Gdy ostatnio opisywałam Dolny Wrzeszcz, mogłam powspominać nieco czasy studenckie. Wydział Biologii, gdzie się kształciłam, przez lata był rozrzucony po Trójmieście. W ten sposób przebiegał cały mój licencjat. Dopiero studia magisterskie odbywałam w głównym kampusie w Oliwie. Na Starym Przedmieściu też znajdował się jeden z uniwersyteckich budynków i przyznam szczerze, że skrajnie trudnym zadaniem byłoby zupełnie wyzerować licznik i przejść ten teren ulicę po ulicy, udając, że totalnie tej przestrzeni nie znam. Starałam się jednak nie traktować znanych ścieżek po macoszemu i chociaż nie obyło się bez sentymentów, nie brakowało też nowych odkryć.

Wycieczka wystartowała w okolicy przystanku tramwajowego Okopowa, a dokładniej w tunelu przy tym przystanku. Naszą uwagę zwróciły graffiti, które jako całokształt na pewno nie były spójne, bo reprezentowały różne style, różne wizje świata, ale na konkretnej ścianie raczej nie gryzły się ze sobą. Osobiście najbardziej zaintrygowana poczułam się na widok ciężarnej postaci otoczonej kościotrupami. Prawdopodobnie dlatego, że jako biolog zawsze interesowałam się szkieletem i generalnie budową człowieka, o czym pewnie dziś jeszcze szepnę słówko.

Po obejrzeniu malunków skierowałyśmy się pod budynek mojego wydziału. Wówczas byłam już absolwentką, więc łatwo wywnioskować, że skoro magisterkę robiłam w Oliwie, to w 2015 roku (wówczas realizowałam ten etap projektu) Biologii już tutaj nie było. Budynek zajmował wciąż Międzyuczelniany Wydział Biotechnologii. Wspominałam też w poprzednim wpisie, że ten gmach mieścił kiedyś Viktoria Schule, a w czasie drugiej wojny światowej odbywały się tutaj przesłuchania hitlerowców. Zabrano tu m.in. księdza Bronisława Komorowskiego, który zginął później w Stutthofie (o tym miejscu na pewno przeczytacie za jakiś czas, zakładam, że już po nowym roku, w sekcji związanej ze zwiedzaniem Pomorza).

I chociaż przez trzy lata kształciłam się tutaj, dopiero rozmawiając podczas jednej z projektowych wycieczek ze starszą koleżanką, również absolwentką Biologii, uświadomiłam sobie mroczną historię tego budynku. I dopiero ta wiedza pozwoliła mi w trakcie projektowego zwiedzania Starego Przedmieścia dostrzec tablicę, która tego faktu dotyczyła. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że zawsze da się na coś pozornie znanego spojrzeć na świeżo.

Z całą pewnością to uczucie towarzyszy mi teraz, gdy uczęszczam na kurs przewodnicki. Startowałam z przekonaniem, że architektura jest czymś trudnym, bo nigdy nie miałam poczucia, że dobrze mi tę wiedzę przekazano. Nie rozumiałam zależności, nie zapamiętywałam na dłuższą metę pojęć, których kazano się nam uczyć na pamięć, ale było za mało czasu, by przedstawić to obrazowo. Architektura mnie zatem nie pociągała jakoś wybitnie, a jedynie odbierałam jej walory estetyczne. I wiecie co? Dokumentując swój projekt, fotografowałam te wszystkie budowle, ale dopiero teraz zaczynam widzieć je głębiej. Dopiero teraz zaczynam rozumieć. Zaczynam, bo mam za sobą dopiero pierwsze lekcje i wiem, ile jeszcze przede mną. Ale teraz to nie jest tylko ładne lub mniej, teraz to nie jest tylko lista pustych pojęć, którymi zachwycają się znawcy. Teraz są to obrazy, które uzupełniają to, co miałam przed oczami dotąd.

A wierzcie mi, mamy ciekawą zabudowę na Starym Przedmieściu. Jak chociażby kościół Św. Piotra i Pawła albo Muzeum Narodowe. To drugie zresztą też odwiedziłam ostatnio po raz drugi (pierwszy raz właśnie w 2015 podczas projektowego spaceru). I jakkolwiek dowiedziałam się więcej o „Sądzie Ostatecznym” Memlinga, który to obraz zawsze lubiłam i zawsze mnie ciekawił (a to też nie jest takie oczywiste, bo nie zawsze interesuje mnie to, co jest znane czy popularne), to zauważyłam, że moja świadomość miasta rzeczywiście się zwiększa, poszerzyły się moje horyzonty i widzę więcej, ale to nie przekształciło moich gustów. Wciąż z największym entuzjazmem oglądałam „Martwe natury z czaszką” (było kilka obrazów o tym tytule), gdzie widniały nie tylko tytułowe czaszki, ale pojawiał się ten motyw globusa. A do tego z ciekawością przyglądałam się obrazom dotyczącym Gdańska i zegarom, do których mam od wielu lat słabość o nieznanym mi źródle. Podziwiałam kunszt artystów, którzy oddawali gdańskie widoki tak realistycznie, że widz mógł poczuć się, jakby wyglądał przez okno albo jakby widział w trójwymiarze. Coś niesamowitego.

Stare Przedmieście miało do zaoferowania także nowszą sztukę, bo w pobliżu Bastionu Św. Gertrudy znajduje się jeden z budynków ASP (Mała Zbrojownia) i w czasie mojego spaceru z 2015 roku mogłyśmy wraz z moją towarzyszką obejrzeć ustawione na podwórzu rzeźby. Dalej przeszłyśmy ku Bramie Nizinnej, Bastionowi Żubr, Kamiennej Śluzie i Opływowi Motławy. Przy dalszym wędrowaniu wzdłuż wody dotarłyśmy do Toruńskiej, gdzie w rzece pięknie odbijały się spichlerze.

Wspominałam też kilka bardziej prywatnych wydarzeń. Jak spacerowanie do lokalnego sklepiku w przerwie zajęć w laboratorium, całymi grupami i w fartuchach. Jak trasy pokonywane w trakcie kursu na prawo jazdy. Pewne przestrzenie na zawsze są już „naznaczone” zdarzeniami z naszego życia i myślę, że łatwiej jest dodać kolejne zapiski niż wymazać stare. Zgodzicie się z tym?

Z całą pewnością jeszcze niejednokrotnie przespaceruję się po Starym Przedmieściu. Kto wie, może nawet następnym razem? 😉
