Przymorze Wielkie – pierwsze nieśmiałe spacery w epidemii

Kilka tygodni w zamknięciu. Ekstrawertyk. Wędrowiec. Zapalony fotograf amator. To nie mogło skończyć się dobrze. Przede wszystkim to nie mogło trwać wiecznie. Brak miejskich czy przyrodniczych kadrów nadrabiałam, fotografując przez półtora miesiąca widoki z okna i detale spomiędzy własnych czterech ścian. Nawet zebrałam je potem w album nazwany „Kadry w czasach epidemii. Wybór kilkudziesięciu kadrów powstałych podczas samoizolacji”. Dopuściłam również do głosu tę artystyczną część swojej osobowości i każdy kadr w albumie otrzymał swój tytuł – niczym prace malarzy.

Ale tęskniłam. Za ludźmi. I za Gdańskiem. Z ludźmi mogłam mieć kontakt przez współczesne substytuty spotkań – rozmowy telefoniczne, wiadomości czy wideokonferencje. Gdańsk jednak wciąż wydawał mi się nieuchwytny, choć pozornie na wyciągnięcie ręki. Z jednej strony miałam poczucie, że tak naprawdę coraz bardziej skraca mi się czas realizacji projektu „Gdańsk 2020”, bo nie dość, że nie planowałam zaczynać od razu w styczniu, a dopiero w marcu, to jeszcze kolejne miesiące w kalendarzu wykreśliła epidemia. A jednak zależało mi, by zmieścić się z kadrami w tym roku, najlepiej przed zimą, żeby mieć dobrą pogodę i dzięki temu fajne kolory na zdjęciach. Z drugiej jednak strony czy wędrówka w poczuciu, że mogą Cię zatrzymać służby z zapytaniem, co właściwie robisz i czemu nie siedzisz w domu, mogłaby dać realne poczucie szczęścia? Niekoniecznie.

Dlatego postanowiłam wstrzymać się z wędrowaniem, za to uporządkowałam zapiski ze wszystkich już domkniętych projektów, by potem z wolną głową zaangażować się w te otwarte, z gdańskim na czele. Gdy obostrzenia zelżały, postanowiłam jednak i ja wybadać sytuację. Pierwszego wieczoru wyszłam nieśmiało, mając i tak na celu doładować kartę miejską. Stopniowo wracałam do kondycji, by wykorzystać w pełni już sobotni poranek.

Pod koniec kwietnia wzięłam na cel swój własny rewir czyli Przymorze, a dokładniej zaczęłam od Przymorza Wielkiego. Uzasadniałam to faktem, że nie chciałam korzystać z komunikacji miejskiej tak długo, jak nie będzie to niezbędne. Pierwsza wycieczka miała miejsce w sobotni poranek 25 kwietnia 2020 roku. Wystartowałam jeszcze przed ósmą i na starcie dostrzegłam tabliczkę o założeniu łąki miejskiej na Kołobrzeskiej. Następnie skierowałam się wzdłuż linii tramwajowej ku pętli na Zaspie. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej tak zachwycały mnie tory. Patrzyłam na nie z góry i nie mogłam się wypstrykać z pomysłów na kadr. Cieszyłam się jak dziecko tym wyjściem z domu i delektowałam każdym naciśnięciem „migawki”. Naprawdę czułam, jak mi tego brakowało!

Ciekawe było też dla mnie takie zestawienie różnorodnej zabudowy. Mniej więcej prostopadle do linii morza biegły falowce, ale znalazły się tam i zwykłe bloki, a po przeciwnej stronie alei Rzeczypospolitej postawiono całkiem sporo nowych budynków. Na rogu skrzyżowania z Kołobrzeską wręcz trwała budowa i kolejne piętra powstawały wydawałoby się w mgnieniu oka.

Delektowałam się także wiosenną przyrodą. Biorąc pod uwagę, że poprzednią tak skupioną na otoczeniu wędrówkę odbywałam w marcu, jednak w naturze zaszły spore zmiany. Przechodząc przez falowiec zauważyłam też pierwsze z serii graffiti, które miało mi towarzyszyć jeszcze w wielu miejscach Gdańska. Postaci przypominały duszki, tutaj opatrzone aureolami i namalowano je na skrzynce.

Wędrowałam wzdłuż falowca ulicą Opolską. Moją uwagę zwróciły różnorodne wejścia do klatek, nierzadko z podjazdami dla niepełnosprawnych – bardzo na plus! Przykucnęłam także, by sfotografować hiacynty i przyjrzałam się przedszkolu po swojej lewej. Chwilę później po mojej prawej stronie znalazła się otwarta, zieleniąca się przestrzeń. Gruchało tam zgromadzenie gołębi i w obliczu wszelkich restrykcji wydało mi się całkiem ciekawym kontrastem, że one na spokojnie się gromadziły, zaś ludzie nie powinni. Zresztą, do pewnego momentu sama prawie nikogo nie spotkałam, a na pętli pan wycofał się, gdy szłam z naprzeciwka, byśmy rzeczywiście zachowali dystans. Z kolei w tym miejscu było widać pierwszych właścicieli psów na spacerze ze swoimi pupilami.

Podeszłam pod budynek Szkoły Podstawowej nr 80. Pamiętałam z poprzedniego zwiedzania Gdańska ulicę po ulicy, że na terenie szkoły było sporo ciekawych figurek. Zakochane żabki udało mi się podejrzeć i tym razem, ale niestety cała kolekcja była już mniejsza. Okoliczne drzewa kwitły na różowo, tymczasem stację transformatorową zamieszkał barwny tukan, namalowany na jednej z jej ścian. Intrygujące, że i on miał aureolę.

Dotarłam do pasażu sklepów przy Opolskiej, pośród których mieściła się również biblioteka. Tak naprawdę dopiero tutaj widziałam więcej osób. Wrażenie było spotęgowane odległościami pomiędzy jednostkami, bo ludzie ustawiali się w kolejkach do sklepu, zachowując dwumetrowy dystans. Sama również się zdystansowałam i przeszłam drugą stroną drogi, gdzie miałam również bliżej do jakiegoś widoku, który mnie na moment zaciekawił.

Skręciłam za pasażem w prawo i podążyłam ścieżką ku Olsztyńskiej. Dotarłam do granicy dwóch dzielnic: Przymorza Wielkiego i Zaspy – Rozstaje. Podążając dalej Olsztyńską, dotarłam do kościoła pw. Św. Brata Alberta. Od tej świątyni rozpoczęłam swoje zaglądanie do wnętrz kościołów w 2020 roku, dlatego tym razem nie wchodziłam. Weszłam pomiędzy bloki naprzeciwko kościoła i przy tej okazji przyglądałam się przyblokowym ogródkom. Dominowały tulipany. Chciałam zobaczyć relatywnie nowe (choć znane mi z wędrówek tych parę lat wcześniej) osiedle w obrębie ulic Jelitkowski Dwór i Wika-Czarnowskiego. Nie byłam pewna, czy osiedle nie było ogrodzone, więc zapytałam mijaną akurat młodą dziewczynę, czy przejdę tamtędy na ulicę Czarny Dwór. Potwierdziła, udałam się zatem w tamtym kierunku. Na trasie zaciekawiły mnie też balkony z okrągłymi obramowaniami, przynależące jeszcze do Olsztyńskiej.

Ulicą Czarny Dwór podążyłam na północ aż do kolejnego skrzyżowania. Trwała tam akurat budowa narożnego gmachu, choć o zaokrąglonym kształcie. Z tablicy wynikało, że prace trwały od sierpnia 2018 roku i miały się zakończyć w grudniu 2020 roku, ale jakoś wcześniej nie zwracałam totalnie uwagi, że coś się tam działo. Jednocześnie pamiętam niezagospodarowany teren sprzed. Zrobiłam nawet kilka zdjęć, bo spodobała mi się tabliczka z napisem „Uwaga, praca żurawia” oraz drzewo, które rosło tak, że wyglądało, jakby podtrzymywało kontener. Po chwili zorientowałam się, że robiłam zdjęcia na wprost kamery. Ale na szczęście nikt nie uznał moich działań za podejrzane.

Skręciłam w ulicę Prezydenta Lecha Kaczyńskiego czyli dawniej Dąbrowszczaków i pobyt tutaj uznałam za niemałą ciekawostkę, bo w przestrzeni funkcjonowały, zależnie od miejsca, obie nazwy. Minęłam Zespół Szkół Zawodowych nr 9 i przechodząc jeszcze kawałek główną ulicą, ostatecznie skręciłam między blokami. W tym momencie zorientowałam się, że zostało mi kilkanaście procent baterii, a nie spodziewając się takiego zużycia, nie miałam ze sobą powerbanka, ale na późniejszych wycieczkach nie powielałam tego błędu.

Natrafiłam na graffiti z napisem „RIP Picek”, a ponadto skupiłam się na obserwacji sroki i przyglądałam się różnorodnej kolorystyce bloków. Na wysokości przychodni i apteki wyszłam na moment na Kołobrzeską, ale postanowiłam przejść ją całą innym razem. Tym razem alejką skierowałam się na północ i delektowałam się widokiem kwitnących, ale i zieleniących się drzew. Cieszyły moje oczy. Przy jednym z placów zabaw obejrzałam także murowaną konstrukcję na kształt amfiteatru na delikatnym wzniesieniu. Niezależnie od tego, czemu służyło to miejsce, tymczasem z powodu epidemii i tak świeciło pustkami. Wykonałam jeszcze parę manewrów po meandrach międzyblokowych ścieżek i zakończyłam pierwszą wycieczkę w epidemii.

Kolejną odbyłam już nazajutrz, w niedzielny poranek 26 kwietnia 2020 roku. Wystartowałam ponownie na tym skrzyżowaniu co ostatnio, tym razem podążając ulicą Chłopską na północ, z premedytacją mijając ulicę Obrońców Wybrzeża i dreptając dalej wzdłuż linii tramwajowej. Kolory zamykane w kadrze dawały mi dużo radości. Również z prawdziwym zachwytem przyglądałam się tutejszym muralom. Warto na pewno zobaczyć malunek na bloku Chłopska 24, przedstawiający znaczek nawiązujący do obrony Poczty Polskiej w Gdańsku. Także ten z lwem na falowcu przy Piastowskiej, nawiązujący „fakturą” do pomnika na Westerplatte, momentalnie kojarzy się przez to z II wojną światową.

A tereny między blokami nierzadko porastała zieleń, co również przypadło mi do gustu. Przyrodniczy przystanek miałam też w okolicy przejścia pod Chłopską na wysokości ulicy Krzywoustego. Spore zbiorowisko gołębi i mew zebrało się na wspólny posiłek. Warto było jednak rozejrzeć się wokół, by zobaczyć także dostojnego orła – ponownie na murze. Opatrzono go patriotyczną symboliką. Prostopadle do Chłopskiej biegła tu też drzewiasta alejka, służąca między innymi spacerowiczom.

Tymczasem ja przeszłam wzdłuż bloku zwanego „kawalerkowcem” i skręciłam w Piastowską przy graffiti z lwem. Skupiałam się na tej stronie ulicy, po której rozciągał się falowiec, choć trudno było nie spojrzeć i na przeciwną, bo w oczy rzucał się sklepik oferujący sprzedaż jaj, z wielkim jajem na dachu. Na szczęście nie przeszkodziło mi to w dostrzeżeniu artystycznego szkicu na ścianie, będącego reklamą rzeźbiarza. Co do samego falowca, obserwowałam jego specyficzną budowę – galerie, czyli coś na kształt balkonów, ale prowadzące do mieszkań, a także ciąg okien co jakiś czas, na wysokości wejść do poszczególnych klatek.

Kolejny odcinek pokonywałam ulicą Prezydenta Lecha Kaczyńskiego czyli dawniej Dąbrowszczaków. Ciągiem tej drogi szłam dalej także za skrzyżowaniem z Jagiellońską. A jest to skrzyżowanie ciekawe, bo ulicę na wprost i po mojej prawej nazwano Jagiellońską, a tę wspomnianą wcześniej miałam za swoimi plecami i biegła dalej lekko w lewo i dopiero na wprost. Zaciekawiło mnie to, muszę przyznać.

Na dalszym odcinku włączył mi się artyzm i zaczęłam fotografować także drzewa (w tym ich cienie rzucane na bloki) czy chmury. Minęłam klub sportowy i liczne sklepy, ale skręciłam w prawo między bloki dopiero ostatnią czy przedostatnią drogą przed Obrońców Wybrzeża. Zaciekawiły mnie garaże, z których część była jakby na górce.

Przeszłam się tym mniej oczywistym odcinkiem Jagiellońskiej, by przy bibliotece skręcić w lewo i podreptać wzdłuż kolejnego tego dnia falowca przy tym bardziej znanym odcinku Jagiellońskiej. Już jakiś czas wcześniej moją uwagę podczas spacerów zwracały umieszczone w chodniku wizerunki rowerzystki. Ponownie byłam też przy kościele pw. Św. Józefa, sąsiadującym z przychodnią. Mniej więcej na jej wysokości mieściło się przejście przez falowiec, z którego skorzystałam. Wędrówka przez alejkę, na której wyszłam, była ostatnim odcinkiem pokonanym tego dnia.

Na koniec wyprawy trochę zaczynała boleć mnie głowa, ale z każdym kolejnym wyjściem coraz lepiej tolerowałam maseczkę. Na pewno pomógł mi w tym fakt, że byłam ich zwolenniczką, ale początkowo już po godzinie czułam się niedotleniona, zaś z biegiem czasu wytrzymywałam „zamaskowana” nawet ponad dwie godziny, przy czym potrzebowałam potem gdzieś się „zabunkrować”, gdzie nie było ludzi i gdzie mogłabym zrobić sobie taką przerwę regeneracyjną. Albo po prostu wrócić do domu.

Żeby jednak skończyć tę dzielnicę, potrzebowałam wyruszyć w drogę po raz trzeci. Zaczęłam od ulicy Obrońców Wybrzeża, gdzie wybudowano najdłuższy z siedmiu falowców Przymorza (a ogółem ośmiu w Gdańsku). Wyruszyłam dla odmiany po obiedzie i nie w weekend, ale we wtorek 28 kwietnia 2020 roku. Różnica była też dostrzegalna na ulicach, bo mijałam więcej osób. Przeszłam także w pobliżu Czterech Oceanów. Z powodu jeszcze gimnazjalnej fascynacji geografią od zawsze podobała mi się ta nazwa (i poszczególnych budynków). Z tego co czytałam, budowniczowie ustawili cztery bloki na powierzchni, którą inni szacowali na dwa budynki. Czy nabywcy jakoś mocno to odczuli? To pewnie pytanie do nich.

Nim weszłam do parku, minęłam jeszcze jedno ważne dla mnie miejsce. Tutejsza biblioteka oferowała zdecydowaną większość lektur potrzebnych uczestniczce kursu przewodnickiego, więc byłam w niej częstym gościem.

Głównym celem tego dnia było jednak odwiedzenie Parku Prezydenta Ronalda Reagana. Już na wejściu zauważyłam po lewej instalację na trawniku, która skojarzyła mi się z symbolami na talii kart. Widząc sporo osób w głównej alei, postanowiłam wędrować jakby harmonijką tymi bocznymi ścieżkami. Najpierw skręciłam w prawo. Droga biegła łukiem w lewo, wyprowadzając mnie ku dużej połaci zieleni i palenisku. Ładna pogoda dodatkowo eksponowała tę żywą zieleń i błękit nieba delikatnie poprzetykany bielą chmur.

Po przeciwnej stronie głównej alei postanowiłam obejrzeć zbiornik wodny. Tutaj też przywitała mnie instalacja, której nie dało się przeoczyć. Tworzyły ją kolorowe krzesła opatulone u szczytu kilkoma chmurkami. Fotografowanie zbiornika, wyspy, łabędzi i kaczek, a nawet traw wokół, zajęło mi naprawdę sporo czasu i pomimo innych spacerowiczów, pozwoliło się wyciszyć.

W tym trybie obserwatora obróciłam się i zobaczyłam przed sobą kamienną rzeźbę ukształtowaną z trzech brył kamienia. Okazało się, że przedstawia Artura Schopenhauera. Powiem więcej, nie była to jedyna taka rzeźba, raczej jedna z wielu. Podchodziłam do nich kolejno, dzięki czemu znalazłam też swoich ulubionych dwóch gdańskich naukowców – Heweliusza i Fahrenheita, przy czym ta druga była nie tyle podobizną, co raczej swobodną interpretacją autora – przynajmniej z mojej perspektywy. Z dumą odnotowałam fakt, że znałam wszystkie przedstawione postaci, żadne z nazwisk nie było mi obce. A jako biolog ucieszyłam się także z utworzenia roślinnego kącika dla motyli, obsadzonego odpowiednimi roślinami.

Następny przystanek miałam na ścieżce będącej przedłużeniem Jagiellońskiej, przy pomniku papieża Jana Pawła II i prezydenta Stanów Zjednoczonych – Ronalda Reagana. Odnosił się on do spotkania tychże osobistości w 1987 roku. Pomnikowi towarzyszyły trzy maszty z flagami – kolejno amerykańską, polską i papieską. Zrobiłam też zdjęcie trzech cieni – mojego i obu panów.

Podążyłam kawałek w stronę morza, po czym skręciłam w prawo. Chciałam dotrzeć do molo, aczkolwiek zastanawiałam się, w którym miejscu wyjść na deptak, by jednak nie dreptać w tabunie ludzi. Podeszłam do wejścia na plażę nr 56. Nawet na moment przysiadłam na murku i wystawiłam nogi przed siebie, zakładając nogę na nogę w poczuciu totalnego luzu, co uwieczniłam również w kilku kadrach.

Ten ostatni odcinek do molo pokonałam już deptakiem biegnącym wzdłuż plaży, samo molo fotografując jednak najpierw z boku, z przedostatniego wejścia na plażę. Molo zostawiłam na inny raz. Pomyślałam, że niedzielny poranek byłby dobrym pomysłem, zwłaszcza, że gdzieś w głowie zaczęła mi kiełkować myśl o nagrywaniu pogadanek w terenie na mój kanał Youtube. Tymczasem podeszłam tylko do Lwa Heweliona, po czym zaczęłam się kierować w stronę ulicy Czarny Dwór. Przy boisku do koszykówki weszłam w osiedle Jelitkowski Dwór i przeszłam ulicę tej samej nazwy oraz zajrzałam w ulicę Wika-Czarnowskiego.

Ostatni odcinek przeszłam w całości ulicą Kołobrzeską, czego nie udało mi się zrobić na pierwszym spacerze. Minęłam ogólnokształcącą szkołę sportową, a także znaną mi dobrze przychodnię, gdzie chodziłam na odczulanie, zakończone kilka dni wcześniej. W dalszej perspektywie dało się już dojrzeć falowiec po lewej stronie i ten kadr (a właściwie kilka jego wersji) pochłonął mnie na dłuższą chwilę. W głębi, między blokami po prawej, znajdowała się jeszcze Szkoła Podstawowa nr 79. Odłożyłam aparat i powędrowałam jeszcze chwilę w kierunku swojego domu. Pokonanie pierwszej dzielnicy w warunkach epidemii dało mi dodatkowego kopa do działania, ale postanowiłam również wykorzystać okoliczności, jakie przyniosła w kolejnych dniach praca zawodowa, o czym już w kolejnym rozdziale!


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów: z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Przymorzu Wielkim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *