Drugą wycieczkę po Aniołkach odbyłam w pojedynkę. Podjechałam autobusem z pracy tak, żeby rozpocząć mniej więcej w miejscu zakończenia poprzedniej wycieczki. W ten sposób pokonałam przez Suchanino trasę do ulicy Smoluchowskiego. Wędrowałam wzdłuż ogródków działkowych, gdzie chodnik szerokości jednej kostki był dodatkowo zwężony ekspansyjną roślinnością. Przeszłam zatem na drugą stronę drogi, przy okazji zaglądając w zabudowania przy ulicy Cygańska Góra. Wróciłam na prawą stronę mniej więcej wtedy, gdy rozpoczął się normalny chodnik, a mnie dodatkowo skusiła kolorowa roślinność i tajemnicza ścieżka, za którą spora wolna przestrzeń nie oferowała jednak wybitnych widoków.









Wędrowałam tak aż do Zbiornika Wody Sobieski i przepompowni wody Sobieski II, znajdujących się naprzeciwko docelowej ulicy Smoluchowskiego. Droga, jak zawsze gdy nią wędruję, bardzo mi się dłużyła. Minęłam między innymi Pomorskie Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy oraz Uniwersyteckie Centrum Kliniczne. Zawsze mnie intrygowało, ilu widziałam tu palących papierosy przedstawicieli służby zdrowia. Dalej znajdowała się jeszcze Klinika Psychiatrii Dorosłych. Budynek wyróżniały kraty w oknach. Pomiędzy innymi zabudowaniami moją uwagę zwróciły duże zbiorniki, prawdopodobnie z ciekłym tlenem.






W pobliżu skrzyżowania z ulicą mieściła się Szkoła Podstawowa nr 15. Pomimo ciekawej fasady z owadzimi motywami w portalu, budynek sprawiał wrażenie mocno zaniedbanego, bo w wielu miejscach odpadał z niego tynk. Jak na kojarzącą się medycznie dzielnicę przystało, patronką tutejszej szkoły została lekarka Urszula Mroczkiewicz. Co ciekawe, była pierwszym polskim pediatrą w Wolnym Mieście Gdańsku. Zaciekawił mnie także budynek sąsiedni, z ceglanymi wstawkami.




Po przejściu ulicy Smoluchowskiego do końca, wstąpiłam do Zielonego Parku. Z tablicy wynikało, że utworzono go na terenie dawnego cmentarza ewangelickiego, zachowując przy tym stary drzewostan i domek dozorcy. Przespacerowałam się parkowymi alejkami, znów natrafiając na szpaki, po czym wyszłam na ulicy Skłodowskiej-Curie.
Powędrowałam w górę drogi, wzdłuż budynku dziekanatu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, natrafiając przy tym na tablicę informującą, że podczas wojny naziści wykorzystywali zwłoki swoich ofiar, m. in. więźniów Stutthofu i pacjentów z Kocborowa, do produkcji mydła. Kolejne naścienne elementy nie budziły już tak negatywnych emocji. Na murze namalowano graffiti prezentujące przeszczep nerki pod hasłem „Okaż dobrą wolę”. Dodatkowo na dole widniał elektrokardiogram z serduszkiem. Dalsze malunki pamiętałam jeszcze z wizyty sprzed ponad pięciu laty i teraz zastałam je bardziej zniszczone zębem czasu.







Kolejnym etapem mojej wędrówki było wejście do kościoła pw. Matki Boskiej Częstochowskiej. Zależało mi, aby odwiedzić w środku każdy gdański kościół, jednak w okresie epidemii jeżdżenie co niedzielę gdzieś indziej było utrudnione. Z drugiej strony część świątyń pozostawała otwarta dla wiernych nawet poza godzinami mszy, a przynajmniej miała dostępny przedsionek, mogłam więc zajrzeć do środka. W tym przypadku też narobiłam sobie sporych nadziei, natomiast weszłam jedynie do kaplicy, główny kościół okazał się zamknięty. Pierwszym proboszczem był ksiądz Dutkiewicz, patron hospicjum, które miałam mijać później. Zaciekawiły mnie także metalowe drzwi z wzorem rozłożystego drzewa i płaskorzeźba przy wejściu do właściwej części świątyni.


Po pokonaniu kolejnego odcinka zajrzałam w ulicę Hoene-Wrońskiego, po czym kontynuowałam wędrówkę ulicą Skłodowskiej-Curie. Chciałam zobaczyć na narożnym budynku apteki po lewej wizerunek eskulapa z koroną ponad laską, wokół której wił się wąż. Pamiętałam, że motyw zwrócił moją uwagę już tych kilka lat temu.
Wkrótce znalazłam się przed głównym, najbardziej reprezentacyjnym, w moim odczuciu, budynku Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Ulice biegły tu na kształt ronda, a wyspę pośrodku wykorzystano, aby ustawić pomnik Michalaka, doktora, który był dyrektorem placówki szpitalnej, którą dała początek dzisiejszemu GUMed-owi właśnie. Jedyna rzecz, która mnie zastanowiła, to że pomnik ustawiono „twarzą” ku placówce (choć metaforycznie można zażartować, że wciąż „miał na nią oko” 😉 ), a nie jakby przed, więc na zdjęciu doktor prezentował się tyłem. Później podeszłam jeszcze z przeciwnej strony, ale przy gęstym ruchu samochodowym i sporej odległości od tablicy na cokole nie było łatwo ani przyjrzeć się detalom, ani je sfotografować. Sam budynek również bardzo mi się podobał, bo wykonano go z dbałością o detale architektoniczne, co dodawało mu w elegancji w moich oczach 😉 Także logo instytucji jest piękną kompozycją herbu Gdańska z akcentem medycznym w postaci eskulapa.






A skoro już byłam na ulicy Dębinki, nie mogłabym z niej nie zejść ku ulicy Fahrenheita. Krótka ulica nie prezentowała się jakoś wybitnie, co stanowiło dla mnie pewne rozczarowanie. Wiem jednak, że nie jestem obiektywna – po prostu Fahrenheit należy do moich ulubionych gdańszczan.


Dębinki w drugą stronę podążałam aż do skrzyżowania z ulicą Hoene-Wrońskiego. Mogłam ją zatem poznać od przeciwnego krańca, ale ciekawostkę znalazłam tak naprawdę po drugiej stronie skrzyżowania. Widząc chłopaka schodzącego na dół, odkryłam schody na pokryte drzewami wzniesienie. Mimo to po wspinaczce rozciągały się tam fajne widoki na budynek GUMed-u zwany Collegium Biomedicum, w którym gościłam kiedyś zawodowo na dniach otwartych i dostałam nawet stosowną koszulkę. Na wysokości zrobiłam sobie krótką przerwę na przekąskę, korzystając z braku przechodniów.





Wkrótce skręciłam w ulicę Tuwima. Wędrując tamtędy, zwracałam uwagę na detale architektoniczne zdobiące wille. Naprawdę warto! Balustrady, portale, płaskorzeźbione wzory nad oknami, a nawet różnorodność samych brył budynków, to może cieszyć oczy. Przy tej okazji wypatrzyłam regały z książkami, którymi zastawiono okna w podpiwniczeniu. A może była to imitująca półki naklejka? Trudno powiedzieć. Ze wszystkich domów najbardziej urzekł mnie ten na skrzyżowaniu z aleją Zwycięstwa. Nie mniej spektakularnie wyglądały wille na ulicy Śniadeckich, choć muszę przyznać, że na tamtym odcinku zauroczyły mnie ogrody. Kwiaty zdobiły także niejeden balkon. Zaintrygowały mnie też murowane słupki i niski murek, choć nie wiedziałam, co właściwie miał okalać, bo towarzyszyły mu chaszcze, ale kształt był ciekawy.












Odwiedzenie ślepej ulicy Dantyszka nie zajęło wiele czasu, za to przespacerowanie się Dębową wręcz przeciwnie. To w tej części dzielnicy znajdowały się akademiki dla studentów medycznej uczelni. Przy jednym z wjazdów zatrzymałam się na dłużej, bo natknęłam się na graffiti na stacji transformatorowej. Zapisano tam też słowa „Jaka młodzież dziś, taka Polska jutro” – trudno się nie zgodzić. Na krańcu drogi mieściły się jeszcze dwa ciekawe dla mnie obiekty – Katedra i Zakład Medycyny Sądowej oraz Centrum Symulacji, oba należące również do GUMedu.








Następnie spory kawałek musiałam zawrócić. Kolejna ulica, Orzeszkowej, zaciekawiła mnie właściwie na obu krańcach. Z jednej strony wjazd w nią był ciekawie zaaranżowany, obfitujący w zieleń i znajdowała się tam kręgielnia, która już kilka lat temu zwróciła moją uwagę, bo jeden z namalowanych kręgli miał jakby smutną buzię, a tabliczce „Zakaz wprowadzania psów” zabrakło literki „p”, przez co przekaz z sowami budził niezmiennie mój uśmiech.
Po drodze zajrzałam jeszcze we Wronią, a na kolejnym skrzyżowaniu, noszącym znamiona ronda, nie mogłam wyjść z zachwytu, jak ulica „opadała”, odsłaniając w oddali stoczniowe żurawie. Skręciłam w prawo, dłuższą chwilę przeznaczając jednak na budynek, który należał wciąż do ulicy Orzeszkowej. Willę wpisano do rejestru zabytków i pochodziła z początku lat 20. XX wieku. Niedługo po mojej wycieczce widziałam informacje o niej na gdańskich grupach – była w o wiele gorszym stanie, niż wyglądało to z zewnątrz.





Przeszłam przez ulice Chodowieckiego i Kopernika, natrafiając przy tym na budynki hospicjum z drewnianymi figurami przed wejściem oraz Gdańskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej. Następnie dotarłam do Ronda Ofiar Katynia, gdzie przeszłam na światłach, by kierując się na północ, obejrzeć aleję Zwycięstwa i ulice po jej prawej stronie.




Na początek zeszłam po schodach ku ulicy Kolejowej, którą charakteryzowała stara, ceglana zabudowa. Stamtąd skierowałam się ku parkowym alejkom. Nie wchodziłam na wiadukt nad torami kolejowymi, zostawiając to na wycieczkę przez Młyniska. Park wydał mi się dość dziki, zapewne przez gęsto rosnące „dmuchawce”. Zwróciłam uwagę na kwitnące kasztanowce – w końcu był to maj. Podobały mi się również proste, okrągłe latarenki. W obrębie parku mieścił się niewielki budynek, opatrzony dziś częściowo zakrytym napisem „Obywatel upoważniony jest…”, który dopowiedziałam sobie, pamiętając wycieczkę sprzed kilku lat „wyluzować na dyskotece”.





Wyszłam na aleję Zwycięstwa mniej więcej w okolicy czołgu T-34 I Brygady im. Bohaterów Westerplatte, a tabliczka informowała, że uczestniczył w działaniach wojennych w Gdańsku w 1945 roku. Kawałek za nim znajdowało się wejście do Parku Steffensa, ale mnie interesowały schody do tunelu. Sfotografowałam tamtejsze malowidła, ale nie było mi w głowie wychodzenie na przystanek tramwajowy. Interesowała mnie ścieżka między jezdniami, prowadząca do pomnika, który obiecywałam sobie zobaczyć od pięciu lat. Łatwo sobie wyobrazić, że gdy po takim czasie nareszcie nie przejechałam obok, ale podeszłam bezpośrednio do głazu upamiętniającego Daniela Gralatha, twórcę tutejszej Wielkiej Alei Lipowej, zareagowałam bardzo entuzjastycznie. Z tego co pamiętam, nawet napisałam do kilku osób, dzieląc się tym momentem i zrobiłam nie tylko sesję pomnikowi, ale i sobie na jego tle.





Wróciłam na chodnik w okolicy czołgu i kierowałam się dalej na północ. Zorientowałam się później, że ominęłam przez to odcinek ulicy Traugutta, ale skoro było już po fakcie, postanowiłam przejść ją w całości z Górnym Wrzeszczem. Tymczasem minęłam Centrum Sportu Akademickiego Politechniki Gdańskiej z obszernym boiskiem. Obiektem, o którym na pewno nie można zapomnieć, była zlokalizowana w sąsiedztwie kina Opera Bałtycka. Sama dość długo nie korzystałam z okazji, by obejrzeć jakąś operę, ale zaryzykowałam pełna optymizmu jako fanka musicalu i po tej wizycie jestem pewna, że jeszcze wrócę, choć myślę, że odbiorcy jest łatwiej, kiedy zna daną historię wcześniej choć trochę. Jeśli chodzi o budynek, obejrzałam go niemal dookoła, przyglądając się przy tym graffiti widocznym od strony ulicy Hallera. Część nawiązywała oczywiście do przeznaczenia gmachu, ale tak po prawdzie motyl ze skrzydłami przypominającymi pizzę przy lokalu gastronomicznym też wydał mi się ciekawym motywem, budząc delikatne rozbawienie. Jeżdżąc tędy tramwajem uległam jednak złudzeniu, że to mural. Tak naprawdę miałam do czynienia z banerem. Następnie przespacerowałam się ulicą Towarową, a zawracając, odbiłam w ulicę Trubadurów. Przejście ścieżką od stacji SKM Gdańsk Politechnika, wzdłuż opuszczonych budynków i drzew, zawsze miało dla mnie intrygujący klimat. Kilka razy korzystałam z tego skrótu, raczej w podbramkowych sytuacjach, teraz przeszłam się tędy dla przyjemności, mając po prostu po drodze na przystanek tramwajowy.









Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej i drugiej wycieczki po Aniołkach!
