Pieniński Park Narodowy – na wysokości

Ostatni dzień zwiedzania przeznaczyliśmy na wędrówkę w przeciwnym kierunku. Skierowaliśmy się zatem ku centrum Szczawnicy i choć celowaliśmy wysoko, spoglądaliśmy też pod nogi. Zwłaszcza, że w trawie przy drodze biegały gryzonie. Ponownie też obserwowaliśmy lokalną zabudowę. Tak naprawdę niemal nad każdym domem można by pokontemplować.

W pewnym momencie zeszliśmy z głównej drogi, by przejść się promenadą przy potoku o wdzięcznej nazwie Grajcarek. Tam przykuła mój wzrok tablica z cytatem papieskim. Jan Paweł II zauważył, moim zdaniem słusznie, że „człowiekowi potrzebne jest to piękno krajobrazu”. Gdy przyzwyczailiśmy się do życia w mieście, urlop na łonie natury pozwala nam dostarczyć sobie zupełnie innych bodźców.

Jednak na początku zachowaliśmy się jak sztampowi turyści i skusiliśmy się na gofra przed wejściem na szlak. A właściwie wjechaniem, na które musieliśmy chwilę poczekać i posiłkiem wypełniliśmy sobie czas oczekiwania. Na Palenicę wjechaliśmy kolejką linową, bo chciałam spróbować czegoś nowego. Wsiadanie do wciąż ruchomych siedzisk było całkiem zabawne, ale przy wysiadaniu miałam lekki zawał 😉 Za to widoki były przepiękne i niesamowite. U góry, po kilku dniach ciągłych opadów, podłoże było dość śliskie i grząskie. Minęła tam nas ekipa osób, wśród których panie wystroiły się jak na prywatkę, a nie na górski spacer, szczególnie jeśli chodzi o buty. Nawet nasze terenowe obuwie stało przed nie byle wyzwaniem, a co dopiero takie strojne…

Trasa była błotnista i kilka godzin zajęło nam dotarcie do Wysokiej czyli najwyższego szczytu Pienin (1050 m n.p.m.). Małe różnice wysokości nie czyniły tego odcinka szczególnie trudnym. Szliśmy wzdłuż słowackiej granicy, niejednokrotnie ją przekraczając. Trzeba było sprawdzić, czy u sąsiada trawa rzeczywiście będzie bardziej zielona 😉 Różnica okazała się praktycznie niezauważalna. Swoją drogą to ciekawe, jak w takich miejscach ustala się przebieg granic.

Na naszej drodze było kilka fajnych miejsc na przystanek. Czasem leżące pośród łąki pojedyncze kłody wręcz prosiły się o nadanie im roli ławeczek. Niewykluczone, że ktoś umiejscowił je w danych miejscach właśnie w tym celu. Raczej nie trafiłyby tam naturalnie.

Cieszyliśmy się także ze spotkań z dwoma stadami owiec. Z jednym pozowałam i przyglądałam się owcom relatywnie z bliska. Drugie stado nagrałam jak beczy i przechodzi w poprzek ścieżki. Dla osoby z miasta, nawet mającej wcześniej okazję widywać takie zwierzęta, było to ciekawe spotkanie.

Gdy nieco się rozpogodziło, kolega zaryzykował także leżakowanie na zielonej trawce. Mi większe poczucie wolności dawał widok rozpościerającego się w dole miasteczka, oddychanie pełną piersią, lekki szum wiatru, chłonięcie tego momentu całą sobą, z rozpostartymi ramionami 🙂

Nasz cel, czyli Wysoka, okazał się bardziej pagórkiem pośród drzew. Widoczność nie była stamtąd szczególna. Mimo to świadomość realizacji obranego założenia cieszyła nie mniej.

Drogę powrotną planowaliśmy wstępnie przez Wąwóz Homole, ale trafiliśmy na inną, również ciekawą ścieżkę. Wypatrzyliśmy przy niej jedno ze wspomnianych stad owiec, pasące się krowy, wyciąg Pod Durbaszką. Choć miasteczka wydawały się bliskie, zajęło nam dłuższy czas dotarcie do głównej drogi, a małość człowieka poza rozległością przestrzeni potęgowały także rosnące gdzieniegdzie wysokie drzewa.

Ostatecznie złapaliśmy busa między Jaworkami a Szlachtową. W tym rejonie mieszkali kiedyś Łemkowie, ale wysiedlono ich w 1947 roku. W Szlachtowej pozostała po nich cerkiew, a w Jaworkach ich świątynia dziś jest kościołem katolickim. Z jednej strony szkoda, że nie udało się nam ich obejrzeć, ale po dniu pełnym wrażeń musiały nam jeszcze zostać siły i czas na pakowanie 😉

Przyszło nam wracać na Pomorze w poniedziałkowy poranek, który już od rana zapowiadał słoneczny dzień po tych kilku pochmurnych dniach. Cóż, bywa i tak. Te kilka dni w Pieninach pozwoliło mi naprawdę docenić piękno naszej polskiej przyrody oraz rozbudziło dziecięcą ciekawość (co parę razy nawet uwieczniliśmy, fotografując się nawzajem) i apetyt na więcej <3 Zauważyłam jednak, że wcale nie tak łatwo zobaczyć na żywo zwierzęta, z których słynie dany obszar. Ścieżki są raczej wytyczone tak, aby ludzie mogli zobaczyć najciekawsze miejsca, ale jednocześnie nie wadząc naturze. I tak właśnie moim zdaniem być powinno, abyśmy cieszyli się przyrodą jak najdłużej. Osobiście pokochałam ten brak pośpiechu, ciszę przeplecioną dźwiękami natury. Zaczęłam dostrzegać detale na co dzień niedostrzegalne i cieszyłam się nimi całą sobą. I chyba o to chodzi w podróży, by odkrywać przestrzeń na zewnątrz jednocześnie z tą wewnątrz nas samych 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *