Aniołki – dzielnica medyczna, ale czy tylko? #1

Choć przez większość okresu lockdownu pracowałam zdalnie, zdarzały się dni, gdy musiałam pojawić się fizycznie na Górze Gradowej. Skoro i tak kursowałam danego dnia komunikacją, starałam się skorzystać z okazji i odwiedzić pobliską dzielnicę – Aniołki. Można powiedzieć, że wycieczka obfitowała w ciekawostki językowe, a to za sprawą towarzystwa Michała Harasima z kursu przewodnickiego, który także prowadził swoją stronę na Facebooku pod nazwą Gvidanto. Uświadomił mnie chociażby, że mogę powiedzieć, że zaczęłam zwiedzanie odleglejszych dzielnic od „Aniołek”, nie zaś od „Aniołków”, co wydawało się intuicyjnie powiązane ze skojarzeniem z aniołkami jako postaciami.

Rozpoczęliśmy na skrzyżowaniu ulic Dąbrowskiego i Powstańców Warszawskich. W pobliżu mieścił się Zbór Chrześcijan Baptystów. My z kolei ruszyliśmy żwawym krokiem w kierunku tabliczki z nazwą dzielnicy, gdzie zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Była to nasza pierwsza wycieczka tylko we dwójkę, choć spacerowaliśmy już kiedyś we trójkę z Kamilem z bloga 7 zdjęć z Gdańska. Przy tej okazji odkryłam zatem coś nowego – Michał preferował zdjęcia w naturalnym układzie, podczas gdy w trybie selfie obracały się prawo-lewo. Początkowo uznałam, że przecież wszyscy wiedzą, że selfie jest obrócone. Po wycieczce Michał obrócił zdjęcia w komputerze i nauczył mnie, jak można to łatwo zrobić na komputerze, a później odkryłam też odpowiednią opcję w telefonie, co i tej pracy mi odejmowało.

Już na granicy dzielnic moją uwagę zaczęły przykuwać ceglane mury i przydomowa zieleń. Michała tymczasem przyciągały ciekawostki motoryzacyjne. Weszliśmy w ulicę Płowce, gdzie mieliśmy pierwszy kontakt z „tubylcem”. Kociak jednak popatrzył się na nas, po czym ruszył swoją ścieżką. Kolejny kawałek pokonaliśmy ulicą Dąbrowskiego, z której zeszliśmy na Wrocławską. Zauważyłam, że wędrujemy ciut inaczej niż spacerowałam kilka lat temu:

– Szłam wtedy Płowcami w górę.

– Płowce się odmieniają jak owce – sprzedał mi kolejną ciekawostkę Michał. – Czyli Płowce, Płowiec i owce, owiec.

Wydawało się, że Wrocławska będzie ślepa, ale nie dla pieszego, a na końcu uważne oko Marty wypatrzyło kilka ciekawostek. Wraz z Michałem ucieszyliśmy się na widok maków. Nie były jeszcze rozkwitnięte w całości, co wydało mi się atrakcyjnym kadrem. Dalej zobaczyłam napis na murze artystyczną czcionką, lecz okazał się zwykłą reklamą. Po sąsiedzku kolejną reklamę opatrzono postacią chłopaka w czapce z daszkiem i słuchawkami na głowie. Zauważyłam też, że garaże miały swoje numery. Kolejną ciekawostkę wypatrzyłam już na ścieżce w górę po lewej stronie od zabudowy. Na jednym z budynków na ścianie umieszczono gdańskie lwy podtrzymujące dwa krzyże z koroną, choć bez tła herbu.

Wyszliśmy na skrzyżowaniu dróg Kozietulskiego, Świdnickiej i Dziekuć-Maleja, aby skręcić w tę ostatnią. Ciekawie wyglądała sama krzyżówka, ale i odsłaniające się wkrótce przed nami widoki z góry:

– Patrz! I Biskupia Górka – zawołał Michał, wskazując charakterystyczną wieżę.

Tymczasem po przeciwnej stronie drogi zaciekawiła nas ścieżka prowadząca na duży, płaski teren. Gdy wychodziliśmy z opuszczonej działki, spotkaliśmy najpierw jedynego jej mieszkańca, który się tu ostał, czyli czarnego kocura, a po chwili wysiadającą z auta panią, która wdała się z nami w pogawędkę. Okazało się, że znała dawnego właściciela, więc opowiedziała nam jego historię,  po czym przyznała, że przyjeżdża tu regularnie, by karmić czworonoga.

Kawałek dalej zeszliśmy schodami przy uroczym skalniaczku na Żołnierską. Była tam pracownia artystyczna i nawet pamiętałam charakterystyczne ozdoby ze swojego poprzedniego spaceru w tej okolicy w ramach pierwszego zwiedzania Gdańska. Oprócz ciekawych kompozycji barwnych, jakie tworzyły drzewa i krzewy, moją uwagę zwróciła też rabatka z bratków na kształt serduszka.

Idąc ulicą Dziekuć-Maleja, minęliśmy użytek ekologiczny Luneta z Pasikonikiem. Wyszliśmy na Dąbrowskiego, znajdując się jakby na tyłach Cmentarza Garnizonowego, gdzie moją uwagę zwrócił drewniany budynek. Przez fragment ulicy 3 Maja wyszliśmy przy Placu Zebrań Ludowych. Po drodze debatowaliśmy, kto ma większy wpływ na język dziecka, skoro po polsku mówimy „język ojczysty”, ale po angielsku jest mother tongue, zaś po niemiecku die Muttersprache?

Na Placu naszą uwagę zwróciły kontenery, ale nie byle jakie! Stały jeden na drugim, na oko były kilkunastostopowe, a zdobił je mural. Z jednej strony mogło się to kojarzyć z adaptacją terenów postoczniowych i klubem 100cznia, z drugiej na myśl nasuwał się muzyczny Rudy Kot, bo właśnie takiego czworonoga namalowano na kontenerach. Niedługo po naszym spacerze dopatrzyliśmy się informacji, że instalację umieszczono w obrębie skrzyżowania Łostowicka-Armii Krajowej.

Tymczasem my weszliśmy w ulicę Giełguda, bo kolejnym etapem naszej wycieczki był Cmentarz Żołnierzy Radzieckich. Co ciekawe, patronem został nie ten Giełgud, który był powiązany z walkami na terenie Gdańska w 1807 roku, co upamiętniał chociażby pomnik po drugiej stronie ulicy Dąbrowskiego, lecz zamiast Ignacemu, ulicę przypisano Antoniemu.

Z kolei sam cmentarz wydawał mi się miejscem już dobrze znanym, a mimo to spoglądałam na niego jakby nowymi oczami. Na wejściu odwiedzających nekropolię witał pomnik dwóch matek – Polki i Rosjanki. Prace nad powstaniem cmentarza rozpoczęto w 1946 roku i pochowano tam ponad trzy tysiące żołnierzy i cywilów, z czego znane są nazwiska ciut ponad jednej trzeciej. Zbiorowe mogiły były pokryte rzędami gwiazd, a wokół na tablicach wykuto część nazwisk. Podeszliśmy też do krzyża, przy którym stały znicze i kwiaty. Dalej na pionowej ścianie były płaskorzeźbione postaci żołnierzy w walce, opatrzone po jednej stronie napisem polskim, po drugiej rosyjskim. Tym razem zauważyłam jednak jeszcze jedno podejście wyżej. Po zboczu biegła ścieżka, doprowadzając nas do kilkunastometrowego obelisku, którego zwieńczeniem była kula ziemska.

Po wyjściu z terenu cmentarza tą samą furtką, którą weszliśmy, postanowiliśmy przespacerować się przez pewien odcinek żółtym szlakiem, częściowo ulicą Kolonia Przybyszewskiego, ale zawracając dopiero na wysokości Wroniej, skąd były ciekawe widoki. Po drodze obfitość zieleni działała na nas odprężająco i trafiło się parę fajnych kadrów. Teren był o tyle ciekawy, że choć po ścieżce nie czuło się różnic wysokości, wokół było widać górki i dołki.

Skrzyżowanie, na którym wyszliśmy, też wyglądało interesująco, bo nawierzchnia zmieniała się z piaskowej w bruk. Zobaczyłam na rogu ciekawe drzewo pokryte bluszczem, a za nim ścieżkę i zamarzyło mi się tu zapozować. Byliśmy na krańcu ulicy Giełguda, zatem odbiliśmy nią w lewo. Wędrowaliśmy wzdłuż ogródków działkowych. Odbiliśmy w dróżkę w lewo, która doprowadziła nas do niewielkiej pętli, po czym cofnęliśmy się i weszliśmy w Kolonię Jordana. Ulica biegła dwoma prostopadłymi do siebie odcinkami, ale my podążaliśmy konsekwentnie aż do Kolonii Ochoty. Minęliśmy przy tym fragment nekropolii i zobaczyliśmy od tyłu pomnik czy może nagrobek z datą 1925.

Po odbiciu w prawo z jednej strony mijaliśmy zabudowę, z drugiej nieużytki, które częściowo niestety były pokryte śmieciami. Stanowiło to bardzo przykry widok. Wyszliśmy na asfaltową Świdnicką i ruszyliśmy pod górkę. Kolejno odwiedziliśmy ulice Focha, Poniatowskiego i Kolonia Praca, wykorzystując różne podejścia i schodki na trasie, by podziwiać kolejne widoki. Robiłam też nieco zdjęć drzewom i niebu.

Na Poniatowskiego dostrzegliśmy ciekawy budynek, ale nim podniosłam głowę, wpatrzona w mini coopera, wskazał mi go Michał. Bryła bloku wydawała się prosta, ale balkony stanowiły jeden wypukły ciąg pośrodku.

– Też zrobię zdjęcie, to będę pamiętał, że Ci o tym mówiłem – zauważył mój kompan.

Kozietulskiego biegła niżej niż poprzednie ulice, stąd też sfotografowałam ją najpierw z góry. W dole dostrzegliśmy litery z kwiatów, nawiązujące do spółdzielni mieszkaniowej oraz wpadliśmy na to, że Michał specjalnie na nasz spacer zabrał żelki. Ich konsumpcja wyglądała dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że wciąż był obowiązek noszenia maseczek, więc podjadałam je konspiracyjnie od dołu 😉

Wychyliliśmy się w obie strony ulicy Powstańców Warszawskich, ale że nie było chodnika w prawo, to przeszliśmy przez osiedle, wyznaczonymi ścieżkami. Po drodze wypatrzyłam kosa i zauważyłam, że klatki jednego bloku miały różne numery budynków.

Wkrótce ponownie wyszliśmy na ulicy Focha, aby podejść pod kościół pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Moją uwagę zwróciła dzwonnica, z trzema dzwonami jeden nad drugim oraz witraże w dużych oknach tuż pod dachem.

Ostatnim akcentem naszej wyprawy, choć formalnie należącym do Siedlec, był Wojskowy Cmentarz Francuski. Nie byłam w ogóle świadoma jego istnienia i stanowił dla mnie zupełnie nowe odkrycie. Okazał się przestrzenny i zadbany, a moje wrażenia z wizyty w tym miejscu były pozytywne. Dominowała tu zieleń, poprzetykana bielą krzyży – tych małych, prawdopodobnie w miejscu pochówku i tych większych, w okolicy tablic pamiątkowych. Towarzyszyła im łopocząca flaga Francji. Po opuszczeniu nekropolii skierowaliśmy się na przystanek autobusowy, skąd była już widoczna tabliczka z nazwą Suchanino. Tę dzielnicę też obiecaliśmy sobie przejść wspólnie.

Ciąg dalszy nastąpi…


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszej i drugiej wycieczki po Aniołkach!

2 thoughts on “Aniołki – dzielnica medyczna, ale czy tylko? #1

  1. Sasiadka says:

    Super! Wycieczka fajna, ale schody na wronią są już jakiś czas wyremontowane 😁

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Opisana wycieczka odbyła się w maju rok temu – przeważnie mam tak, że zebrałam materiał wcześniej i potem stopniowo publikuję. Ale serdecznie dziękuję za uaktualnienie! 🙂 Pozdrawiam i zapraszam do dalszej lektury 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *