Zaspa Rozstaje – na szlaku wielkich nazwisk

Dzień po wycieczce przez Żabiankę nabrałam apetytu na kolejny spacer, tym razem w pojedynkę. Zamierzałam zwiedzić podczas jednego wyjścia całą dzielnicę Zaspę-Rozstaje. Zaczęłam naprawdę wcześnie – jeszcze przed ósmą zbliżałam się do molo, zwanego „brzeźnieńskim”, może ze względu na naleciałości historyczne, choć leżącym już na wysokości Zaspy. Tam nagrałam debiutancki vlog terenowy. Było to dla mnie swego rodzaju wyzwanie, po pierwsze dlatego, że to nieco krępujące nagrywać przy ludziach, a po drugie narrację prowadziłam dość spontaniczną. Na szczęście ludzi było niewielu – wybrałam wczesną porę właśnie po to, by na spacerze minąć jak najmniej innych przechodniów (wciąż trwała epidemia!) i nie obawiać się włączyć nagrywania. Przy molo oczywiście odwiedziłam też Lwa Heweliona! Zdecydowanie jestem ich fanką. Nazwa momentalnie kojarzy się z Heweliuszem i do jego osoby nawiązywał też umieszczony nieopodal pomnik w kształcie sekstantu. Wykuto na nim trzy numery planetoid, które nazwano na cześć astronoma, jego żony i miasta, z którego pochodził (odpowiednio: 5703 HEVELIUS, 12625 KOOPMAN, 764 GEDANIA).

Pokonując z powrotem odcinek do Czarnego Dworu zauważyłam między innymi witacz ze zmiennymi napisami: „Noś maseczkę”, „Trzymaj dystans”, „Jeśli możesz, zostań w domu”, „Uśmiechnij się”. Rzeźbę „Powiew wolności” minęłam jeszcze na koniec zwiedzania Przymorza Wielkiego, dlatego tym razem jej nie fotografowałam, tylko od razu skierowałam się ku przejściu dla pieszych.

Zaczęłam wędrówkę przez aleję Jana Pawła II. Pobliska stacja paliw przypomniała mi egzamin praktyczny na kursie przewodnickim. Polegał on na prowadzeniu narracji w autokarze – mój odcinek przebiegał od granicy z Brzeźnem przez aleję Jana Pawła II, na Chłopskiej kończąc. W trakcie mieliśmy przerwę na wspomnianej stacji. Tymczasem jednak podążyłam dalej, skręcając mniej więcej naprzeciwko szpitala w prawo pomiędzy bloki.

Stamtąd przeszłam ku ulicy Meissnera. Znalazłam się na tyłach Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8. Jej patronem był papież-Polak. Po drugiej stronie alei jego imienia, na placu Trzeciego Tysiąclecia, stał kościół pw. Opatrzności Bożej. Przed nim był pomnik prezentujący postać Jana Pawła II, budzący mieszane uczucia u osób, z którymi miałam okazję na ten temat porozmawiać. Oj, dużo było na Zaspie papieskich akcentów, a to nie były ostatnie tego dnia.

Z okolic kościoła przeszłam na ulicę Leszczyńskich i najpierw postanowiłam odwiedzić drogi na lewo od niej. Patronem pierwszej z nich był Jeżewski, kolejnej Korczak. Po ich odwiedzeniu przeszłam na prawo, bo przy pasażu dopatrzyłam się graffiti Lechii z postacią stylizowaną na Hulka. Następne na mojej trasie były ulice Dygasińskiego i Braci Majewskich. Naprzeciw tej ostatniej zapatrzyłam się na kolorowy blok po przeciwnej stronie ulicy Leszczyńskich.

Ostatecznie weszłam w ulicę Necla, zaglądając przy tym na moment do pobliskiego parku. Tam spotkałam pana z dzieckiem i luźno biegającym niewielkim psem. Powiedział mi „dzień dobry” i zapiął psu smycz. Myślałam, że ze względu na obecność obcej osoby, dlatego powiedziałam:

– Nie trzeba.

– Zaraz jest ulica i nie chcę, żeby mi wybiegł.

Następnie pokonałam dalszy odcinek ulicy Braci Majewskich. Tutaj odchodziły trzy krótkie uliczki w prawo: Wieczorkiewicza, Budziszów i Polonii Gdańskiej. Obserwowałam zmiany, jakie zaszły od mojej poprzedniej wizyty, w 2014 roku, ale fotografowałam głównie przyrodę. Przykucnęłam akurat nad jakimiś kwiatkami przy chodniku, gdy kątem oka zobaczyłam nadjeżdżający radiowóz.

Wykonałam zdjęcie, podniosłam się i skręciłam w prawo na Powstańców Wielkopolskich. Ulica przechodziła w drogę pomiędzy ogródkami działkowymi, odgrodzonymi jednak od niej, a Parkiem Millenium Gdańska. Przy kolejnej fotografii przyrodniczej zorientowałam się, że policja za mną jedzie! Podniosłam głowę i kierujący autem policjant spojrzał na mnie uważnie, po czym pojechali dalej. Wydało mi się to dziwne. Nie łamałam żadnych wówczas panujących zaleceń epidemiologicznych. Miałam maseczkę w przestrzeni publicznej (choć prawdę powiedziawszy, na tamtej drodze nikogo nie spotkałam), zalecenia wychodzenia z domu tylko w sprawach najpilniejszych też już odeszły w niepamięć, więc nie wiedziałam, o co im chodziło. Owszem, miałam w ręku mapę, ale zdjęcia, których wykonanie mogli widzieć, były wyłącznie kadrami z natury, żadnych posesji, nawet „rzutów” ulic. Poza tym miałam raczej turystyczny image. Uznałam cały incydent za dziwny i raczej budzący we mnie uczucie niepokoju, aniżeli podnoszący poczucie bezpieczeństwa.

Poza tym moją uwagę zwrócił dąb z 1977 roku i stacja uzdatniania wody. Pod krzewem bzu ktoś umieścił płytę chodnikową i ustawiono przy niej krzyż oraz kilka zniczy. Osoba tutaj upamiętniona była niemal moim równolatkiem.

Dotarłam do granicy dzielnicy z Wrzeszczem Dolnym przy zajezdni autobusowej. Pokonałam krótki odcinek wrzeszczańskiej ulicy Chrobrego, by ostatecznie wejść do parku. Tutaj mogłam nacieszyć oko wieloma odcieniami zieleni i faktycznie odczuć, jak przyroda relaksuje człowieka. Zobaczyłam też rudzika! Pierwszy raz na żywo! Niestety, nie zdążyłam go sfotografować. Przestrzeń parku zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie – było tu cicho, spokojnie, teren był zadbany i o tej porze nieoblegany. Minęłam pojedyncze rodziny.

Wyszłam ponownie na ulicę Leszczyńskich, zaglądając stamtąd w Drzewieckiego. Jednak najbliższym celem mojej wyprawy był cmentarz wojenny na Zaspie. Nim jednak do niego dotarłam, lawirując między ścieżkami, by zobaczyć jak najwięcej, minęłam pana, który albo nie był w pełni władz umysłowych, albo w pełni trzeźwy. Gadał do siebie, a w pewnym momencie zaczął mówić do mnie:

– A jak się całujecie przez maski? Nie wiadomo, gdzie co jest.

Zignorowałam go. Sprawdzałam mapę, idąc jednocześnie, więc delikatnie musiałam się cofnąć do ścieżki między blokami. Pan zareagował na to, mówiąc, jakby tłumaczył małemu dziecku, przy czym nikogo z nim nie było:

– Pani zabłądziła.

Wreszcie dotarłam do wspomnianej nekropolii. Od pewnego czasu zbierałam się, by wejść na jej teren. Z zewnątrz cmentarz znałam od czasu wyprawy w 2014 roku, dużo słyszałam też o nim na kursie przewodnickim. Miałam zatem silne postanowienie wewnętrzne, że jeśli tylko furtka będzie otwarta, wchodzę. Obeszłam mur w kształcie serii krzyży i znalazłam wejście, zatem udało się.

Chyba się tego nie spodziewałam, ale na cmentarzu spędziłam około godziny. Aż było mi przykro, że prawie nikt go nie odwiedza, bo minęło mnie w tym czasie tylko jedno starsze małżeństwo w przyłbicach, a patrząc na ich trasę, zastanowiło mnie, czy szli do konkretnego nagrobka, czy myśleli, że skrócą sobie drogę przez cmentarz i zawrócili, gdy widzieli, że jednak nie przejdą. W każdym razie dla mnie była to pierwsza, ale na pewno nie ostatnia wizyta. Po tej godzinie wiem, że chcę poznać to miejsce jeszcze lepiej. Na tyle, by móc je pokazywać innym. Bo czuję, że jest bardzo ważne. Dla gdańszczan i dla Polaków w ogóle. Skąd we mnie takie przeświadczenie?

Cmentarz na Zaspie jest miejscem spoczynku poległych podczas II wojny światowej (choć jego historia sięga głębiej w przeszłość) i nosi miano Cmentarza Ofiar Hitleryzmu. Gdańsk i Pomorze dość silnie zapisały się na kartach ówczesnej historii, a najsilniejszy ilościowo akcent na obszarze tutejszej nekropolii stanowiły mogiły więźniów Stutthofu, choć natrafiłam też na nazwy innych obozów. Nekropolię wielokrotnie przearanżowano, w związku z tym dzisiejsze nagrobki są symboliczne (niekoniecznie nad miejscem pochówku danej osoby), z wyjątkiem pomnika Obrońców Poczty Polskiej z 1992 roku. Według tablicy przy głównym wejściu upamiętniono tu także kilka osób pochowanych gdzie indziej, ale o znaczącym wkładzie w krzewienie polskości. Nie wszystkie pochowane tu osoby zmarły w latach wojny.

Niektóre obszary cmentarza przechodziłam od nagrobka do nagrobka, odnajdując ślady wydarzeń, o których się uczyłam, a w szczególności postaci poznanych dzięki uczestnictwu w kursie przewodnickim. Upamiętniono tutaj nie tylko pocztowców (co ciekawe, prócz pomnika, mieli też swoje nagrobki, niekoniecznie jeden obok drugiego, więc trochę się naszukałam, a szczególnie wzruszające było miejsce upamiętnienia Erwinki Barzychowskiej), ale także kolejarzy i celników z Szymankowa, żołnierzy walczących na Westerplatte czy przedstawicieli gdańskiej Polonii. Nagrobki księży wyróżniała biało-czerwona szarfa. Nazwiska niektórych postaci do dziś odnajdziemy w przestrzeni publicznej – przykładowo: Droszyńskiego, Guderskiego, Komorowskiego, Liczmańskiego, Miraua czy Rogaczewskiego. Dodatkowo na skrzyżowaniu alejek była kamienny pomnik ku pamięci 20 tysięcy nieznanych ofiar hitleryzmu, spoczywających w tym miejscu. Wykaz nazwisk osób pochowanych w grobach indywidualnych znalazł się również na tablicy przy głównym wejściu do nekropolii.

Po jej opuszczeniu skierowałam się ku ulicy Ciołkowskiego. Stamtąd ścieżkami wyszłam na tyłach Gildii, przeniesionej tu kilka lat temu z Gdańska Głównego. Mieściły się tu także inne sklepy w ramach Galerii Zaspa i nie tylko. Planowałam przejść przez pasaż Lotnia, po odwiedzeniu ulicy Żwirki i Wigury. Przejście było jednak zamknięte, być może z powodu niedzieli niehandlowej. Powędrowałam zatem ciut naokoło. Przy tej okazji mogłam podziwiać kolejne tego dnia (i nie ostatnie) malunki na blokach, choć nie były to klasyczne murale na jednej ścianie. Raczej cały blok pokrywały wzory kwiatów, samolotów i inne.

Wyszłam ponownie na Drzewieckiego, tym razem planując z niej przejść na Kombatantów. Widziałam przy tym starannie zaaranżowany teren Szkoły Podstawowej nr 48, a także zadbane place zabaw pośród międzyblokowej zieleni. Po przejściu ulicy Burzyńskiego wyszłam ponownie na aleję Jana Pawła II, które fragment pozostał mi do przejścia.

Podeszłam do pomnika upamiętniającego pocztowców rozstrzelanych w 1939 roku, bowiem właśnie w tym miejscu odnaleziono na początku lat 90. ich szczątki. Zostały przeniesione, jak już pisałam, na cmentarz na Zaspie.

Przeszłam na wysokości Meissnera na drugą stronę głównej drogi, żeby odwiedzić jeszcze Park im. Jana Pawła II. Był on dość rozległy, a poza licznymi już o tej porze spacerowiczami, równym krokiem wędrowali przedstawiciele straży miejskiej, którzy pilnowali, żeby wszyscy nosili maseczki. Sama skierowałam się w stronę Zielonego Pomnika Jana Pawła II. Składały się na niego dąb pośrodku labiryntu z bukszpanu oraz okalające całość 27 lip na 27 lat pontyfikatu papieża. Ostatecznie wyszłam na alei Rzeczypospolitej. W najbliższej jej części parku znajdowało się jeszcze sporo drewnianych rzeźb. Tymczasem ja, po ponad czterogodzinnej wędrówce, ruszyłam do domu.


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z dzielnicy Zaspa Rozstaje!

2 thoughts on “Zaspa Rozstaje – na szlaku wielkich nazwisk

  1. Kordian says:

    Sytuacje z pijakiem i policją może bym jakoś skomentował, ale nie chcę być dosadny. Boję się takich ludzi na spacerach, cmentarze parafialne nie są monitorowane, więc po niektórych kręcą się żebracy, np. w Warszawie. Na Cmentarzu ofiar Hitleryzmu byłem niezbyt dawno, w dziwnych okolicznościach, bo miałem tylko 20-30 minut przed spotkaniem Hello Gdańsk i na pewno na niego wrócę, bo nie chciało mi się szukać grobu ks. Alfonsa Schultza, o którym pisałem w artykule do Zeszytow Stutthofu (lista zmarłych na słupie późno się zająłem). Części rzeczy z Twoich zdjęć w ogóle nie kojarzę 😮 Fajnie byłoby na pewno się zebrać i pójść większą grupą, przydałaby mi się powtórka wiadomości, bo w Stutthofie po wakacjach oprowadzałem tylko raz… Ciekawostka: ostatnią osobą pochowana na cmentarzu w 1952 był Kazimierz Banaś-Purwin, działacz Polonii gdanskiej, który wyjątkowo dobrze żył z nowymi wladzami (to chyba koniec tego rzędu, gdzie jest Erwinka).

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Oj tak, dla mnie to też na pewno nie była ostatnia wizyta i chciałabym poszerzyć sobie wiedzę w temacie 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *