Kolejny rok kalendarzowy, 2015, otworzyłam zwiedzaniem Dolnego Wrzeszcza. Dzielnicy ponownie dość sporej, bo zajęła mi aż cztery spacery. Wystartowałam z dalszym ciągiem projektu na skrzyżowaniu alei Hallera i Czarnego Dworu, Podejrzewam, iż pokonanie tej krzyżówki pieszo zajmuje najwięcej czasu na tle całego Gdańska. I mówię to z perspektywy osoby, która przez rok mieszkała na Brzeźnie i właściwie przechodziła tę mnogość świateł niemal codziennie.

Tym razem jednak nie Brzeźno znalazło się na celowniku, ale Dolny Wrzeszcz. Na początku roku przymroziło, innego dnia przemoczyłam nogi, po czym przedzierałam się przez błota i na koniec znów mróz dał o sobie znać. Pomimo niezbyt sprzyjającej pogody udało się poznać całą dzielnicę. Za każdym razem wędrowałam z kimś zupełnie innym.

Zaczęliśmy od zajezdni autobusowej i wspomnianego na początku skrzyżowania. Wędrowaliśmy najpierw pośród domków jednorodzinnych, po czym zmieniliśmy otoczenie na kamieniczki i szeregowce. Tak naprawdę to starsza zabudowa zdominowała tę część Gdańska, aczkolwiek po drugiej stronie linii tramwajowej znalazły się i bloki, i ogródki działkowe, zwane „kolonijkami”. Stąd chociażby intrygująca nazwa przystanku tramwajowego „Kolonia Uroda” 😉

Dzielnicę, chociaż pobieżnie, miałam okazję poznać już wtedy, gdy stawiałam w Gdańsku swoje pierwsze kroki. Wydział Biologii miał bowiem jeden ze swoich budynków przy ulicy Legionów we Wrzeszczu. Tak naprawdę był to jeden gmach z wieżą i inny, znajdujący się na tym samym terenie budynek parterowy. Zajęcia mieliśmy raczej w tym drugim. Z jednej strony pamiętam, że było mi tam zawsze zimno, za to automat oferował absolutnie przepyszną, gorącą herbatę cytrynową lub malinową. Do dziś pamiętam przesympatyczną panią z szatni. Bardzo miło wspominam też zajęcia dotyczące ptaków czy statystyki, ale gdzieś z tyłu głowy mam też bardziej osobiste skojarzenie z tą przestrzenią. Nawet po wielu latach umiem ten dzień odtworzyć niemal klatka po klatce…

A skoro każdy z nas ma swoją historię, warto też wspomnieć o związanych z Wrzeszczem znanych postaciach. Na pewno wszystkim skojarzy się Günter Grass, ale znowu w nawiązaniu do mojego wydziału odniosę się do kogoś innego. Ma przystanek swego imienia i niejednokrotnie słyszałam w tramwaju, jak skojarzył się komuś z byłym prezydentem. Ten Bronisław Komorowski był jednak księdzem, a na dodatek zginął z rąk hitlerowców w obozie Stutthof (który tak swoją drogą jest moim celem zwiedzania na dziś). Nim jednak trafił do obozu, był przetrzymywany w Victoria Schule. A ten budynek ma już z gdańską Biologią bardzo dużo wspólnego, bo w nim mieściła się kolejna część (powiedziałabym nawet, że najważniejsza) Wydziału Biologii UG, nim umieszczono całość w obrębie oliwskiego kampusu. Od pewnej absolwentki mojego kierunku usłyszałam kiedyś nawet, że zawsze czuła się w tych murach jakoś nieswojo…

Nie można też zapominać o Mickiewiczu. Dostał nie tylko swoją ulicę, przy której postawiono kościół z upamiętniającą go tablicą. Całkiem sporo wrzeszczańskich dróg nazwano od imion stworzonych przez niego postaci literackich. O upodobaniu gdańszczan do tego poety może też świadczyć fakt, iż ma on całe „swoje” Wzgórze, gdzie roi się od bohaterów naszej epopei narodowej. Wracając jednak jeszcze na moment do Grassa, skoro i on tworzył literaturę, możecie się przysiąść do jego najsłynniejszego bohatera – Oskar zasiada (od kilku lat wraz z pomnikowym Grassem) na ławeczce przy placu Wybickiego.

Spacerując w ramach projektu, odczarowałam dworzec przy Narwickiej, który poznałam przez przypadek kilka lat wcześniej. Wówczas było niemal zupełnie ciemno, a idąc kładką przez podlany wodą tunel, w tej czerni wyobrażałam sobie wodną głębię pod swoimi stopami. Rzeczywistość oczywiście okazała się nie tak straszna.

Dałam się za to zaczarować ulicy Wajdeloty. Po odrestaurowaniu naprawdę robi wrażenie. Czuje się niesamowity klimat. Gdyby nie witryny sklepów, miałabym poczucie, że znalazłam się w jakiejś dawnej epoce. Z tą nutką współczesności odbierałam ją raczej jak główny deptak, historyczną część jakiegoś mniejszego miasteczka, ale o długiej historii.

Dolny Wrzeszcz nie ma jednego oblicza. Kiedyś spacerowałam niemal co tydzień z Wydziału na peron SKM. Aktualnie bardzo często jeżdżę tędy tramwajem czy autobusami. Te kilka lat temu przeszłam go ulicę po ulicy. I wcale nie miałam poczucia, że to jedna z najwspanialszych dzielnic. A jednak pisząc dla Was teraz, mam satysfakcję z odkrycia kilku perełek.

A do uniwersyteckich korzeni nawiążę i kolejnym razem… 😉

Też kocham ulicę Wajdeloty. Robi niesamowite wrażenie, kiedy ukazuje się z okien kolejki, zawsze staram się być w tym momencie przy oknie. Plac księdza Komorowskiego niestety kojarzy mi się źle, ponieważ dostałem na nim kiedyś mandat za przejście na czerwonym świetle od szczawi ze straży miejskiej. Bardzo żałuję, że nie odmówiłem przyjęcia, werdykt mógł być ciekawy. Sytuacja była tym bardziej żenująca, że nie miałem przy sobie dowodu osobistego i dużo czasu zabrało ściąganie przez komórkę PESEL-u, który znałem na pamięci, ale kto by uwierzył…
Byłem też kiedyś na uroczej ulicy Manifestu Połanieckiego, o ile pamiętam bardzo podobne ciasne domki z ogródkami są w okolicach cytadeli na warszawskim Żoliborzu.
Czyli jak w tytule, masz niejednorodne odczucia co do całej przestrzeni 😉