Kolejną dzielnicę, podobnie jak poprzednio Aniołki, podzieliłam na dwie wycieczki. Nowy Port również zwiedzałam początkowo z Michałem Harasimem ze strony Gvidanto, z którym znamy się z kursu przewodnickiego, a kończyłam w pojedynkę, choć tym razem spacery przypadły dzień po dniu. Zauważyłam, że w sumie wcześniej przyjeżdżałam do Nowego Portu głównie w męskim towarzystwie i tym razem powieliłam ten schemat, z drugiej jednak strony znałam już przestrzeń na tyle dobrze, że nie lękałam się w niedzielny poranek kontynuować wędrówki sama.

W sobotni poranek spotkaliśmy się na ulicy Marynarki Polskiej przed Wyższą Szkołą Bezpieczeństwa. Po przywitaniu się dłuższą chwilę spędziliśmy na oglądaniu wspomnianego budynku, pochodzącego z lat 50. ubiegłego wieku, stanowiącego wówczas Morski Dom Kultury, a jednocześnie będący reprezentantem stylu socrealistycznego w architekturze. Przy głównym wejściu ustawiono popiersia Żeromskiego i Nowowiejskiego.
Co do samego skrzyżowania z ulicą Wyzwolenia, Michał uświadomił mnie, że przebiegały tędy tory bocznicy kolejowej, tak jak obecna ścieżka rowerowa wzdłuż ogródków. Wkrótce skręciliśmy w ulicę Góreckiego, przechodząc w ten sposób wzdłuż cmentarza św. Jadwigi Śląskiej. Przekroczyliśmy nawet na chwilę bramę, by sfotografować kaplicę chociaż z zewnątrz.






U wylotu ulicy Góreckiego na ulicę Wolności, znajdował się pomnik jej patrona. Nazwisko księdza Góreckiego zapadło mi w pamięć, podobnie jak kilku innych trójmiejskich błogosławionych, którzy zginęli w okresie II wojny światowej. Samemu pomnikowi też przyglądałam się z uwagą. Na stule widniała Matka Boska z Dzieciątkiem, a pelerynę zdobił wizerunek bryły lokalnego kościoła, latarni morskiej w Nowym Porcie oraz kilka innych symboli, w tym litery.




Ulicą Wolności powędrowaliśmy w kierunku Krzywej, której kolejnym odcinkiem planowaliśmy zawrócić, a jeszcze następna droga przebiegała na tyłach cmentarza. Tymczasem jednak spacerowaliśmy brukowaną uliczką, odnotowując przysiadającego na drzewku ptaka czy płaskorzeźbę z ludźmi pracy na jednej ze ścian. Wyszliśmy na wysokości Szkoły Podstawowej nr 55. Najpierw zaciekawiły mnie figury lwów, ale wykorzystaliśmy nieco sytuację i przez otwartą furtkę weszliśmy, bym sfotografowała tabliczkę z numerem szkoły. Okazało się, że jej patronem był Jan Heweliusz, jeden z moich ulubionych gdańszczan!
A propos furtek, kawałek dalej natknęliśmy się na taką z wkomponowanym gdańskim herbem. Lubię znajdywać ten motyw w przestrzeni miejskiej.






Gdy wędrowaliśmy na tyłach cmentarza, naszą uwagę zwróciły także tamtejsze kosy. Zauważyłam ponadto, że w parku było wzniesienie, tzw. Górka Jordanowska, ale trudno było o dobre zdjęcie, bo kręcili się tam ludzie z małymi dziećmi. Wyszliśmy najpierw na ulicy Wyzwolenia, gdzie mieściły się silosy, a Michał podzielił się ze mną informacją, że były przeznaczone na tynk, choć trudno mi było to sobie wyobrazić. Na ich wysokości odbiliśmy w lewo. Natknęliśmy się na tablicę głoszącą, że dawniej mieścił się w tym miejscu cmentarz ewangelicki i trwał tak przez blisko trzy stulecia. Na murze po drugiej stronie drogi widniały lepiej lub gorzej zachowane graffiti. W parku ucieszyła mnie jeszcze obecność strefy dla motyli, obsadzonej specjalnymi, przyciągającymi te owady roślinami. Intrygujący był też betonowy słup, z daleka myślałam, że może będzie na nim jakaś tablica, ale jednak nie było nam dane poznać jego przeznaczenia.





Przeszliśmy ku Starowiślnej, mijając przy tym schronisko dla bezdomnych. Kolega był zaskoczony, że odwiedziłam je kiedyś w środku, szukając pana spotkanego podczas poprzedniego zwiedzania. Podobnie jak wtedy intrygowało mnie też Muzeum Sybir Pro Memento i kolejny raz nie udało się wejść i sprawdzić, co prezentowało. Ciekawe, czy w ogóle było jeszcze czynne. Dodatkowo miejsce opatrzono tabliczką „Uwaga pszczoły”.
Dotarliśmy do kanału o wdzięcznej nazwie Warzywód II. Stanowił granicę dzielnic. Znajdujące się już za nim spichlerze należały do Letnicy. Michałowi przypomniał się rejs w kierunku Helu w ramach kursowych zajęć, podczas którego szyper opowiadał, że spichlerze pochodziły jeszcze z XIX wieku i służyły w czasach caratu do eksportu zboża ukraińskiego z portu w Gdańsku.
Zawracając, podeszliśmy do jachtu Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie. Oceanię darzyłam sentymentem, ponieważ miałam okazję uczestniczyć kiedyś w próbnym rejsie po zatoce i przespać na niej nawet jedną noc. Dlatego nie mogłabym sobie darować, gdybym nie stanęła do zdjęcia. Nawet pomimo obecności pracowników, których akurat nie kojarzyłam. Na przystanku Nabrzeże Zbożowe dopatrzyliśmy się również całkiem fajnej planszy z hasłem „Nad Nowym Portem słońce nigdy nie zachodzi”. Okazuje się bowiem, że na świecie jest więcej miast o nazwie odpowiadającej naszej, polskiej. Na innej planszy rozrysowano rozkłady dwóch linii tramwaju wodnego z centrum miasta. Jedna z nich kursowała w kierunku Westerplatte, druga na Sobieszewo. Chociaż pływającego jeszcze kilka lat wcześniej promu ku Twierdzy Wisłoujście już nie było, samą twierdzę dość dobrze widzieliśmy z tej strony rzeki.







Z Nabrzeża Zbożowego skierowaliśmy się ku ulicy Władysława IV. Najpierw kawałek przeszliśmy ścieżką po prawej, by ominąć remonty i zobaczyć twierdzę z innej perspektywy. Wracając, zatrzymaliśmy się przy budynku, który wyglądał na opuszczony, ale bardzo mnie zaintrygował, no i był ceglany, co też zawsze zwraca moją uwagę. Szukałam informacji, co się w nim dawniej mieściło, nawet natknęłam się na jakieś spekulacje na gdańskiej grupie, ale niestety zgubiłam ten post nim zapisałam sugestie. Miejsce, choć nietypowe, a może właśnie dlatego, skłoniło mnie do zapozowania w przejściu w murze, do czego później namówiłam i Michała.
Po drodze i już na ulicy Długosza, skupiłam się na graffiti na murze. Sfotografowałam ich całkiem sporo, niektóre kojarząc z poprzedniej wizyty, a w jedno malowidło wręcz się wkomponowaliśmy, robiąc sobie wspólne zdjęcie. Niemałą ciekawostką był zapisany cytat „Życie choć piękne, tak kruche jest” nad rabatką z kwiatami. W końcu kwiaty to jeden z symboli życia!










Po przeciwnej stronie ulicy Władysława IV mieściła się zabytkowa już, bo pochodząca z końcówki XIX wieku zajezdnia tramwajowa. Nie omieszkałam też sfotografować tramwajów z „Niebem Polskim” oraz z symbolami oddziałów Muzeum Gdańska.


Na dalszym odcinku skupiłam się już bardziej na architekturze. Przede wszystkim nastawiałam się na ujrzenie niskiego, długiego budynku, z poetyckim napisem, który widziałam poprzednio, ale niestety, już go wyburzono. To nie zmienia jednak faktu, że inspiracji wokół nie brakowało. Nie tylko domy skłaniały mnie do fotografowania, ale zrobiłam sobie też zdjęcie w nietypowym, bo stojącym przy przystanku lustrze dla kierowców, a może motorniczych, biorąc pod uwagę bliskość przystanku właśnie. Zaglądając w przeróżne zakamarki, natrafiliśmy na bramę na teren portu morskiego.
Skręciliśmy dopiero w ulicę Na Zaspę w prawo. Swoją siedzibę miała tam Portowa Straż Pożarna „Florian”. My jednak nie skręciliśmy przy pierwszej okazji w ulicę Zamkniętą, ale najpierw podeszliśmy najbliżej Wisły jak się tylko dało – aby kolejny raz podejrzeć twierdzę. Zaintrygował mnie przy tym wolnostojący słup na trawniku. Mógł być pozostałością po latarni, ale z oddali zastanawiałam się, czy nie zaopatrzono go raczej w kamerę. Sfotografowałam też jedną z gałęzi, tak skupiłam się na żywej zieleni liści.
Przez Zamkniętą przeszliśmy, mijając Zarząd Morskiego Portu Gdańsk SA. Podczas gdy mnie intrygowała widoczna już wieża kościoła, Michał zwrócił też moją uwagę na magazyn i biurowiec Baltony, która stanowiła sklep wolnocłowy jak kiedyś Pewex.









Chwilę później znaleźliśmy się przy Morskim Kościele Misyjnym Niepokalanego Serca Maryi. Przyciągał moją uwagę wieżą z zegarem, ale sama bryła też była ciekawa i nieoczywista, jakby obrócić trzy nawy i z boku jednej z nich ustawić wieżę, a przecież to tamtędy się wchodziło. Aż byłam ciekawa wyglądu świątyni wewnątrz, ale niestety była zamknięta. Czworo drzwi opatrzono latarniami i metalowym wzornictwem. Z tablicy wynikało, że w kościele posługiwali franciszkanie. Kamienna ściana u dołu, u góry przechodziła w ceglaną. Stojąc pod wieżą, czułam tę majestatyczność. Od strony wieży na cokole stała jeszcze figura Matki Boskiej.



Wędrując dalej Oliwską, dopatrzyłam się ciekawego okna ze szprosami na poddaszu zaniedbanego budynku. Dalej były już bardziej zadbane przestrzenie i nawet kwiatków nie brakowało. Przy jednej z bocznych dróg dopatrzyłam się graffiti z napisem Portowiec i latarniami morskimi na jego skraju. Chciałam jednak wejść we Floriańską i kojarzyłam ją z kolejną w dzielnicy świątynią, dlatego powędrowałam dalej. Minęłam znajomą tablicę z atrakcjami Nowego Portu przy lokalu gastronomicznym, ale tym razem była zasłonięta folią. Po drugiej stronie jawiła się niewielka uliczka Solec.


Gdy znaleźliśmy się pod kościołem pw. św. Jadwigi Śląskiej, akurat zastaliśmy pana kościelnego, który ogarniał coś przed kościołem. W związku z tym drzwi świątyni były otwarte. Zapytałam pana, czy możemy mu zająć trzy minuty i zobaczyć, jak kościół wygląda w środku. Pan stwierdził, że „jak trzy minuty to ok” i weszliśmy. W pośpiechu zrobiłam trochę zdjęć, z czego część niestety wyszła nieostra. Znalazłam tablice upamiętniające księży Góreckiego i Gustkowicza, a także kamień z miejsca urodzenia św. Jadwigi. Pewnie to oglądanie zajęło nam ciut więcej czasu, ale nie przeszkadzaliśmy panu w pracy, a po obejrzeniu świątyni podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej, na terenie kościelnym znajdując także grotę ze świętą modlącą się do Matki Boskiej oraz figurę papieża Jana Pawła II. Zachwyciłam się też latarenkami, szczególnie tymi z gdańskim herbem. Tutejszy kościół był zabytkiem w stylu neobarokowym.
Widoczny stąd budynek na rogu należał już do ulicy Góreckiego, zatem ta poprzednia z graffiti musiała być Floriańską. Przeszliśmy przez ulicę Na Zaspę, dzięki czemu na tyłach kościoła mogłam jeszcze obejrzeć budynki zdobione laubzegami. A przy samej wspomnianej ulicy biegł murek z czymś na kształt bunkra.
Po chwili rzeczywiście znaleźliśmy się na Floriańskiej, była podpisana od tej strony. Moją uwagę momentalnie przykuł kolejny mural. Ścianę niewielkiego domku zdobiła panorama kolorowego miasteczka. Michał zrobił mi zdjęcie, jak robię zdjęcie. A za moment mieliśmy przymusową przerwę pod zadaszeniem budynku Gdańskich Nieruchomości, gdyż rozpadało się. Na szczęście deszcz nie zacinał jakoś uporczywie i niedługo później ruszyliśmy dalej.










Na dalszym odcinku ulicy Na Zaspę przyglądałam się architekturze i dostrzegłam graffiti wypatrzone podczas jednej z edycji spaceru blogerów, niestety obecnie już mocno zniszczone zębem czasu. Było też nowe w stosunku do mojej poprzedniej obecności w tym miejscu, choć nie najnowsze, z Dexterem. Zajrzeliśmy tylko w Mylną na tym odcinku, tak samo chcąc podejrzeć go od drugiej strony. Nawrotkę zrobiliśmy dopiero przez ulicę Władysława IV.
Ulicą Strajku Dokerów dotarliśmy na tyły wspominanej już Szkoły Podstawowej nr 55. Teren był opuszczony, brama otwarta na oścież, a świetne graffiti zasłonięte z tej perspektywy częściowo kontenerami. Wykorzystaliśmy okazję, by podejść bliżej. Zrobiłam zdjęcie muralu w stylu gry Worms, prezentującej wyższość tej podstawówki nad innymi placówkami. Gdy wychodziliśmy, na teren wjechała… taksówka. Pan nas zagadnął:
– Skąd Państwo jesteście?
– Z Gdańska. Spacerujemy sobie.
– Bo to jest plac budowy.
– Ach, bo nie było znaku, a my weszliśmy tylko graffiti sfotografować.
Pan wyraził zrozumienie, a że żadne prace nie trwały, to podziękowaliśmy mu, że nas w ogóle uświadomił. Okazał się bardzo miłym człowiekiem.




Po drugiej stronie moją uwagę zwrócił ceglany budynek – tzw. Kinoport. Dalej zrobiłam sobie przystanek przy drzwiach budynku przy Góreckiego, bo w portalu ułożono tam naprzemiennie cegły dwóch kolorów. Gmach stanowił siedzibę Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Kręciliśmy się kolejnymi uliczkami, m. in. przy przychodni na Oliwskiej i siedzibie rady dzielnicy, aby ostatecznie zawrócić przez ulicę Wilków Morskich. Dalej przyglądałam się różnorodności zabudowy, ciesząc oczy chociażby domkiem szachulcowym, a także dopatrując się graffiti Lechii przy pizzerii. Kilka ceglanych domków z zielonymi ramami okien i drzwiami też wyróżniało się w tym miejscu. Planowaliśmy skończyć w podobnym miejscu jak rozpoczęliśmy wycieczkę. Dlatego na koniec na celowniku były już tylko dwie uliczki – Spokojna i Przyjaciół. Przy tabliczce z nazwą tej drugiej zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę. Ostatecznie przysiedliśmy na koniec, by przejeść prowiant 😉 na ławeczce w obrębie skwerku po przeciwnej stronie ulicy Marynarki Polskiej niż Morski Dom Kultury – miejsce naszego startu. Ostatecznie pożegnaliśmy się przy przystanku, pozwalając sobie jeszcze na krótką sesję na betonowym wyniesieniu blisko drogi. Przy tej okazji dopatrzyłam się jeszcze napisu Nowy Bronx na jednym z budynków.







Ciąg dalszy nastąpi…
Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej i drugiej wycieczki po Nowym Porcie!
