Pieniński Park Narodowy – jezioro dwóch zamków

Trzeci dzień w Pieninach rozpoczęliśmy ponownie od wizyty w Krościenku, skąd odjeżdżały busy do Czorsztyna. Choć nie zajeżdżały w pobliże zamku, kierowca busa podrzucił nas właściwie pod kramiki dla turystów i kasy zamkowe. Stamtąd ścieżka asfaltowa prowadziła do samej twierdzy. Mimo wczesnej pory, mijaliśmy całkiem sporo ludzi. Zamek był okolony murem i sam również był murowany z kamienia, a miejscami z cegły. Lubię takie stare rzeczy 🙂 Choć schody przystosowano na potrzeby turystyki i wykonano współcześnie (podobnie jak widziane później dachy). Trochę trudno było z ich poziomu robić zdjęcia, bo wielu ludzi wpadło na ten sam pomysł. Nieco poluzowało się wewnątrz. Były dyby, choć zabezpieczone łańcuchami przed otwarciem. Poszczególnie części zamku opisano, więc wiedzieliśmy, kiedy np. gościliśmy w kuchni. Przespacerowaliśmy się po kilku poziomach, gdzieniegdzie oglądając jedynie pozostałości murów. Jako fanka takiej starszej zabudowy napstrykałam tam bez liku zdjęć, szukając kadrów niebanalnych, ale nie zabrakło też widoków ze szczytu. Z zamku doskonale było widać Jezioro Czorsztyńskie. Na pewno dodatkową atrakcją zamku były tablice historyczne oraz wybijanie pamiątkowych monet przez ubranego w strój historyczny zakapturzonego mężczyznę.

Z Czorsztyna można się było dostać do Niedzicy drogą wodną. Postanowiliśmy skorzystać z rejsów tzw. gondolą (a naprawdę niewielką motorówką), by przedostać się na drugą stronę jeziora. Póki czekaliśmy na nasz transport, posililiśmy się. Tymbark zarzucił całkiem trafnym hasłem: Otwórz się na świat. Na motorówce było głośno, woda chlapała, a była dość zimna, dodatkowo wiało. Mimo to taka podróż stanowiła dla mnie ciekawe urozmaicenie i powrót zaplanowaliśmy w ten sam sposób. Sprawdziliśmy, o której musimy wrócić i ostatni powrót był około szesnastej, co dawało nam niewiele czasu na Niedzicę.

W Niedzicy na zwiedzenie czekał jeszcze jeden zamek, więc ruszyliśmy w stronę kas. Po drodze rozglądaliśmy się bacznie, co jeszcze warto obejrzeć. Przy tej okazji dostrzegliśmy ziębę – cieszyłam się jak dziecko! <3 Jej dźwięk towarzyszył nam już od pierwszego dnia w Pieninach, ale dopiero tego dnia ją ujrzałam i przyznać muszę, że pierwszy raz w życiu. Na późniejszym etapie wycieczki zobaczyliśmy jeszcze jaszczurkę zwinkę, która była już po przejściach – znaleźliśmy ją bez ogonka.

Przy kasach szybko okazało się, że zamek zwiedza się w zorganizowanych grupach, a godzina, na którą sprzedawali najwcześniejsze bilety, nie pozwoliłaby nam na powrót gondolą i musielibyśmy szukać innej opcji – co było dużą niewiadomą. Opatrzność jednak nad nami czuwała. Obok kolejki chodził mężczyzna, który miał do odsprzedania dwa (idealnie!) bilety na wcześniejsze wejście, które chciał odsprzedać w standardowej cenie, bo jak tłumaczył, sam musiał wracać wcześniej, więc i tak nie mógł skorzystać, a w kasie chyba nie przyjmowali zwrotów. Ludzie patrzyli na niego nieufnie, ale my go zagadaliśmy i bilety wyglądały zupełnie normalnie, jak te, z którymi ludzie odchodzili od kas. Uznaliśmy, że trzeba taką okazję wykorzystać 🙂

Mieliśmy jeszcze sporo czasu do zwiedzania, zaczęliśmy zatem od pójścia na zaporę. Sama jej budowa budziła niemałe kontrowersje, ale sprawdziła się w 1997 roku podczas słynnej ogólnopolskiej powodzi, co zamknęło usta sceptykom. Zapora robiła wrażenie swym rozmiarem, ale dech zaparła mi tak naprawdę dopiero tamtejsza sztuka! Na płaskiej powierzchni, pozwalającej przespacerować się na drugą stronę wody, stworzono malowidło 3D, niesamowite! Zresztą, oceńcie (i doceńcie) sami! Spiętrzenie wód wyglądało bardzo realnie, a chodnik był zupełnie płaski. Z zapory można było też zrobić naprawdę fajne zdjęcia z zamkiem 🙂

Niespodziankę znaleźliśmy jednak po drugiej stronie zapory. Dotarliśmy bowiem do… bacówki. Na początek przywitały się z nami cudne, milusińskie psiaki, które dawały się głaskać do woli, a ich sierść była mięciutka, bardzo przyjemna w dotyku. Chcę wierzyć, że przybiegły do nas po prostu z sympatii, mając co do nas dobre przeczucia, a nie dlatego, że wywęszyły podjadane przez nas kabanosy 😉 W każdym razie nie prosiły o smakołyki, ale całą gromadką tuliły się i prosiły o czułości. W samej zaś bacówce mogliśmy zaobserwować, jak przygotowywane były oscypki, krok po kroku. W ogromnym kotle pichcono płynny napój, który, jak się okazało, nosił nazwę żentycy. Stanowiła ona przedostatnie stadium wytwarzania oscypków. Kolega zakupił kubeczek na spróbowanie i mnie również poczęstował. Smakowała podobnie do twarożku.

Wróciliśmy na stronę, po której zlokalizowany był zamek. Oprócz samej twierdzy na obejrzenie czekała także wystawa bryczek. Niedzicki zamek był już bardziej zaaranżowany turystycznie. Miał więcej sal wystawowych, a zwiedzanie z przewodnikiem pozwalało trzymać się ustalonej trasy, by niczego nie ominąć, choć w sumie zgubiliśmy naszego przewodnika i dołączyliśmy do grupy za nami 😉

Przewodnicy opowiadali różne historie i legendy, najbardziej charakterystyczna była ta przedstawiana przy studni. Małżeństwo Bogusław i Brunhilda nie mogło dojść do porozumienia i posądzało się o niewierność. Pewnego dnia mąż zepchnął żonę do studni, czego bardzo żałował, gdy minął jego gniew. Błagał ducha żony o wybaczenie, które uzyskał, w zamian tracąc jednak swoje włosy, które ponoć były przyczyną jego powodzenia u kobiet. Legenda mówi, że każdy niewierny mąż, który powierzy studni imię małżonki, podzieli los Bogusława. Przewodniczka sprawdziła odwagę panów – żaden włosów nie stracił 😉

W poszczególnych salach były między innymi wystawy historyczne, zaaranżowane komnaty, sale z witrażami, chorągwie, a w podziemiach dyby z otworami na ręce i nogi. Dowiedzieliśmy się chociażby, że obsada zamku miała bronić północnej granicy Węgier.

Po zwiedzeniu zamku udało się nam zdążyć na rejs do Czorsztyna, a tam byliśmy zmuszeni łapać stopa, bo od głównej drogi dzieliło nas jeszcze sporo. Do przystanku busów podwiozły nas miłe panie, ale na miejscu okazało się, że minęliśmy się z busem. Kolejny autostop był dla mnie sporym wyzwaniem i gdybym była sama, nie wsiadłabym do auta. Prowadził młody chłopak, na szczęście skupiony na drodze, a towarzyszyły mu dwie ewidentnie imprezowe dziewczyny, już wstawione i nadmiernie wygadane, które chciały poczęstować nas piwem i paliły papierosy. Dowieźli nas jednak szczęśliwie do centrum Szczawnicy, gdzie poszliśmy na pyszny obiad w restauracji z jedzeniem na wagę. Co ciekawe, klientela była raczej sanatoryjna i bardzo się wyróżnialiśmy na ich tle. Po tych przygodach, zmęczeni, ale najedzeni, udaliśmy się do pensjonatu na regenerację. Został nam jeszcze jeden dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *