyległym budynku. Herb umieszczono tuż pod dachem. W obrębie placu wkomponowano także tablicę na temat jego patrona.






Następnie weszłam w ulicę Rybołowców. Tutaj zdecydowanie pochłonęła mnie architektura. Balkony, kolumny, płaskorzeźby – było na czym zawiesić oko! Pośród budynków znalazły się też zabytkowe, a na jednym z domów była figura dorsza pochodząca z początku XX wieku!





Gdy weszłam w ulicę Bliską, od początku miałam poczucie, że uliczne latarnie wyglądają też tak jakoś… staroświecko. Jednocześnie byłam o takiej porze, że nie miałam jak sprawdzić ich funkcjonalności. Na szczęście natrafiłam na panią z psem.
– Przepraszam, czy te latarnie są czynne? – zapytałam.
– Tak. Miasto je wymieniło rok temu – odpowiedziała.
– Bo właśnie nie wiedziałam, czy one nie są zabytkowe.
– Nie, działają. Tu będzie rewitalizacja tej ulicy. Chodniki wymienią, kostka brukowa zostaje.
– Dziękuję bardzo! Dobrego dnia!
Na skrzyżowaniu znalazłam informację: „Tu kiedyś była restauracja”. Następnie udałam się na drugą stronę ulicy Na Zaspę przez ścieżkę ku Oliwskiej. Natrafiłam na graffiti Lechii z psem groźnej rasy oraz inne, z symbolami Gdańska. Zajrzałam w ulicę Podjazd, po czym podreptałam drugą częścią ulicy Rybołowców, by zobaczyć koniec ulicy Na Zaspę. Zobaczyłam graffiti znane mi już z wycieczki w ramach spaceru blogerów i znów spędziłam chwilę, fotografując je, bo naprawdę mi się podobało.
Wyszłam przy Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 5, w ramach którego mieściło się m. in. IV Liceum Ogólnokształcące. Najpierw podeszłam na tyły jedynego w Nowym Porcie falowca, po czym wróciłam wzdłuż terenu szkoły na Oliwską, przyglądając się także graffiti na ścianach placówki.





Gdy weszłam w Blizową, a z niej na ścieżkę w prawo, zaskoczył mnie widok pomnika na Westerplatte. Chyba poprzednio nie wchodziłam aż tak głęboko. Sama Blizowa też miała swój urok, gdyż była brukowana i z obu stron dopełniały ją zieleń i drewniane ogrodzenia.





Minęłam Kasztanową i budynek straży granicznej, ale ciągnęło mnie już ku latarni morskiej. Żeby tam dotrzeć, wędrowałam Oliwską aż do Przemysłowej. Drogowskaz kierował do Kapitanatu Portu. Sfotografowałam jego budynek, a także zabytkową latarnię morską z kulą czasu, którą miałam kiedyś szczęście odwiedzić w środku, choć nie jest to łatwe. Następnie podeszłam bliżej wody. Nabrzeże miało za patrona Ziółkowskiego, co upamiętniał wielki głaz z wyrytymi napisami. Ponadto dopatrzyłam się wystawy plenerowej na temat Portu Północnego. Dłuższą chwilę spędziłam też wpatrzona w przepływające statki – było w tym coś hipnotyzującego. Postanowiłam przejść się nabrzeżem najdalej, jak będzie to możliwe, bo nigdy wcześniej tego nie zrobiłam.













A skoro już o debiutach mowa, dawny przystanek, dziś tramwajowy o nazwie Latarnia Morska, też nie był przeze mnie dotąd jakoś wnikliwiej obejrzany. Weszłam zatem na peron, oglądałam jak biegły tory obok, przyglądałam się budynkowi z kilku stron. Budynek miał całkiem ciekawą formę i aż było mi szkoda, że pozostawiono go tak samemu sobie, by niszczał.



Chwilę później cofnęłam się do budynku dawnych koszar przy Oliwskiej / Kasztanowej. To w tym miejscu była filia obozu Stutthof, o czym wspominał mi na pierwszym spacerze Michał. Obecnie teren wykorzystywała policja i straż graniczna, ale tablice informacyjne były ogólnodostępne. Jedną umieszczono przy drodze, pozostałe na budynku.
Skręciłam w Kasztanową, gdzie mniej więcej w połowie ulicy stała pompa wodna. Pamiętam, jak się cieszyliśmy nią, gdy zwiedzałam Nowy Port podczas pierwszego projektu. Tym razem z radością korzystał z niej wróbelek, traktując ją jako poidełko.



Wyszłam na ulicy Wyzwolenia i podreptałam w kierunku Zespołu Szkół Morskich. Byłam pod wrażeniem obszernego i zadbanego boiska, choć ściany budynku nie wyglądały już tak „świeżo”. Ruszyłam następnie w kierunku falowca, jedyny w dzielnicy, pomalowany na pastelowe barwy. Poprzedzał go ciąg garaży i jeden z nich pomalowano właśnie na trzy pasy o tych samych barwach i podpisano „Falowiec Colour System”. Po przejściu całej Wyzwolenia, został mi odcinek Marynarki Polskiej pomiędzy ogródkami działkowymi. Miałam jeszcze chrapkę na fragment Letnicy, ale pogoda popsuła mi szyki. Przez całą wycieczkę raz padało, raz świeciło słońce, ale już w pobliżu granicy dzielnic momentalnie tak lunęło, że miałam mokre całe nogawki. Przy silniejszych podmuchach wiatru najzwyczajniej w świecie czułam zimno, dlatego postanowiłam wrócić do domu. Tramwaj mi uciekł, a kolejnego nieprędko mogłam się spodziewać (kocham niedzielne rozkłady jazdy!), dlatego zawróciłam i podreptałam na autobus w kierunku Przymorza.






Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej i drugiej wycieczki po Nowym Porcie!
