Gdynia Dąbrowa – wyżej się nie dało?

Próbowałam namówić całą rzeszę osób, by uczestniczyły w tej wycieczce. Generalnie nie chciałam iść na nią sama z jednego prostego powodu – w planie była wieża widokowa. Wspinanie się na nią samotnie to mniejsza frajda, a z racji umieszczenia jej w środku lasu, nie spodziewałam się innych turystów, w przypadku których mogłabym liczyć, że zrobią mi zdjęcie na wysokości. A jednak nie chcąc tracić wolnego terminu i całkiem sprzyjającej pogody, nie zrezygnowałam z wycieczki, choć dla nikogo poza mną ten dzień nie był dogodny.

Wysiadłam na stacji SKM Gdynia Redłowo i pierwszy raz w trakcie tego projektu (a prawdopodobnie pierwszy raz w życiu) jechałam trolejbusem. Miałam co prawda podejrzenia, że jadąc kiedyś w tamtą stronę na zajęcia terenowe podczas studiów, mogłam już jechać trolejbusem, ale podróżując grupą, nie zapamiętałam, czy było tak w istocie.

Rozsiadłam się samotnie na jednym z wielu wolnych siedzeń i postanowiłam wytężyć wzrok. Chciałam wypatrzeć przez okno jak najwięcej pod kątem kolejnych wypraw. A przy okazji sprawdzić, czy poznam okolice przystanku Buraczana, którego nazwę zapamiętałam z terenówek. Wspomnienia okazały się jednak bardzo mgliste.

Za to intensywne były pierwsze wrażenia przejazdu trolejbusem. Gdy tylko ruszył, uderzył mnie dźwięk, jaki wydobył się z maszyny. Skojarzył mi się z moim wyobrażeniem odgłosu startującej rakiety, ale był nieco wyższy i oczywiście cichszy. Podczas przejazdu trolejbusem naszła mnie dygresja, że pojawiają się u mnie pierwsze objawy konsumpcjonizmu czyli postawy, która bardzo mnie we współczesnym świecie irytuje. A przecież przywiązanie do rzeczy materialnych jest zgubne i tak naprawdę tylko wspomnień i doświadczeń nikt nam nie odbierze. Postanowiłam więc chłonąć jak najwięcej.

Co do Buraczanej miałam wątpliwości, czy teren wygląda znajomo. Pewne elementy mogły naprowadzać mnie na różne skojarzenia terenowe, ale nie pamiętałam tego widoku jako całości. Wysiadłam ostatecznie na przystanku Anyżowa. Cofnęłam się lekko, by wstąpić właśnie na Anyżową. Znajdowały się tam głównie domki jednorodzinne i taki klimat miał mi towarzyszyć pośród kolejnych odnóg Anyżowej, jak i samodzielnych ulic w okolicy. Najciekawszy wydawał się czarny jak heban kot, a porównanie to skojarzyło mi się z bajką o królewnie Śnieżce.

Nagle zafascynowało mnie, że przy drogowskazie kierującym na Jarzębinową rzeczywiście rosła jarzębina. Wypatrzyłam sklep odzieżowy, przy którym skręciłam w lewo, a po chwili ponownie w lewo, by odkryć uroki Borówkowej. Na jej skrzyżowaniu z Jarzębinową ponownie byłam pod wrażeniem adekwatności nazw. Rosły tam właśnie jarzębina i borówka!

Spacerowałam dalej, zastanawiając się, dlaczego gdzieniegdzie na płotach przewieszono siatki wypełnione chlebem. Chwilę później znalazłam się na Jemiołowej, skąd zajrzałam w Dziurawcową. Znalazłam również przedszkole i poradnię psychologiczno-pedagogiczną. Przez moment przyglądałam się także stadku wróbelków, które przysiadły na okolicznych krzewach. Skręciłam dopiero w Jagodową, gdzie jedno z ogrodzeń miało kolor, jaki zostawiają jagody na zabrudzonych przezeń powierzchniach.

Wkrótce skręciłam na Jarzębinowej w lewo. Tam ujrzałam pierwszą ruinę w mojej karierze wędrowca, której remontu bym się nie podjęła i która absolutnie mnie nie zainteresowała. Chociaż raczej stan budynku nie wynikał z wieku, ale z pozostawienia niezwieńczonej budowy samej sobie.

Przez Koperkową ruszyłam w stronę Wiczlińskiej i Nowowiczlińskiej. Po drodze podziwiałam rozkwit jesiennych barw. Na skrzyżowaniu znalazłam optyka i sklep wielobranżowy, pomiędzy którymi musiałam przejść, by w ogóle znaleźć się na głównej drodze. Wykorzystałam przejście dla pieszych i zgodnie z założeniami ruszyłam Miętową.

Skręciłam w lewo obok siłowni na powietrzu, aby zobaczyć, co kryło się pomiędzy blokami. Natrafiłam na gabinet stomatologiczny, serwis telefonów, pocztę, kwiaciarnię i biuro projektów budowlanych.

Dotarłam do „ronda” u zbiegu ulic Perzowej i Nagietkowej. Tą drugą ruszyłam w kierunku kościoła Świętej Trójcy. Wiodły ku nim liczne schody, bo sam kościół stał na sporym wzniesieniu. Przy drzwiach frontowych pojawiła się grupa ludzi, prawdopodobnie odbywał się tam chrzest.

Zawróciłam do Perzowej. Zajrzałam w nią, po czym przez dalszy ciąg Nagietkowej ruszyłam w stronę Miętowej. Pokonałam przejście dla pieszych, by obejrzeć ulicę Łopianową. Nie było tam jednak nic intrygującego, więc cofnęłam się ku Miętowej i ruszyłam w prawo, by poznać jej dalszy ciąg. Przy okazji przyglądałam się podwieszonym nad drogą przewodom elektrycznym dla trolejbusów. I okazały się one najciekawszym elementem tego odcinka.

Skręciłam zatem w Piołunową, a przez nią dotarłam do gabinetu weterynaryjnego i kwiaciarni. Zajrzałam także w drugi kraniec Perzowej. Idąc dalej, natrafiłam na salon fryzjerski. Kolejna z ulic – Poziomkowa, krzyżowała się najpierw z Ziołową, a z Morwową tworzyła kolejne skrzyżowanie z wyspą w środku, podobne do wspominanego wcześniej „ronda”. Wzdłuż niego znalazły się sklep spożywczy i Żabka. Odwiedziłam ten pierwszy, by pokonać skwar kupując napój i loda.

Podążyłam Morwową, by przez Rokitnikową zawrócić ku Poziomkowej. Zawracając, znalazłam gabinet stomatologiczny. Zaciekawił mnie także dziecięcy rysunek na ulicy wykonany kredą. Przedstawiał prawdopodobnie kurczaka-baletnicę, w niebieskiej bluzeczce i żółto-różowej spódniczce.

Wkrótce znalazłam się na Walerianowej. Odwiedziłam znajdującą się po sąsiedzku Głogową, po czym ruszyłam dalej. Wspięłam się na schodki po prawej, by zajrzeć w kolejną odnogę Walerianowej, ale zeszłam, by zmierzać ku Owocowej. Moim celem była jednak ulica Truskawkowa. Wędrując nią, minęłam salon fryzjerski, a także grupę harcerzy. Moją uwagę przykuły także tamtejsze uliczne latarnie – okrągłe, z prześwitującymi ze środka spiralnymi żarówkami. Następnie przez Warzywną przeszłam na Owocową i skręciłam ku Migdałowej.

Gdyby policzyć tych kilku harcerzy wraz z kilkoma osobami, które znajdowały się przy jednej z posesji, to byłaby to większa liczba osób niż te mijane przez cały pozostały odcinek mojej dotychczasowej trasy. Dąbrowa jawiła mi się jako niezwykle spokojna dzielnica. Nic więc dziwnego, bo tuż obok znajdował się las. Natura można powiedzieć, wychodziła nam naprzeciw. Na tym krótkim odcinku Owocowej, który miałam do pokonania, na środku drogi zobaczyłam nagle sympatycznego płaza. Ropuszka szła w kierunku chodnika, momentami powłócząc tylnymi nogami, a chwilami stawiając je bardziej stanowczo. Gdy znalazła się na chodniku, przykucnęłam obok, by zrobić jej zdjęcie. Poprosiłam przechodzącą akurat panią, by uważała i jej nie rozdeptała. Kobieta rzuciła w odpowiedzi:

– Widzę, widzę – po czym przeszła bokiem i posłała mi szeroki uśmiech pełen zrozumienia.

Gdy ropucha skryła się za ogrodzeniem, podniosłam się i ruszyłam dalej. Na Migdałowej skręciłam w lewo, a następnie ścieżką weszłam w las. Szybko jednak przystanęłam, by spróbować odnaleźć dzięcioła, którego doskonale było słychać, ale trudno było go zobaczyć. Moim staraniom przyglądał się wychodzący z naprzeciwka pan z wózkiem, w którym wiózł bliźniaki.

– Co mamy? Dzięcioła?

– Tak, próbuję go złapać [w kadr], ale skacze z jednego drzewa na drugie.

– Skacze?

– No nie może się zdecydować.

Po chwili uznałam, że mogłabym wykorzystać to, że spotkałam tu innego człowieka i nawet nawiązaliśmy kontakt, a nie minęliśmy się bez słowa.

– Zrobi mi pan zdjęcie na tle tej ścieżki? – poprosiłam. – Próbowałam sama, ale mistrzem selfie to ja nie jestem – wyjaśniłam.

– Jasne, tylko szybko – jedno z dzieci w wózku zaczęło płakać, drugie o dziwo twardo spało.

– Dziękuję. Miłego dnia!

– Wzajemnie – odpowiedział pan. – Nie dramatyzuj – rzucił na odchodnym do płaczącego bobasa.

Mężczyzna wyszedł ku domkom, zaś ja powędrowałam głębiej w las. Skręciłam w lewo wraz ze ścieżką, a na kolejnym rozwidleniu, w formie lekko piaszczystej polany, ruszyłam w prawo. Po drodze usłyszałam stukot zrzucanych przez wiewiórkę orzechów czy raczej żołędzi.

Wreszcie wyłoniła się ścieżka, która miała mnie doprowadzić do wieży widokowej. Zresztą już samą wieżę było powoli widać. Gdy tylko do niej dotarłam, odważnie zaczęłam się wspinać. Cała konstrukcja miała postać metalowych elementów, które ze sobą skręcono lub zespawano i których nie uzupełniono dodatkowymi elementami, więc można było spojrzeć w dół i zobaczyć przez kraty, jak wysoko się znajdowaliśmy. Kraty znajdowały się również wokół całości, więc teoretycznie nie mogło się tam zdarzyć nic złego. Na górę weszła mniej więcej w tym samym czasie pewna para i zrobili mi zdjęcia na szczycie. Sama oczywiście próbowałam uwiecznić widoki z góry niemal z każdej perspektywy, co zajęło mi dłuższą chwilę, tymczasem para zeszła z wieży. Gdy schodziłam na dół, na wieżę zaczął się wspinać rowerzysta… wraz z rowerem. Podejrzewam, że nie chciałoby mi się dźwigać roweru na taką wysokość, bo byłby to dla mnie nie lada wysiłek, a schody nie były też nie wiadomo jak szerokie, ale widocznie cyklista wolał to od pozostawienia roweru na dole. Mimo obecności ochroniarza.

Z ochroniarzem natomiast ucięłam sobie krótką pogawędkę po zejściu na dół. Zainteresowała mnie tabliczka, a właściwie drogowskaz. Informowała, że znajdujemy się na górze Donas o wysokości ponad 205 metrów.

– To jest wysokość wieży? – zapytałam.

– Nie, nie jest nigdzie podana.

– A, czyli jesteśmy na górze i to jest jej wysokość. Plus trzeba dodać wysokość wieży.

Doszliśmy do konsensusu. Spędziłam tam jeszcze moment, rozmawiając z panem i należącym do niego psiakiem, który był na tyle sympatycznie nastawiony, że dawał się głaskać i merdać za uszkiem.

Po tej odskoczni, jaką była dla mnie rozmowa z panem ochroniarzem, ruszyłam w drogę powrotną. Udało mi się nigdzie nie zgubić i ponownie dotrzeć do skrzyżowania Owocowej z Migdałową. Ruszyłam ku Miętowej. Odwiedziłam Walerianową i Laurową, po czym zawróciłam do pętli, gdzie kończyła bieg jedna z linii trolejbusowych.

Za nią znajdowała się ulica Cynamonowa. Nazewnictwo tutejszych dróg nieco odbiegało od mapy. Gdy dotarłam do rozwidlenia, skręciłam najpierw w lewo, gdzie znalazłam Łanową i Bazyliową. Następnie zawróciłam do rozwidlenia, by tym razem pójść na wprost. Znajdowały się tam ulice Pokrzywowa i Goździkowa, a także drugi kraniec Łanowej. Tworzyły sporą pętlę, którą pokonałam w całości, wkraczając w jeden koniec, a wychodząc drugim na Cynamonowej.

Ponownie minęłam pętlę trolejbusową. Do zwiedzenia zostało mi już naprawdę niewiele. Szłam wzdłuż Miętowej. Minęłam żłobek. Skręciłam w Tymiankową, bo prowadziła do Majerankowej. Przeszłam ją w całości, znajdując przy okazji pracownię artystyczną i wychodząc na Szałwiowej. Rzuciłam okiem w odchodzącą od niej Kminkową.

Po chwili znalazłam się już na Miętowej. Interesowały mnie jeszcze dwie ulice po jej drugiej stronie. Przejścia dla pieszych były zlokalizowane w sposób, który uniemożliwiał mi przekroczenie drogi od razu. Dlatego ledwie zajrzałam w Skrzypową, a że nie wyglądała szczególnie obiecująco, nie cofałam się do niej, gdy już przeszłam ku Rumiankowej. Po drodze minęłam firmę związaną z branżą elektroniczną, a dalej fryzjera. Na koniec zaintrygowała mnie bramka jednej z posesji – drewniana, okolona kamiennym murkiem i z klamką w kształcie wyciągniętej do powitania ręki. Tym razem jednak żegnałam się już z Dąbrową, ale wiedziałam, że odwiedzę ją jeszcze po raz drugi. Miałam cichą nadzieję, że tym razem w towarzystwie.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

4 thoughts on “Gdynia Dąbrowa – wyżej się nie dało?

  1. Michał says:

    Góra Donas zawsze będzie mi się kojarzyła z osiemnastką. Powodem do takiego jej spędzenia był w założeniach… wymóg wejścia na wieżę osób niepełnoletnich z opiekunem – postanowiłem debiutować w tej roli. 😉 Ostatecznie ja i mój brat weszliśmy osobno (młodszy brat zatem nieprzepisowo), żeby ktoś pilnował roweru.

    Marzę, by kiedyś wjechać na najwyższy szczyt Gdyni z przyczepą i dronem, choć obecnie się on ode mnie oddalił. Niewielka, południowo-zachodnia część Gdyni pozwala na loty bez zgłaszania telefonicznego wieży lotniska Gdynia-Oksywie, a i widoki są warte, w tym na Gdańsk. Zresztą nie tak daleko jest kolejny cel, najwyższy szczyt Gdańska, graniczny z Gdynią – Góra Studencka (180,1 m) jest zatem jak Rysy. Donas (205,6 m n.p.m.) wtedy byłby jak “100% gdyński Gerlach” – najwyższy w Trójmieście i spośród Wzgórz Chwaszczyńskich. 😉

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Hm, sama przecież też nie miałam bardzo po drodze 😉 Ale jak się chce gdzieś pojechać, to kilometry nie muszą być przeszkodą nie do przejścia.

      Górę Studencką też poznałam 🙂

      Odpowiedz
  2. Michał says:

    Tu chodzi o dojazd z Suchanina, czyli ponad 20 km ze wzniesieniami, choć na pewno się kiedyś zdecyduję. Rowerem byłem na Górze Donas jeszcze kilka razy po osiemnastce, w końcu mieszkałem w Sopocie. 1 maja 2008 r. (czyli prawie rok później) przejechałem z Gdyni do Gdańska szlak żółty “Wzgórzami Trójmiasta”, który przez nią biegnie (ponad 45 km). A z przyczepą to nigdy. 😉

    Nie dziwię się, że za jednym razem nie przeszłaś Dąbrowy, w końcu jeszcze naprawdę sporo. Chyba mało którą dzielnicę da się za jednym zamachem. 🙂

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      No wiesz, sama jechałam komunikacją publiczną z przesiadkami, więc jest to kwestia wyboru “tam chcę pojechać” 😉

      Są dzielnice, które ogarniałam za jednym razem, jednak to zależy nie tylko od rozmiaru dzielnicy, ale również od czasu, jaki mogę poświęcić danego dnia ja i osoby mi towarzyszące 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *