O łapalickim zamku słyszałam z dobre dwa – trzy lata wcześniej i z miejsca uznałam to miejsce za intrygujące. Był czas, gdy umawialiśmy się na wyjazd do Kartuz (i potencjalnie także zamek) z kolegą z pracy, jednak z biegiem czasu coraz trudniej było się nam na to zebrać. Pomysł w głowie wciąż się jednak tlił, czekając jakby na iskrę zapalną.
A takową okazała się rozmowa z koleżanką z kursu przewodnickiego. Obu nam bardzo dała się we znaki społeczna samoizolacja, towarzysząca epidemii koronawirusa. Gdy restrykcje nieco zelżały, a ludzie zaczęli się ponownie spotykać, postanowiłyśmy i my nadrobić ten kilkumiesięczny brak osobistego kontaktu. Pomysłów na miejsce spotkania (w Gdańsku i poza nim) było kilka i jakoś tak się złożyło, że ten niegdański udało się zrealizować szybciej.
W ten piątkowy poranek Gdańsk spowijała mgła. Prognozy pogody dla Kartuz były o wiele bardziej optymistyczne, 25˚C, choć wzbogacone wiatrem. Uznałam, że rzeczywiście warto to wykorzystać, bo we mgle zdjęcia chociażby brzeźnieńskiego falochronu wyszłyby średnio. Koleżanka uznała, że zamek we mgle też miałby nieziemski klimat, ale rozumiała, że na potrzeby zdjęć wolałabym go w pełnej krasie. Biorąc pod uwagę okoliczności pogodowe, nie żałowałam opuszczenia ukochanego miasta i postanowiłam pozwiedzać kolejną ze „stolic Kaszub”.

Jako środek transportu wybrałyśmy PKM-kę, która sunęła niemal bezszelestnie. Skupiłyśmy się na rozmowie, zrobiłam kilka zdjęć z okna, oczarowana zamglonym zbiornikiem retencyjnym Jasień, widokiem remontu w okolicy lotniska, którego nie widziałabym z poziomu ulicy i kilkoma stacjami już za Gdańskiem, przez które wcześniej nie miałam okazji jechać.

Niesamowite pierwsze wrażenie zrobiły też na nas same Kartuzy – jakie były piękne i zadbane. Wyrażając swój entuzjazm, podśpiewywałam: „Dziś jest zwykły dzień, ale zrobię go niezwykłym (…)”. Poruszałam się tanecznym krokiem i fascynowało mnie wszystko wokół tak, że nie wiedziałam, gdzie oczy podziać! Za krańcem peronu koleżanka dopatrzyła się starej, zardzewiałej lokomotywy, więc podeszłyśmy, na ile można było, by się jej przyjrzeć. Przy okazji robienia mi zdjęcia z tabliczką „Kartuzy”, usłyszałam chłopca, który szedł z mamą i bratem i wołał „jupi”. Sama też cieszyłam się jak dziecko, więc pozując i ja zawołałam „jupi” 🙂 Mam nadzieję, że chłopczyk nie pomyślał, że go złośliwie przedrzeźniam.


Zawracając, aby wyjść w stronę miasta, zwróciłam uwagę, że oprócz dużej niebieskiej pompy na wodę, był też mały kranik na torach. To było ciekawe, taki kontrast. Z kolei sam budynek dworca (z zachwytem ekscytowałyśmy się, że dach ma lukarny!) starałam się sfotografować tak, by w kadrze nie było ludzi. Przy tej okazji koleżanka zauważyła, że dla historyków wartość mają właśnie zdjęcia z ludźmi. Już na starcie doszłyśmy też do wniosku, że podzielimy się zadaniami i skoro ja głównie ogarniałam fotki, koleżankę poprosiłam o zerkanie na mapę.


Przy budynku dworca obejrzałyśmy jeszcze tablicę z cytatem z Hieronima Derdowskiego, sugerujący, że Kaszuby i Polska nie mogą istnieć bez siebie nawzajem. Naprzeciwko mieścił się głaz upamiętniający kolejarzy – ofiary faszyzmu. Następnie wyszłyśmy „w miasto” i to pierwsze wrażenie było uderzające. Czułam się i zachowywałam naprawdę jak turystka (choć natrafiłyśmy na kiosk identyczny jak w moim rodzinnym Lęborku), żywo reagując niemal na wszystko wokół, a jednocześnie poczucie to wzmagał klimat niczym w nadmorskiej miejscowości w sezonie. Kartuzy, na mapce wydające się miasteczkiem niedużym i niepozornym, naprawdę tętniły życiem!

Podążałyśmy ulicą Dworcową, aż znalazłyśmy się przy kościele pw. Św. Kazimierza. Zastanawiałam się, na ile może być wiekowy, bo wyglądał w sumie jak odnowiony. Był ceglany, więc byłam nim zachwycona już z zewnątrz, ale zajrzałyśmy też do środka. Okazał się zabytkiem z 1883 roku, a wewnątrz podobał mi się jeszcze bardziej. Piękne sklepienie nad ołtarzem i ślicznie rzeźbione belki pod dachem, organy otoczone zdobieniem w tej samej koncepcji i witraże – to robiło wrażenie. Jednocześnie nie miałam wrażenia przepychu. Po wyjściu próbowałam go sfotografować z poziomu rynku, urzeczona także wieżą z zegarem, natomiast światło padające zza kościoła skutecznie to utrudniało. Trochę pokombinowałam z ustawieniami, ale uznałyśmy też, że podejmiemy kolejną próbę w drodze powrotnej.


Kolejną rzeczą, jaka zwróciła naszą uwagę, była adaptacja przestrzeni miejskiej z dbałością o detale. Drewniana konstrukcja w kształcie kostki, okazała się być pulpitem na mapę miasta (super pomysł!). Podobnie uzupełniono ławeczki, co podsumowałam:
– Tak powinno się wykorzystywać meble miejskie!


Ponadto wzory kaszubskie zdobiły chociażby słupy latarni czy stojaki na rowery. A niejeden mijany budynek reprezentował dawniejszą architekturę, a zdecydowanie wyróżniająca się ceglana bryła, dziś mieszcząca Radę Powiatu, okazała się dawną siedzibą Szkoły Żeńskiej i stanęła tu na początku XX wieku. Na końcu deptaka zobaczyłyśmy też ciekawą konstrukcję upamiętniającą przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Każda kostka reprezentowała inny kraj. Poza całością sfotografowałam dwie, które nawiązywały do moich podróżniczych celów. Obok znajdowała się makieta historycznego zarysu kompleksu kartuzji kaszubskiej fundowanej w 1382 roku. Ostatnim obiektem w pobliżu był drogowskaz, wymieniający miasta partnerskie Kartuz: Polanicę Zdrój, Kemberg i Duderstadt.



Po drugiej stronie drogi mieścił się park, w którym na początek znalazłyśmy pomnik upamiętniający pięćsetlecie Kartuz, a dalej figurę marszałka Piłsudskiego i „ławkę niepodległości”. Nie wiem czemu, ale byłyśmy przekonane, że skoro jest specjalne siedzisko, to jak usiądę, zacznie coś mówić. Tak się jednak nie stało. Natomiast z informacji, do których udało mi się dotrzeć, to taki właśnie był zamysł, zatem być może już ją odłączono.

Następnym punktem na naszej trasie był Park Solidarności i pobliska kapliczka ze świętym Brunonem, patronem miasta z nadania biskupa Jana Bernarda Szlagi.
– Park – zawołałam. – I patrz, tam są pomniki, Marta będzie fotografować.
– Tego się spodziewałam – odparła moja towarzyszka.
– Czyżby zaraz zielone? – stanęłyśmy przy pasach. – To jest znak, moja droga.

W parku jednak znalazłyśmy jeden pomnik (upamiętniający dawny cmentarz i kościół Św. Katarzyny) i klomby na kwiaty, które z daleka wydawały mi się też pomnikami. Zawróciłyśmy, zastanawiałyśmy, czy damy radę podejść nad jezioro po lewej, ale za parkingiem nie było nigdzie widać zejścia. Stwierdziłyśmy, że niedługo będziemy przy docelowej informacji turystycznej i dlatego powędrowałyśmy dalej. Przy kolejnych światłach było widać kościół, dlatego rzuciłam:
– Jeżeli to jest kościół albo ten erem (widziałam nazwę na mapie, ale nie wiedziałam, jak wygląda w całości), to tam jest informacja – wskazałam właściwy kierunek, po czym zobaczyłam drogowskaz po drugiej stronie pasów.
– Wygrałaś – skomentowała moje niedopatrzenie moja towarzyszka, po czym wybuchłyśmy śmiechem.

Po chwili rzeczywiście znalazłyśmy się w punkcie informacji turystycznej, skąd pobrałyśmy mapki i informator o atrakcjach w okolicy linii PKM, bo uznałam, że może się przydać w przyszłości. Naprzeciwko zobaczyłyśmy zabytkowy, niski budynek. Koleżanka podejrzewała, że może być chatą rybacką, lecz okazał się gorzelnią klasztorną z 1682 roku. Tak naprawdę wzdłuż ulicy Klasztornej niemal wszystko było zabytkowe, prawdopodobnie nawet brukowa droga. Zaciekawił nas dom obok dawnej słodowni klasztornej z przełomu XIV/XV wieku, choć akurat jego nie opatrzono żadną tabliczką, ale przy wejściu kolumny zdobił wzór liści akantu. Drzwi na klatkę schodową były otwarte na oścież i z wnętrza poczułam zapach, który kojarzył mi się ze starym, jeszcze poniemieckim domem mojej cioci.

Następny na naszej trasie był dawny refektarz kartuzów z tego samego okresu, co słodownia oraz sąsiadujący z nim kościół pw. Wniebowzięcia NMP, zwany kolegiatą. Pomiędzy tymi dwoma pokaźnymi budynkami ustawiono figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem w ładnie zaaranżowanym zieleńcu. W sumie dopiero po powrocie do domu, pisząc ten rozdział, zauważyłam, że do kolegiaty można wejść i nawet pobrać materiały na jej temat. Myślę, że nie zrobiłyśmy tego jedynie dlatego, że wokół było mnóstwo innych bodźców.


Zaintrygowała nas chociażby rzeźba, co do której z oddali miałyśmy zupełnie inne odczucia. Sądziłam, że widzę postać z księgą na kolanach, zaś koleżanka widziała w tym Pietę. Rzeźbę opatrzono jednak tabliczką, że serce mnicha to przedwojenny dzwonek z Kartuz, a sznurek wychodzący na zewnątrz był tak umocowany, że umieszczonym prawdopodobnie wewnątrz dzwonkiem nie dało się zadzwonić. Faktycznie, bryła mogła swym kształtem przypominać zamyślonego mnicha. Znajdowała się przy Parku im. Towarzystwa Miłośników Kartuz. Pośrodku placu umieszczono rzeźbę z zapisaną łaciną dewizą zakonu kartuzów: „Krzyż trwa, podczas gdy świat się zmienia”.


Przeszłam przez kamienny murek półobrotem, po czym schodkami zeszłyśmy ku ścieżce wzdłuż Jeziora Klasztornego Małego. Aleja Filozofów, bo taką miała nazwę, nie oferowała jednak podobizn filozofów, czego się spodziewałam. Prezentowała za to ładny widok na jezioro i cień, który w okolicy południa był na wagę złota.
Dopatrzyłyśmy się też kłody, po której dreptały kaczki… i nie tylko.
– Tam jest żółw – zawołała koleżanka, wiedząc, że to moje ulubione zwierzę.
– Aaa! – zareagowałam entuzjastycznie, szybko jednak poważniejąc. – Nie powinno go tu być.
Moja reakcja, podyktowana z jednej strony fascynacją tymi zwierzętami, z drugiej – wiedzą biologa, tak inna w tak krótkim czasie, rozbawiła moją towarzyszkę.

Generalnie dość mocno pokazywałam po sobie, jak cieszę się z naszej wycieczki.
– Jaram się, że tu jesteśmy. Wiem, że widać.
– No widać – przyznała moja towarzyszka. – Ja jestem chyba bardziej stateczna w okazywaniu emocji.
Dotarłyśmy do pomostu, który w pierwszej chwili bardziej sugerował spoglądanie na bloki po drugiej stronie jeziora niż na samo jezioro.
– Wspaniale zaplanowany punkt widokowy – żartowała koleżanka. – Taki piękny termometr! – wskazała detal architektoniczny charakterystyczny dla modernizmu.

Kawałek dalej z kolei przystanęłam przy drzewie.
– Czemu robisz temu zdjęcie? – zapytała zaskoczona.
– Tak, o. O, patrz! Sześćdziesiąty trzeci rok!
– To jest przykre, że ludzie robią takie rzeczy drzewom, ale jednak sześćdziesiąty trzeci rok! – doceniła jako historyk, a ja porozumiewawczo poklepałam ją po ramieniu.

Trochę się zadziało, postanowiłam zatem poczynić parę zapisków na telefonie, co nie uszło uwadze starszego pana, idącego z naprzeciwka.
– Zaraz wpadniesz w jakąś dziurę i stłuczesz to g*wno!
Było mi nawet trochę przykro z powodu tak agresywnego tonu.
Ci, którzy ze mną podróżują, wiedzą, że często mam w zwyczaju notować różne hasła czy dialogi jeszcze podczas wycieczki. Czasami robię to analogowo, wykorzystując mapkę lub inną kartkę papieru, ale często po prostu robię notatkę w telefonie. Czasem się w tym celu zatrzymuję, innym razem, np. na prostej drodze, po prostu idę wolniej, jednocześnie notując. Mimo to staram się zachować podzielność uwagi i nigdy z tego powodu nic sobie nie zrobiłam, a komentarz pana był jak dla mnie po prostu nieuprzejmy (mógłby to powiedzieć inaczej) i udowadniał, że wyrażał swoje zdanie, nie biorąc pod uwagę całego kontekstu. Wiem, że często nasze pokolenie jest uzależnione od technologii, ale tu po prostu działałam dość praktycznie i telefon służył mi jako aparat i notatnik. Wręcz byłam szczęśliwa, przechodząc na niemal cały dzień w tryb offline (przez całą podróż korzystałyśmy tylko trochę z GPS-a koleżanki, a Internet w swoim telefonie włączyłam dopiero w drodze powrotnej – to było fajne doświadczenie).

Tymczasem podziwiałyśmy kaczki i kaczory o niemal fioletowych głowach, a także fontannę na jeziorze. Z kolejnego pomostu widoki były o wiele lepsze. Świetnie prezentowała się również kolegiata na horyzoncie. Wreszcie dotarłyśmy na Wyspę Łabędzią, która była naszym głównym celem na tym odcinku. Prowadziła na nią ładna, prosta kładka, a wokół było bardzo zielono. Koleżankę zaintrygował osobnik czający się na pniu drzewa, gdy zapozowałyśmy do wspólnego zdjęcia.
– Czy to jest komar? – zapytała.
– Nie. Ale to jest owad. Czekaj – wystawiłam rękę, by zrobić zdjęcie „od frontu”, gdyż my widziałyśmy owada z przodu.
– Profesjonalna ekspertyza – zaśmiała się, oczekując zapewne od razu fachowej systematyki.
Z boku i na zdjęciu żyjątko wyglądało zupełnie inaczej. Postawiłam tezę, że to motyl, bo na to wskazywał układ skrzydeł i pokrój ciała, ale nie znalazłam niestety konkretnego gatunku w swoim atlasie.

Po krótkiej przerwie na posilenie się, ponownie przeszłyśmy się Aleją Filozofów i pod kolegiatą znalazłyśmy się w samo południe, co pozwoliło nam usłyszeć wygrywaną tam melodię. Droga biegnąca za skwerem w górę, po obróceniu się w stronę świątyni, wyglądała dokładnie tak, jak wyobrażałabym sobie dojazd do posiadłości zakonnych w dawnych czasach. Współczesny chodnik opatrzono kafelkami z upamiętnieniem ważnych dla historii postaci. Zawołałam koleżankę, by jej to pokazać. Pośród tych kilku nazwisk znalazł się m. in. fundator zakonu czyli Jan z Rusocina.


Koleżanka dalej obsługiwała mapę i co pewien czas zagadywałam ją żartobliwie:
– Dokąd teraz, pani przewodnik?
Chwilę później powiodła nas tak, że znalazłyśmy się na cmentarzu. Na krańcu alejki, którą weszłyśmy, był nagrobek poświęcony ofiarom II wojny światowej. Aby opuścić nekropolię, udałyśmy się boczną alejką, gdzie jeden grób momentalnie zwrócił moją uwagę:
– Patrz, Aleksander Majkowski. To powinno panią zainteresować, pani przewodnik!

Wyszłyśmy na ulicy Mickiewicza i gdy GPS parę razy zmienił nam trasę, wiodąc ostatecznie na ulicę Reja, uznałyśmy, że coś jest nie tak. Doszłyśmy do wniosku, jakimi ulicami trzeba podążać i zamiast sugerować się jego kierownictwem, po prostu patrzyłyśmy na nazwy. Z ulicy Wzgórze Wolności, mijając po drodze chociażby Zespół Szkół Zawodowych i Ogólnokształcących, a także ciekawe w kontekście gdańskim ulice Obrońców Westerplatte i Obrońców Poczty Polskiej, ostatecznie weszłyśmy w las naprzeciw ulicy Podgórnej.

Głównym celem tego dnia był opuszczony zamek w Łapalicach. Ze względu na coraz wyższe temperatury z dwóch sugerowanych tras wybrałyśmy tę leśną. Tablica informowała, że rozciągał się tam Kaszubski Park Krajobrazowy, a umieszczona niemal na wejściu mapka sugerowała na rozdrożu iść w lewo i wędrować wzdłuż kilku stawów.
– Czy to jest pajęczyna? – zapytała koleżanka na widok błyszczącej niteczki w poprzek drogi.
– I jest pająk – dodałam.
– Nie chciałabym zabić tej pajęczyny.
Zrobiłyśmy zatem duży krok ponad nią.
Co jakiś czas na naszej trasie pojawiały się kamienie sugerujące kierunek dalszej wędrówki, aczkolwiek nie zawsze napisy wydawały się nam konsekwentne. Ptaki śpiewały i rozpoznałam pieśń zięby. Minęłyśmy też pasące się owieczki – widziałam je na żywo dopiero trzeci raz w życiu, wcześniej miałam okazję na gdyńskim Wiczlinie i w Pieninach.

– Tu się tyle dzieje, że nie nadążam notować – podsumowałam.
Minęłyśmy staw i zrobiłyśmy sobie przystanek nad kolejnym stawem. Pisałam o śpiewających ptakach, ale usłyszałyśmy też rechot żab, potem ze swoim beczeniem włączyły się owce.
– Ojej, cóż za symfonia – zauważyła koleżanka.

Samym stawom też zrobiłyśmy obie parę zdjęć, bo okazały się malownicze. Ścieżka biegła jednak dalej.
– Tabliczka. To co Marta lubi najbardziej – stwierdziłam.



Jednocześnie był to punkt widokowy, choć mocno zadrzewiony. Kolejną atrakcją na szlaku była kapliczka maryjna. Wkrótce na rozdrożu minęłyśmy grupę rowerzystów, których zapytałyśmy:
– Czy do zamku górą, czy dołem?
– Nie wiemy, bo jeszcze nie byliśmy, ale też tam jedziemy.
– To pewnie się spotkamy. Do zobaczenia!
Uznałyśmy, że skoro państwo jechali górą nie od zamku, to pomaszerujemy dołem. Ważnym punktem było też skrzyżowanie, gdzie droga biegła w prawo na zamek, a w lewo na Ławkę Asesora, co wskazywał głaz kierunkowy.

Na kolejnym rozdrożu nagrałyśmy rechot żab. Były niesamowicie głośno. Spory kawałek dalej spotkałyśmy grupę turystów zmierzających do Chmielna. Pytali nas o drogę, bo nie byli pewni, czy idą dobrze. Nie umiałyśmy im pomóc, za to oni uświadomili nam, że do zamku prowadziła droga wzdłuż muru za szlabanem, który widziałyśmy przy stawie z głośnymi żabami. Cóż było robić, zawróciłyśmy.

Jednak od tej pory droga nie była już tak zagadkowa i bez trudu dotarłyśmy do celu. Wizyta na zamku była super, choć nie brakowało innych turystów. Niestety monumentalna, ceglana konstrukcja stała się płótnem grafficiarzy i naprawdę na palcach u rąk można było policzyć te malunki o artystycznych walorach, większość była wulgarna albo były to po prostu napisy, również nie zawsze cenzuralnej treści.



Ciekawa jest sama historia tej budowli, choć słyszałam już kilka teorii. Raczej pewne jest to, że inwestorem był gdański rzeźbiarz, zajmujący się także produkcją mebli, a historia zamku sięga lat 80. ubiegłego wieku. I fakt, że roi się tu od symboliki – posiadłość ma kilka pięter, 52 pomieszczenia, 12 wież i 365 okien, których kształty są niezwykle różnorodne (były też wspominane na początku lukarny!). Dalej teorie się rozbiegają i co artykuł, to inne informacje. A to, że inwestor budował nie na swoim terenie, a to, że teren był jego, ale miał pozwolenie na budowę domku z pracownią, a nie takiego gmachu, a to, że planował w tym miejscu hotel. Nie do końca jasny jest też powód wstrzymania budowy – czy zabrakło mu pieniędzy, czy wmieszały się urzędy – może jedno i drugie. W tych surowych murach jest jednak pewien urok i nie dziwi mnie, że to miejsce przyciąga turystów. A najbardziej intrygującym elementem niewykończonego zamku jak dla mnie były sufity, przygotowane do montażu kasetonów, oraz pusty szyb windy.



Zrobiłyśmy pewnie w samym zamku dobrych parę kilometrów i wielokrotnie zmieniałyśmy piętra, ostatecznie lądując na dachu (a może miał być to taras, trudno powiedzieć). Sumując, pokonałyśmy setki schodów. Zobaczyłyśmy basen, rzuciłyśmy okiem ze schodów ku piwnicznym korytarzom pod basenem, jednak nie decydując się na spacer w znajdującej się tam mazi, a pomimo posiadania latarek uznałyśmy ten fragment zamku za wyjątkowo mroczny. Znalazły się też napisy sugerujące, że kto wszedł na zamek, nie opuści go żywy albo hasła „i tak umrzesz”. Jakkolwiek napisy były niepokojące, to widok graffiti przedstawiającego śmierć z kosą na końcu przejścia z lukarnami raczej mnie rozbawiła, choć pierwszą reakcją było głośne „o!”.



Spore wrażenie robiła sala balowa, częściowo dwupoziomowa, z ciekawym sklepieniem. Basen też wydawał się ogromny. Były też małe ciemne pokoiki, przylegające do innych, niewiele większych, a te miały jeszcze coś na kształt przedsionka. Każdy taki „apartament” wychodził na korytarz, co mogło się kojarzyć z hotelem. Intrygująca była też konstrukcja przypominająca fontannę na poziomie parteru i omszałe schodki.


Zapozowałam w niejednym oknie – z jednego z nich dostrzegłam nawet napis „Pogoń Lębork” na jednej z zewnętrznych ścian, a przyglądając się cegłom obok, dostrzegłam, że pochodziły z lęborskiej cegielni (ciekawe, czy ze współczesnej, czy jeszcze z tej, którą swoją drogą wyburzono niedługo przed naszą wycieczką, a którą pokazałam w przedostatnim wpisie cyklu lęborskiego). Inne zdobiły od dołu czarne plamki z kapiącymi strużkami farby, co skojarzyło mi się z meduzami. Jeszcze inne wypatrzyła koleżanka i zasugerowała mi, bym tam zapozowała, bo otaczały je kolorowe postaci. Zauważyła też:
– Rozbrajają mnie w takich miejscach rzeczy jak to drzewko – wskazała na roślinkę rosnącą na dachu nad lukarną.




Zwieńczeniem naszej wizyty na zamku miał być dach. Był spory płaski fragment, gdzie widziałyśmy ludzi już z dołu, w tym operatora drona. Trudno powiedzieć, czy ta płaska powierzchnia wynikała z niedokończenia budowy, czy taki był zamysł, ale stawiałabym na to pierwsze. Labirynt schodów i korytarzy nie ułatwiał jednak dotarcia tam. Pytałyśmy kilku turystów po drodze, odpowiadali nam sami mężczyźni i okazali się bardziej zabawni niż pomocni. Ci młodsi stwierdzili, że musimy wejść wieżyczkami. Dotarłyśmy do szczytu chyba trzech, natrafiając po prostu na koniec schodów.
– Przepraszam, jak wejść na dach? – zapytała koleżanka dojrzalszych wiekiem turystów.
– Schodami, do góry.
Nie no, dzięki 😉 W każdym razie nie spasowałyśmy i udało się nam znaleźć w najwyższym możliwym punkcie i uwiecznić to też na zdjęciu. Zapozowałam w pozie medytacyjnej, bardzo udany kadr. Opuszczając teren zamku, poprosiłyśmy mijanych państwa o wspólne zdjęcie naszej dwójki na schodach zamku.


Uznałyśmy, że autorowi całego zamieszania należy się nobel architektury albo nobel turystyki alternatywnej i wielka szkoda, że takie miejsce z potencjałem niszczeje.



Wędrując ponownie przez las dotarłyśmy do skrzyżowania z głazem kierującym ku Ławeczce Asesora. Na trasie dopatrzyłyśmy się padalca i drzewa opisanego jako „buk z obrzękiem”. Wreszcie zobaczyłyśmy figurę pana asesora. Ten punkt widokowy okazał się fajnym zwieńczeniem wyprawy. Odpoczęłyśmy, zjadłyśmy, podziwiałyśmy Jezioro Karczemne. Później minęłyśmy tabliczkę „Kartuzy”, by powędrować przez Chmieleńską i Wzgórze Wolności, a dalej znaną sobie już trasą, na dworzec. Nadrobiłyśmy też zdjęcie kościoła Św. Kazimierza, mając dla odmiany słońce za plecami.


Na koniec strzeliłam jeszcze gafę. Koleżanka bez wahania wędrowała na peron, na który wjechałyśmy do Kartuz. Gdy zasugerowałam, że nie sprawdziłyśmy, z którego peronu odjedzie pociąg do Kartuz, zauważyła, słusznie zresztą, że obecność jednego peronu nie pozostawiała szczególnego wyboru 😉 Oczekując na pociąg, zapytałyśmy odpoczywającego na ławce kierownika pociągu, czy to ten, o który nam chodziło. Kolejny raz tego dnia przekonałyśmy się, że „koniec języka za przewodnika”, choć jako przewodniczki wolałyśmy podsumować tę wyprawę hasłem używanym przez prowadzącego nasz kurs: „Nogi przewodnika warte są pomnika!” Święta prawda, a my kondycyjnie podołałyśmy, choć pokonałyśmy tego dnia około 17 kilometrów!

