Przymorze – czy już wtedy je kochałam?

Myślę, że nikt z Was, kto przeczytał sobotni wpis dotyczący drugiej odsłony tegorocznego spaceru blogerów, nie ma wątpliwości, że Przymorze to jedna z moich ulubionych dzielnic i naprawdę doskonale się czuję, przebywając tu. Nie da się jednak ukryć, że gdy w 2014 roku robiłam swój gdański projekt, niekoniecznie znałam tę przestrzeń na tyle dobrze, by mieć już ugruntowaną opinię na temat dzielnicy. Właściwie kształtowała się ona wraz z każdym kolejnym spacerem.

A było ich w sumie aż pięć. To jedna z tych dzielnic, które w projekcie dość mocno podzieliłam, a miałam ku temu dwa główne powody. Po pierwsze nastała zima. Śniegu oczywiście zbyt wiele nie było, za to mróz gościł aż za chętnie (mówię to z perspektywy lubującej się w ciepełku osoby urodzonej ostatniego dnia lata 🙂 ). Po drugie, nie oszukujmy się, Przymorze stanowi dość duży obszar, podzielony dodatkowo wewnętrznie na Przymorze Małe i Przymorze Wielkie. Tutaj rozpatrzę je całościowo, co może się Wam wydać pewną niekonsekwencją w stosunku do podziału Wrzeszcza na Górny i Dolny, ale wyobraźcie sobie, jak obfity byłby materiał, gdyby tam scalić wszystko razem… I tak było tego sporo, ale o tym za jakiś czas…

Na Przymorze po raz pierwszy udałam się z koleżanką, która znała dzielnicę od dzieciństwa. Czy może być lepszy przewodnik dla kogoś, kto tego obszaru praktycznie nie znał? A jednak kolejne spacery odbyłam już w innym towarzystwie. Z kolegą, który podzielał moją podróżniczą ciekawość. Z koleżanką, z którą po prostu się za sobą stęskniłyśmy. A raz sama, bo z racji pogody sezon przeziębieniowy musiałam uznać za otwarty i nie chciałam szukać nikogo w zamian.

No właśnie, pogoda… Spacery odbywałam od końca listopada do połowy grudnia 2014 roku, więc po pierwsze temperatury znacząco spadły, a nawet momentami prószył śnieg. Z jednej strony podziwiałam nieco senną, ale pełną uroku przyrodę. Pływające bez pośpiechu kaczki. Gołębie szukające wody w zmrożonej, „pokruszonej” kałuży. Niebieskości na niebie. Z drugiej strony, zaglądałam z ciekawością we wszelakie zakamarki i dziuple w drzewach (już wiadomo, dlaczego pierwszy projekt miejski kosztował mnie trzy pary butów).

Podejmowaliśmy wraz z moimi towarzyszami nieco filozoficznych czy światopoglądowych tematów. Zastanowiło nas umieszczenie pomiędzy uroczymi domkami wzdłuż brukowanych uliczek zamkniętego osiedla. Szczerze powiedziawszy, nie do końca odnajduję się w tej idei. Często już mieszkając w bloku, nie znamy wszystkich swoich sąsiadów, a tutaj dostrzegam jeszcze głębszą izolację. Może jednak ktoś z Was miał okazję mieszkać wewnątrz i ma zupełnie inne odczucia?

Z drugiej strony, mówiąc o Przymorzu, trudno nie wspomnieć o falowcach, w tym o najdłuższym, przy ulicy Obrońców Wybrzeża.

A jeśli już o ulicach mowa, pod względem nazwy oczywiście najbardziej zafascynowała mnie ulica Lęborska, bo odnosi się do miasta, z którego pochodzę. Natomiast teraz, szykując wpis dla Was, uśmiechnęłam się na widok tabliczki z napisem „Mściwoja II”. Otóż na kursie dowiedziałam się więcej o dynastii Sobiesławiców niż kiedykolwiek w toku edukacji i to cudowne uczucie… wiedzieć. Tak po prostu. Wciąż móc odkrywać. Uczyć się czegoś nowego. I taki jest Gdańsk. Wciąż mnie uczy <3

Na koniec chciałabym się z Wami podzielić jeszcze kilkoma kadrami. Jest w nich nieco artyzmu, jest iskierka refleksji, do której rozpalenia chciałabym Was zachęcić. Za każdym razem, gdy wychodzicie z domu. Bo wierzcie lub nie, ale każdego dnia macie coś do odkrycia! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *