Gdańsk w pigułce – ledwie start, a tu epidemia!

Po kursie przewodnickim czułam się naładowana nową wiedzą. Między innymi dlatego postanowiłam przejść cały Gdańsk ponownie ulicę po ulicy. By poukładać w głowie nabyte informacje, zaktualizować sobie obraz miasta sprzed pięciu lat (2014/2015), a także zebrać materiał zdjęciowy do przyszłej książki, gdyż postanowiłam podjąć drugą próbę jej napisania i wydania.

Start projektu zaplanowałam na marzec 2020 roku. Tak, aby wszystkie kadry z publikacji pochodziły ze zbliżonego okresu. Przedsięwzięcie nazwałam w związku z tym roboczo „Gdańsk 2020”. Później wyklarowała mi się w głowie nazwa „Gdańsk w pigułce” i uznałam, że tak właśnie, nieco przewrotnie, zatytułuję książkę.

Pierwszy spacer przypadł na 9 marca 2020 roku. Po szkoleniu w Sopocie miałam zamiar podjechać do Jelitkowa i właśnie z tego punktu rozpocząć zwiedzanie Gdańska ulicę po ulicy, ale także zbaczając z utartych ścieżek, by poznać także inne zakamarki. Kolega zaproponował mi powrót pieszo na Przymorze, gdzie obydwoje mieszkaliśmy. W zamian ja zasugerowałam mu dołączenie do mojego projektu, zostawiając mu oczywiście furtkę, że w każdym momencie wędrówki możemy się rozdzielić i po prostu dokończę sama. Spacer obydwojgu dobrze nam zrobił, bo nie zawsze są warunki na prywatne rozmowy jeden na jeden, a tymczasem trafiła się nam niebywała okazja.

Pogoda co prawda była całkiem niezła, ale im dłużej wędrowaliśmy, tym bardziej przenikał chłód – w końcu mieliśmy dopiero przedwiośnie. Zdradzę zatem, że nie przeszliśmy całego zaplanowanego obszaru wspólnie, ale nieco mniej niż połowę. Za to pokonaliśmy spory odcinek Sopotu i na murku przy plaży (od strony deptaka) wypatrzyliśmy namalowanego kota.

Przeszliśmy ulicą Hestii od morza w kierunku południowym. Po przekroczeniu granicy miast naszą uwagę zwracała przede wszystkim zabudowa przy Jelitkowskiej. Nowa zabudowa była dość oryginalna. Widzieliśmy chociażby schody prowadzące z najwyższego balkonu na taras na… dachu. Posadzone po drodze nietypowe rośliny i różne trawiasto-krzewiaste kompozycje też kazały na moment się zatrzymać. Zajrzeliśmy również w ulicę Husytów.

Kawałek dalej skręciliśmy w ulicę Bursztynową. Pamiętałam położone niemal naprzeciw siebie dwa budynki, które zwróciły moją uwagę pięć lat wcześniej. Jeden był częściowo drewniany, drugi nie, ale oba miały ciekawą bryłę i wyróżniały się wysokością. Na końcu ulicy też wysoko pięły się dźwigi budowlane. Swoją siedzibę miało w pobliżu również wydawnictwo. A po drodze mogliśmy obserwować budzącą się do życia przyrodę pod postacią pąków drzew, jak również nieożywioną – figurkę czapli w jednym z ogrodów.

Wyszliśmy na Pomorskiej i zaczęliśmy się kierować w stronę pętli tramwajowej. Między torami wędrowała sobie wrona siwa, a na torowisku oczekiwały na odjazd trzy tramwaje. Co ciekawe, miały różne numery – 2, 6 i 8, więc zauważyłam, że sumując dwie pierwsze cyfry otrzymamy trzecią. Dzięki temu, że podczas naszego spaceru zaczęły kolejno się rozjeżdżać, zdołałam także odczytać patronów: Seredyński, Clüver i Keckermann. Wiedzę o patronach kilkudziesięciu gdańskich tramwajów przyswajaliśmy podczas kursu przewodnickiego, o czym wspomniałam mojemu towarzyszowi.

Ciekawą pogawędkę ucięliśmy sobie również kawałek dalej, widząc przy ogródkach skrót „POD”. Kolega zasugerował:

– Podmiejskie ogródki działkowe.

– Podupadłe ogródki działkowe – wyraziłam wątpliwość, widząc ich stan i rudą wodę w rowie obok.

W sieci znalazłam raczej opcję „Pracownicze Ogródki Działkowe”, choć w tym miejscu nic nie naniesiono na mapę. Mój towarzysz zauważył za to słusznie, że dostrzegam detale i cieszę się drobiazgami. Gdy pożegnaliśmy się przy zbiorniku retencyjnym Jelitkowska, wieńcząc ten wspólny fragment wyprawy zdjęciem, rzeczywiście utknęłam tam na dłuższą chwilę. Podziwiałam różnorakie ptactwo, bo i każdy gatunek preferował inne aktywności. Mewy się goniły, kaczki leniwie dreptały, a przy tym było słychać stukanie dzięciołów. Coś niesamowitego. Sama wyspa też przypadła mi do gustu.

Wyszłam z parku i skierowałam się ku Błękitnej. Po jej obejrzeniu przeszłam na drugą stronę Jelitkowskiej i weszłam do Parku Jelitkowskiego. Najpierw podeszłam do mapki dzielnic, która zwróciła moją uwagę także poprzednio. Nieco pobrudzona i porysowana, mogła wciąż służyć turystom poszukującym lokali gastronomicznych czy parkingu. Alejką skierowałam się ku morzu. Po kilku głębszych oddechach z jodem w pakiecie, wróciłam ku zieleni, mijając przy tym fontannę przy lokalu gastronomicznym. Znalazłam tabliczkę informacyjną, tym razem informującą o zabytkowym charakterze parku. Dzięki niej dowiedziałam się, że został założony już w 1907 roku.

Wędrowałam alejkami i dostrzegłam także przepływający Potok Oliwski, na tym odcinku zwany także Potokiem Jelitkowskim lub Jelitkowską Strugą. Nieopodal uchodził do morza, nim jednak znalazłam się w tym miejscu, wróciłam na skrzyżowanie z ulicą Pomorską, by wykonać parę zdjęć i tam. Zauważyłam krzyż pośrodku, którego jakoś nigdy wcześniej nie zakodowałam.

Postanowiłam dalej iść Kapliczną. Z niej szybko skręciłam w Morską. Zaciekawiła mnie nazwa jednej z willi (Morskie Oko), bo z jednej strony nawiązywała do nazwy ulicy, a jednocześnie geograficznie stała w sprzeczności z lokalizacją. Szłam do końca drogi, dzięki czemu dotarłam do ślicznego białego mostu nad potokiem. Wówczas podeszłam na deptak i widziałam już ujście rzeki.

W tym miejscu jakoś szczególnie ucieszyłam się, że rozpoczęłam swoje wędrówki. Zrobiłam kilka zdjęć z mapką, po czym pogłaskałam ją czule i dodałam:

– Kochana mapo, to Twoja pierwsza wycieczka.

Rzeczywiście, po kursie, mając już w planach ponowne przejście całego Gdańska, kupiłam sobie laminowaną mapę Trójmiasta. Nadeszła pora, by zacząć z niej korzystać. Klimatyczna, niezbyt spora obszarowo wycieczka, do tego spokojnym tempem, była idealna na start.

By poczuć klimat Jelitkowa wystarczy delikatnie cofnąć się w Morską i skręcić z niej w Bałtycką. Co prawda najpierw zaintrygowały mnie rzeźby w ogródkach i na ogrodzeniach posesji, ale główny element krajobrazu stanowiły tutaj domki rybackie. Tak niska zabudowa rzuca się w oczy. Według tabliczki na krańcu ostatniego z nich, zespół domów rybackich pochodził z przełomu XIX i XX wieku. Intrygowały także drzwiczki na bocznej ścianie budynku, które umieszczono jakby na wysokości piętra. Niemałą ciekawostką okazało się też blaszane zakończenie rynny na kształt głowy smoka.

Wyszłam na plac z ławeczkami i uroczymi latarniami. Następnie podążyłam na wprost. Na jednej z ostatnich mijanych chat widniała data: 1903 rok. Przeszłam się kawałek Jantarową, po czym wyszłam na Kaplicznej. Odwiedziłam najpierw ulicę Nadmorską, ale zdominowała ją zabudowa mieszkalna. Zobaczyłam, co kryje „za winklem”, bo droga miała ciekawy kształt niemal kąta prostego, po czym zawróciłam, by dokończyć wędrówkę.

Następnie podeszłam do kościoła pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła. Odwiedziłam go już rok wcześniej i ogromne emocje wzbudziły we mnie podobizny błogosławionych męczenników z okresu II wojny światowej. Trzy postaci poznałam – księży Komorowskiego, Rogaczewskiego i Góreckiego. Nazwiska te przewinęły się na kursie przewodnickim, podobnie jak czwartego mężczyzny – ks. Miegonia. O siostrze Alicji Kotowskiej usłyszałam wówczas po raz pierwszy. Pamiętam, że tak mnie to zaciekawiło, że podeszłam zapytać o to w zakrystii, okazało się, że wydano dekret, w którym arcybiskup ogłosił rok 2019 właśnie ich rokiem. Ksiądz proboszcz nawet skserował mi ów dekret i podjechałam po niego innym razem. Później natknęłam się też na książkę w temacie i bez wahania ją nabyłam. Wreszcie, trzeci raz, byłam wewnątrz na mszy jeszcze w styczniu, gdy planowałam w 2020 roku odwiedzić wszystkie gdańskie kościoły (czego ostatecznie jednak nie zrealizowałam). Dlatego tym razem nie próbowałam wejść do środka.

Docierałam do końca swojej wycieczki. Odwiedziłam jeszcze ulicę Wypoczynkową i ostatecznie skręciłam w Parku Prezydenta Ronalda Reagana w ścieżkę na wysokości Jagiellońskiej. Stwierdziłam, że skoro tyle już przeszłam, a w sumie nie mam do domu jakoś strasznie daleko, to doczłapię jeszcze te dodatkowe kilometry. Byłam dumna z tej pierwszej wycieczki. A kilka dni później zaczęła się epidemia. Właściwie w Polsce mówiło się o niej już od kilku dni, ale nie było jeszcze szczególnych działań. Ostatecznie najpierw zasugerowano ograniczanie wyjść i unikanie skupisk ludzkich. Dlatego wybrałam się w tym samym towarzystwie na spacer przez wspomniany park na plażę. W godzinach, w których prawie nikogo tam nie było. Wędrowaliśmy w odległości od siebie. Trochę czuliśmy się jak przestępcy, cóż za paradoks. Wtedy jednak nikt jeszcze nie mówił, że spacer może być czymś „zakazanym”. A później się zaczęło…


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów: z Jelitkowa i ze spaceru nad morzem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *