Gdynia Wiczlino – z przyrodniczą wyliczanką w tle

Tym razem wybrałam się na zwiedzanie Wiczlina w męskim towarzystwie, do tego podwójnym. Koledzy już na starcie przerazili się, na jakie odludzie ich wywiozłam. Chcąc wprawić chłopaków w dobre humory, na wstępie poczęstowałam ich wafelkami opatrzonymi napisem Uśmiech proszę.

Rozpoczęliśmy od wejścia w ulicę Jana Kazimierza. Przy głównej drodze stacjonowała firma budowlana oferująca okna i drzwi. Dalej nie znaleźliśmy nic poza zabudową mieszkalną. Minęliśmy ulicę Kmicica, a następnie Ketlinga, którą to drogą postanowiłam wracać po przejściu całej pętli ulic. Na wysokości ulicy Zagłoby, niemal naprzeciw niej, ujrzeliśmy stado… owiec! Kolegom nie było trzeba więcej, by uznać Wiczlino za wieś, a nie część Gdyni. Czuli się wyprowadzeni w pole. Tymczasem ja, której nie dziwiły widoki koni czy krów, ekscytowałam się owcami, bo nie miałam dotąd okazji widzieć tych zwierząt z tak bliska, choć wieś jako taka nie była mi niczym obcym. Nie zraził mnie również „krowi zapach”, jaki poczuliśmy, gdy zajrzeliśmy na chwilę w ulicę Skrzetuskiego. Znaleźliśmy tam także kapliczkę, którą wyposażono w krótką ławeczkę, a na dodatek ogrodzono z każdej strony, co sugerowało, że stanowiła raczej prywatną własność.

Zaciekawiło mnie, co robił Ketling w towarzystwie pozostałych, pochodzących z Potopu, bohaterów. Okazało się jednak, że pomyliłam go z autorem Księgi dżungli czyli Kiplingiem. Ketling był tam patronem całkiem na miejscu. Dalej ruszyliśmy ulicą Suchą i zawróciliśmy przez Ketlinga ku ulicy Jana Kazimierza. Minęliśmy przy tej okazji także zagrodę z końmi.

Następnie wyszliśmy na Wiczlińskiej. Ruszyliśmy w prawo, nie przechodząc na chodnik, bo przez dłuższy czas widzieliśmy wydeptaną ścieżkę po naszej stronie. Po przeciwnej była jedynie siedziba ochotniczej straży pożarnej. Poza tym mieliśmy wejść zaraz w kolejną boczną drogę po prawej – Kurcewiczówny. No właśnie… mieliśmy. Okazało się, już nie pierwszy raz na Wiczlinie, że droga po prostu nie istniała. A przynajmniej nie w tym miejscu. Za widzianym ostatnio sklepem spożywczym oraz przy firmie budowlanej ruszyliśmy drogą ku ulicy Jagienki. Trasę, która doń wiodła opatrzono podwójnym drogowskazem i przedstawiono jako ulicę Oleńki Billewiczówny albo ulicę Lucjana – jak kto woli?

Niezależnie od przyjętej nazwy, droga, chociaż powywijana, biegła wciąż głównym nurtem. Nie pozostawiała wątpliwości, dokąd się kierować. Choć przyznaję, że dopadła nas lekka konsternacja, gdy niemal na owej drodze „wyrósł” nagle dom! Okazało się, że nasza ścieżka oplatała go z jednej strony i udało się nam ruszyć dalej. Zresztą, moi towarzysze niekoniecznie chcieli przystawać tam na dłużej, widząc chmarę pszczół wokół przylegającej do domu pasieki.

– To jest najgorsza trasa, jaką wymyśliłaś – uznali zgodnie koledzy, bowiem każdy z nich już mi parę razy towarzyszył.

– Nie ja to wymyśliłam – próbowałam się bronić. Przecież chaotyczność Wiczlina nie była moją sprawką.

– To w ogóle nie jest wymyślone – podjął temat jeden z chłopaków. – To jest zbudowane ot tak. Gdyby było wymyślone, to by była droga i wtedy przy niej domy.

Na naszej trasie znalazły się również wiatrak, iglaki z pajęczymi sieciami pomiędzy gałęziami, konie i… kolejne owce. Jeden z kolegów ekscytował się, że były bielsze niż te, które spotkaliśmy na początku i mniej rzucały się w oczy ich czarne nogi. Kolega zaczął nawet przedrzeźniać jedno ze zwierząt i beczeli na przemian, co przypominało nieco dialog.

– Rozmawiają dwa barany – zaśmiałam się, ale bez złośliwości.

O ile pierwsze stado raczej odchodziło od ogrodzenia na nasz widok, o tyle te zwierzaki podążały zgodnie w róg zagrody. Kolegę zastanowiło, dlaczego? Spekulowałam, że może chowają się w cieniu ogromnego drzewa, które tam stało.

Podeszliśmy bliżej kilkunastu owieczek, które schowały się w cieniu drzewa, pozostawiając bez zainteresowania rozproszoną resztę stada. Pomyślałam sobie, że skoro widzę owcę na żywo po raz pierwszy i to jeszcze stoję na tyle blisko, że dzieli nas wyłącznie ogrodzenie, to mogłabym stanąć do pamiątkowego zdjęcia. Oddałam aparat w ręce jednego z kolegów i stanęłam, by zapozować. Jedna z owieczek zresztą też 😀

Ruszyliśmy dalej ulicą Jagienki. Wokół rozciągały się pola. Z braku obiektów do komentowania kolega kazał mi zanotować:

– Napisz, że tu się nie opłaca przyjeżdżać. Chyba, że ktoś lubi wieś.

Opinię odnotowano.

Ich prośby zrealizowałam na tym odcinku jeszcze dwukrotnie. Gdy zwróciłam ich uwagę na zerwaną linię wysokiego napięcia, kolega poprosił, bym nie próbowała tego naprawiać sama. Oczywiście nie miałam takiego zamiaru, nawet przez myśl mi to nie przeszło. Później po lewej, za obszernym polem, zobaczyliśmy nowoczesny i kolorowy budynek, który przypisałam przypuszczalnie szkole podstawowej, a jeszcze dalej wyłaniał się Lidl.

Przez ulicę Pelczara dotarliśmy do tego Lidla, by jeden z kolegów mógł złapać autobus powrotny. Drugi nie był ograniczony czasowo i postanowił towarzyszyć mi do końca. Cofnęliśmy się więc nieco na Wiczlińskiej, by sprawdzić, czy widziany z oddali kolorowy budynek na pewno był siedzibą szkoły. Minęliśmy najpierw żłobek i przedszkole z wjazdem opatrzonym kolorowym graffiti, ale kolejny gmach należał właśnie do Szkoły Podstawowej Nr 37.

Po chwili zawróciliśmy i ponownie wędrowaliśmy ulicą Pelczara, tym razem na południe. Skręciliśmy  w lewo, dzięki czemu dotarliśmy do ulicy Danusi, a z niej zajrzeliśmy w ulicę Ojca Pio. Później wędrowaliśmy ulicą Pelczara aż do Suchej. Na tym odcinku wypatrzyliśmy firmę transportową, ślusarza, przedszkole, kilka krów, a wreszcie na samym skrzyżowaniu kapliczkę. Obok budowano kościół Św. Biskupa Pelczara. Kościół ten miał bardzo nietypowy kształt i uznaliśmy, że być może będzie dzielił budynek z plebanią. Naszą uwagę zwrócił również stary, bo z lat 50., ręcznie uruchamiany dzwon. Kolega uznał, że gdybyśmy wrócili tu za pięćdziesiąt lat, może byłoby więcej do oglądania.

Na skrzyżowaniu przyjrzałam się także drogowskazowi. Sucha, biegnąc w lewo, zmieniała nazwę na ulicę Wyszyńskiego, ale o dziwo kawałek dalej, ponownie nazywała się Suchą. Może zmieniono nazwę, bo nieopodal umieszczono zbiornik wodny i nazwa niezbyt przystawała do rzeczywistości? Nie znaleźliśmy odpowiedzi. Minęliśmy ulicę Św. Antoniego i kawałek dalej skierowaliśmy się kolejnym odcinkiem Suchej w las.

Kolega zwrócił uwagę na rosnące w gęstwinie jeżyny, ja natomiast przyglądałam się tresurze psów na wydzielonym terenie po prawej. Mężczyzna wydawał komunikaty i trzymał w rękach przedmioty, które miały być celem trzymanych na smyczy wilczurów. Zwierzęta kolejno podbiegały i wykonywały polecenia mężczyzny. Co ciekawe, drugi koniec smyczy każdego ze z psów dzierżyły kobiety. Był to niecodzienny spektakl. Czymś ciekawym okazały się także tabliczki przy pewnej posiadłości. Chociaż wyraźnie stał tam jeden budynek, ogrodzenie opatrzono dwoma adresami, nie dość, że z innymi nazwami ulic, to również z innymi numerami. Przyznaję, lekko się pogubiłam.

Jako, że niezbyt wiele mieliśmy do oglądania, postanowiłam nieco uprościć naszą i tak wymagającą trasę. I tak zamiast metody harmonijki, zdecydowałam się obejrzeć kilka ulic na przestrzał z obu stron. Miałam na myśli ulice, które pojawiły się za skrzyżowaniem z Małkowskiego, a mianowicie Lazurową i Gradową. Pomiędzy nimi znajdował się drogowskaz z ulicą Wichrową, ale rozglądałam się na wszystkie strony i nie wiedziałam doprawdy, co miałoby tę ulicę stanowić.

Na tym odcinku znaleźliśmy tylko warsztat samochodowy i wjazd do ogródków działkowych. Nic więc dziwnego, że gdy wreszcie skręciliśmy w Śnieżną, usłyszałam słowa kolegi:

– Zapytajmy jakiegoś autochtona, czy tu jest coś ciekawego. Powiemy, że jesteśmy pielgrzymami z Gdyni Centrum.

– Z Gdańska. A nie, mogą nie lubić Gdańska. Z Lęborka! – zasugerowałam. – Dzień dobry, jesteśmy pielgrzymami – wydobyłam z siebie głos, posyłając jednak te słowa w nicość.

Przechodniów było niewielu, ale raczej nie czułam potrzeby zagadywania ich. Rodzaj projektu i tak wymagał zajrzenia w każdy zakamarek, nie tylko tam, gdzie znalazłyby się obiekty inne niż mieszkalne. Na Śnieżnej był chociażby salon sukien ślubnych. Wkrótce kroczyliśmy już Tęczową, gdzie moją uwagę zwróciła studnia, a koledze bardzo spodobał się jeden z domów. Mój towarzysz skusił się także na wizytę na pobliskim placu zabaw i namawiał mnie dłuższą chwilę. Gdy usłyszałam, że możemy wyjść po jego drugiej stronie, uznałam, że w sumie co mi szkodzi. Kolega od razu znalazł zabawę dla siebie. Usiadł na czymś przypominającym nieco kolejkę linową. Gdy dotarł po linie do końca, okazało się, że nie zatrzymał się, lecz pojechał wstecz.

– Aaa! Marta! Jak to się zatrzymuje? – zapytał.

Zasugerowałam mu, żeby wykorzystał własne stopy, nie był bowiem wysoko nad ziemią. Pomysł okazał się całkiem trafny. Kolega namawiał mnie, bym wybrała coś dla siebie. Korciły mnie huśtawki, wiadomo, ale sposób ich wykonania raczej nie współgrał z moimi dorosłymi wymiarami i wagą. Zresztą większość sprzętów, jak na plac zabaw przystało, była raczej przewidziana dla maluchów. Ostatecznie przeszłam przez piach, który pokrywał niemal cały plac, do kolorowych kulek, które mnie zaintrygowały.

– Zrób mi zdjęcie z kulkami – zadecydowałam.

– A co się na nich robi?

Nie miałam pojęcia.

– Nie wiem. Usiądę – odparłam, a kolega ze śmiechem przejął aparat.

Zrobił mi kilka zdjęć, ale zauważyłam, że „obciął” mi nogi. Zwróciłam mu na to uwagę i poprosiłam o kolejne ujęcie.

– Chcesz, żeby było widać paznokcie? – zapytał kolega, sugerując się tym, iż miałam pomalowane paznokcie na obutych w sandały stopach.

– Nie, po prostu chcę, żeby było widać mnie całą.

Za pierwszym razem w kadrze nie zmieścił się czubek głowy, drugie ujęcie było już lepsze. Ale że na placu nie byliśmy sami, zdjęcie z ludźmi w tle nie wydaje mi się najwłaściwszym do publikacji.

Wyszliśmy z placu i przemieszczaliśmy się między blokami. Ścieżką w lewo przeszliśmy na Filipkowskiego. Tam znaleźliśmy całkiem sporo obiektów. W przypadku większości z nich kolega uznał za ich grupę docelową rodziny z małymi dziećmi. Na Filipkowskiego znalazły się bowiem sklepy wielobranżowy, chemiczny, mięsny, ze zdrową żywnością i Żabka, dwie kwiaciarnie, przychodnia ginekologiczna, kawiarnia, restauracja, szkoła językowa dla dzieci, przedszkole, piekarnia oraz salony kosmetyczny i fryzjersko-kosmetyczny.

Ostatecznie wyszliśmy na Wiczlińskiej naprzeciwko piaskowej dróżki.

– Widzisz tę ścieżkę? – zapytałam kolegę. – Tamtędy wyszłam z lasu – odparłam, nawiązując do pierwszej wycieczki po Wiczlinie.

Podczas tej, ostatniej, rozważałam, czy nie zrobić jeszcze kawałka Dąbrowy, ale na tym etapie wiedziałam już, że to byłoby zbyt wiele. Wypowiedziałam tę myśl na głos, na co kolega zareagował przerażeniem. Sprzeciwił się temu pomysłowi, ale uspokoiłam go, że sama uznałam, że choć miałam na myśli kilka dąbrowskich ulic, wystarczająco już dziś pokonaliśmy.

Ruszyliśmy w lewo, mijając posiadłość z pomalowaną w kwiatkowy wzór skrzynką pocztową i wypatrując bar, a może pizzerię. Po drugiej stronie drogi zobaczyliśmy dwie firmy. Jedna była związana z kominkami, druga okazała się salonem kosmetycznym. Na zajmowanym przez nie budynku kolega wypatrzył wskaźnik temperatury. Upał sięgał 30,4°C.

Obok firm biegła ulica Planetarna. Skręciliśmy z niej w Księżycową, która okazała się dość długą drogą. Zaglądaliśmy w jej boczne odnogi, jedna z nich nosiła nazwę Gwiezdnej. Do naszych uszu dotarł także charakterystyczny dźwięk:

– O nie, jeszcze koguty, tego jeszcze nie było – nie dowierzał kolega. – Myślałem, że one pieją rano.

Związane z astronomią ulice i swojski klimat wokół zainspirowały kolegę do opowieści o filmie, który oglądał w dzieciństwie. Główną bohaterką była tam niezwykła krowa, jak ujął to kolega „pochodząca z Kosmosu”, której mleko miało niesamowite właściwości. Po jego wypiciu spełniało się swoje marzenia. Chociaż po opisie niekoniecznie kojarzyłam, o jaki film chodzi i wyobraziłam sobie, że to jakaś amerykańska produkcja, gdy kolega przypomniał sobie tytuł – „Sto minut wakacji”, zorientowałam się, że i ja ów polski film, dawno, bo dawno, ale widziałam.

Chwilę później dotarliśmy do kolejnego skrzyżowania dróg.

– Idziemy Kosmiczną – oznajmiłam.

– Po co?

– Żeby stąd wyjść.

– Wracamy do domu?

– Prawie.

– Uwielbiam to!

Rzeczywiście, do końca brakowało nam naprawdę niewiele. Powędrowaliśmy wzdłuż domów, wypatrując także kurki i kaczki. Wyszliśmy na Śliskiej, od której odbijała w lewo ulica Krauzego. My jednak ruszyliśmy w prawo i ponownie w prawo w ulicę Wschodzącego Słońca. Nazwa ta zainspirowała mnie do przystanięcia obok drogowskazu, złożenia dłoni niczym podczas medytacji i przymknięcia oczu, co kolega próbował, na moją prośbę, uchwycić na zdjęciu.

Ulice tworzyły tu jakby pętlę wokół wielkiego pola i chaszczy. Kilka z nich odbiegało na boki od głównej trasy. Pierwsza – ulica Porannych Mgieł – rozczuliła mnie swą nazwą, chyba jedną z najbardziej uroczych, jakie spotkałam. Wypatrzyliśmy też ulicę Droga Mleczna. Przez Jutrzenki, kosztując śliwki zerwanej z rosnącej poza posesjami śliwy, dotarliśmy do Śliskiej, gdzie znaleźliśmy ofertę sprzedaży świeżych jaj. Przez Śliską trafiliśmy ostatecznie na Wiczlińską.

Na głównej drodze ruszyliśmy żwawym krokiem w lewo. Pozostało nam niewiele czasu do autobusu. Minęliśmy kapliczkę, sklep ogrodniczy i Biedronkę. Dalej rozciągały się ogródki działkowe. Tuż obok umieszczono przystanek autobusowy. Nawet na koniec Wiczlino wprawiło mnie w stan lekkiej konsternacji. Zobaczyłam na tablicy inne godziny niż te sprawdzone w Internecie na stronie przewoźnika. Odczekaliśmy jednak minutę, która pozostała według moich informacji i rzeczywiście podjechał autobus… na przystanek obok wjazdu do ogródków. Przebiegliśmy te kilkanaście metrów, na szczęście tylko kilkanaście, wbiegając pospiesznie do środka. Autobus ruszył i dowiózł nas gdzie należy, a co najważniejsze na czas.

Nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że nie sądzę, iż odwiedzę jeszcze Wiczlino dobrowolnie, w rozumieniu „bez konkretnego celu”. Przerasta mnie chaotyczność dzielnicy, która wciąż się rozrasta i obawiam się, że w przyszłości grozi to jeszcze większym chaosem. Natomiast do gustu przypadł mi ten swojski klimat wycieczek po Wiczlinie, co wystarczy w moim mniemaniu podsumować, wymieniając występujące tam skarby natury. Jabłka, gruszki, śliwki, jeżyny… Kury, koguty, kaczki, gęsi, gołębie, koty, tresowane psy, krowy, konie i koniecznie owce! Przyznaję, za owcami będę tęsknić <3

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

7 thoughts on “Gdynia Wiczlino – z przyrodniczą wyliczanką w tle

  1. Michał says:

    Tabliczka z nazwą ul. Lucjana jest samowolą. Sprawdziłem i ul. Oleńki Billewiczówny jest właściwa. Ale znam miasto, w którym funkcjonują dwie nazwy jednego osiedla – Bursztynowe i Strzeleckiego. Jest pewien konflikt o właściwą nazwę między odpowiednio: mieszkańcami i deweloperem a Urzędem Miasta. Którego? Podpowiem, że swój projekt śmiało byś mogła rozszerzyć o to miasto, które chyba widziałaś z daleka podczas swoich spacerów po jednej z dzielnic. 😉

    Południowa część Wiczlina zawsze mi będzie przypominała 3 października ub.r. – powrót od naszej koleżanki z Bojana. Dotarłem od południa m.in. przez ciemny las na granicy Gdyni i Gminy Szemud. Mam zdjęcia z pewnych odcinków trasy – w końcu nieczęsto jedzie się z dronem i przyczepą po 20:00 i przy 8°C. 😉 Wybrałem trasę przez Wiczlino i Witomino, by wrócić do Sopotu możliwie bez spowalniania ruchu samochodom (zwłaszcza na podjeździe w Chwaszczynie).

    Nie dziwię się, że będziesz tęsknić za owcami. Reagowały na Was, a ich zdjęcie z bliska naprawdę Ci wyszło! 🙂 Przyjemny widok w dzielnicy, która się rozbudowuje i mogą niedługo zniknąć, bo zabraknie miejsca na ich wypas.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Muszę przyznać, że wydałoby mi się dziwnym, aby obie tabliczki były oficjalne. Mogły prowadzić do dwóch ulic, ale okazało się przecież, że droga była jedna.

      Mówisz o Borkowie? Ono ma status miasta? Nie sprawdzałam tego w sumie.

      Hm, w październiku o tej porze robiłeś jeszcze nagrywki z drona?

      Tak, mega jestem dumna z tego zdjęcia, chyba moje ulubione z tamtego dnia, ale to w dużej mierze kwestia współpracy “modelki” 😉

      Odpowiedz
  2. Michał says:

    Mi chodzi o Pruszcz Gdański, który widać z dzielnicy Orunia-Święty Wojciech-Lipce, bo z nią graniczy. Z zabudowy widać kominy czy maszt GSM – także z Suchanina, w tym z mojego okna. 😉 To właśnie to miasto mogłabyś przejść jako siódme, bo graniczy z Gdańskiem i jest z nim powiązane choćby codziennymi dojazdami mieszkańców do pracy i szkół. Ma pojedyncze zabytki i wiele współczesnych atrakcji.

    W Bojanie poszedłem z naszą koleżanką, jej mężem i dziećmi na pole, gdzie wystartowałem z dronem. Tylko nie chcieli, bym publikował filmy i zdjęcia – wiadomo. Zresztą w październiku byłem jeszcze z dronem w Elblągu i Pasłęku. 🙂

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Ach, Pruszcz. Cóż, zobaczymy, na razie mam inne rzeczy na celowniku 😉 Odwiedzić je pewnie odwiedzę, może w sumie i w niedalekiej przyszłości, skoro jest tak na wyciągnięcie ręki, a jeszcze nie byłam, ale ulicę po ulicy chyba niekoniecznie 😉

      No tak, prywatność przede wszystkim. Po prostu jakoś tak zrozumiałam z Twojego komentarza, że te ujęcia z drona to po drodze były 😉

      Odpowiedz
    2. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Tak na marginesie, już mam siedem miast, oba Trójmiasta i Lębork 😉

      Odpowiedz
  3. Michał says:

    Prawda, mi chodziło tylko o aglomeracyjne. Do tych siedmiu czasem dopisuje się oddalone ośrodki uzupełniające – Żukowo (ewenementem są autobusy miejskie z Trójmiasta na dużą odległość) i Tczew. Lębork chyba jednak za daleko drugiego centrum – Gdyni (do samego Wejherowa 36 km). 😉

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      A ja mówię o miastach przebytych ulica po ulicy, nie kategoryzując ich, czy należą do aglomeracji czy nie 😉 Siedem miast pokonałam w ten sposób, zatem kolejne byłoby ósmym na moim liczniku 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *