Pieniński Park Narodowy – mój pierwszy górski szczyt

Ostatnio opowiedziałam Wam nieco o Szczawnicy, gdzie się zatrzymaliśmy na czas odwiedzin w Pieninach. Dziś wyruszymy w teren, stąd okolicznościowy dwuwiersz: Gdy jesteś z mapą za pan brat / to Ci niestraszny żaden szlak (M.H.).

Rano poznaliśmy bardzo miłą właścicielkę pensjonatu. Życzyła nam dobrej pogody na szlaku, ale deszcz złapał nas już w drodze do Krościenka. Najpierw zapozowałam z tablicą na granicy Szczawnicy, po czym schowaliśmy się w sklepie, bo i tak mieliśmy uzupełnić prowiant. Na dalszym szlaku na pewno pomocne okazało się odkrycie kolegi, że moja kurtka wcale nie ma grubego kołnierza, ale schowano tam kaptur. Czapka z daszkiem uchroniła z kolei okulary przed zalaniem.

Wędrując wzdłuż rzeki, zwróciliśmy uwagę na stojących w wodzie mężczyzn, którzy rzucali wędki prostopadle do siebie, przy czym jeden z nich wykonywał ruchy podobne do rzutu lassem. Ponadto dostrzegliśmy urok z pozoru zwykłych, deszczowych kropli na zielonych liściach.

Wkrótce doszliśmy do mostu przez Dunajec. Podczas jego przekraczania zrobiliśmy kilka zdjęć rzeki. Po drugiej stronie zaczęłam od sklepiku z pamiątkami. Wybrałam pocztówkę i drewnianego aniołka. Skręciliśmy w lewo, w kierunku kościoła Wszystkich Świętych. Miał niezbyt skomplikowaną bryłę, a ja (już klasycznie) zwróciłam uwagę na prostą wieżę z zegarem. Zaciekawiła nas także figura Jezusa z tablicą zatytułowaną Frasunki Jezusowe. Bardziej interesujące były jednak informacje na tablicy przy wejściu. Wyczytałam tam, że poziome pasy na wieży symbolizują osiem błogosławieństw, zaś dwa pionowe – przykazania miłości Boga i bliźniego. Nieopodal stała szopka z figurami górala i góralki. Następnie przeszliśmy na rynek, gdzie znajdował się dworzec autobusowy. Znalazłam tu najsmaczniejsze oscypki, więc kupiłam ich tyle, by starczyło nawet do zabrania ze sobą. Z kolei na budynku dworca można było dostrzec herb Krościenka, tablice upamiętniające Jana III Sobieskiego oraz Adama Mickiewicza. Poczytaliśmy także o starym i nowym ratuszu. Następnie przez ulicę Świętej Kingi ruszyliśmy ku ulicy Esperanto. Chciałam zrobić sobie zdjęcie z tą nazwą, co było nawet zabawne, bo rosnąca obok trawa łaskotała mnie po łydkach. Po krótkiej sesji zawróciliśmy i skierowaliśmy się ku Jagiellońskiej. Na rondzie stał pomnik Władysława Jagiełły. Dalej urzekł mnie jeden z ogrodów – był szczególnie wielobarwny.

Przeszliśmy przez mostek po prawej. Po jego drugiej stronie w oddali po prawej widniała bryła kolejnego kościoła. Z kolei po lewej najpierw dostrzegliśmy zarośnięte podwórze, po czym drogą ruszyliśmy ku ulicy Blachnickiego i Centrum Ruchu Światło – Życie. Podczas wspinaczki ekscytowaliśmy się stawem z kijankami. Na górze spodobał mi się krąg ławek z wyrytymi cytatami biblijnymi. W ogóle lubię cytaty i różne złote myśli – dają do myślenia. Gdy zawracaliśmy ku Jagiellońskiej, dostrzegliśmy drzewo przypominające kamerton.

Naszym następnym celem było Muzeum Przyrodnicze Pienińskiego Parku Narodowego. Wiedziałam, że obłowię się tam we wszelkie ciekawe publikacje o florze i faunie regionu oraz że sfotografuję, ile się da. Mój długi pobyt w sklepiku kolega skomentował stwierdzeniem, że przynajmniej ma jak usiąść na ławce na czas moich zakupów. Zaopatrzyłam się w kilka folderów ilustrowanych, naklejek (postanowiłam zebrać takie z logo z każdego Parku Narodowego) oraz dwie pocztówki – z mysikrólikiem i dzięciołkiem. Wówczas przyszedł czas na zwiedzanie wystawy. Mieściła się na piętrze, w jednej sali. Przestrzeń zaaranżowano jakby po okręgu, ze schodami pośrodku. Zaczęłam zwiedzać zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tematyka była bardzo przekrojowa – od informacji geologicznych i przyrodniczych, przez kwestie etnograficzne (ze strojami różnych górali włącznie) aż po same zadania parku narodowego. Niektóre powiązania były trudne do wychwycenia – powodu postawienia tablicy o odkryciu penicyliny nie zrozumiałam, choć jako biologa interesuje mnie sam temat. Za to zaintrygowała mnie prezentacja zmiany rytmu życia ludzi dawniej i współcześnie, doskonale obrazująca nasze odejście od harmonii z naturą.

Przy makiecie Parku podejrzeliśmy trasy, które sobie zaplanowaliśmy oraz wysłuchaliśmy wielu ciekawostek. Nie wiedziałam chociażby, że w stanie hibernacji serce nietoperza bije raz na kilkanaście minut. Coś niewyobrażalnego! Dowiedziałam się także, że jajeczka charakterystycznego dla regionu niepylaka apollo są przenoszone na grunt przez ludzi pędzelkiem i wychodzą z nich później dwumilimetrowe larwy. A ponoć spośród ponad 7 tysięcy gatunków zwierząt mieszkających na terenie Parku, motyli znajdziemy aż 1600 gatunków!

Przyszedł czas na poznanie tutejszej przyrody na własnej skórze. Jednak droga nie była usłana różami (bardziej kamieniami), a i niebo co pewien czas zsyłało na nas deszcz… Ulicą Trzech Koron zmierzaliśmy właśnie na szczyt tej nazwy. Minęliśmy kapliczkę wotywną Św. Rocha, wspinając się już po biegnącej stopniowo coraz wyżej drodze. Na początku pod nogami mieliśmy asfalt, ale grunt szybko się zmienił na bardziej naturalny. Już na starcie podziwialiśmy miasteczko u stóp wzniesień – wydawało się bardzo odległe.

Trzymaliśmy się żółtego szlaku, początkowo biegnącego wraz z zielonym, później samodzielnie, a dalej wraz ze szlakiem niebieskim, w który ostatecznie skręciliśmy. Szlaki były przeważnie dobrze oznaczone i choć miałam ze sobą nawet kompas, okazał się totalnie zbędny. Trasa poza pierwszym podejściem od strony miasteczka biegła dość łagodnie, a wręcz sielankowo. Podziwialiśmy roślinność łąkową i ponownie oddaliśmy się fotografii skupionej na detalach. Obydwoje się w to wkręciliśmy i pokazywaliśmy sobie nawzajem rezultaty naszych fotograficznych poczynań.

Natykaliśmy się na innych turystów, przy okazji odkrywając coś, co jest znane pewnie każdemu z górskich maniaków. Ludzie witają się ze sobą na szlaku, rzucając zwykłe „cześć” niezależnie od wieku. Jak równy z równym. Jak koledzy po fachu. Bardzo przypadło mi to do gustu i później sama nieraz witałam się pierwsza, posyłając uśmiechy ludziom z naprzeciwka. Był jednak również mniej przyjemny akcent ludzki. Natknęliśmy się na głaz upamiętniający pewną osobę, wraz z datą, przypuszczalnie śmierci. Trudno powiedzieć, jaka historia się za tym kryła, ale ów widok niewątpliwie prowokował do refleksji.

Jak już mówiłam, celowo zeszliśmy na niebieski szlak. Doprowadził nas do Góry Zamkowej z ruinami zamku. Pieniny kojarzą się z postacią świętej Kingi, żony Bolesława Wstydliwego. Legenda mówi, że broniła się na zamku przez Tatarami, a uciekając rzucała za siebie różne przedmioty, które miały powstrzymać najeźdźców. I tak z grzebienia powstały skały, ze szczotki las, a ze wstążki wody Dunajca 😉

Gdy byliśmy w tym miejscu, w oddali usłyszeliśmy burzę i przyznam szczerze, że trochę zwątpiłam, ale szybko ucichła, więc ruszyliśmy dalej. Ciekawie przechodziło się wąską kładką przy niemal pionowej ścianie, więc poprosiłam kolegę o uwiecznienie tego na zdjęciu.

Pół godziny później dotarliśmy na Trzy Korony. Ten symbol Pienin, umieszczony także w logo Parku, stanowił pierwszy zdobyty przede mnie szczyt nie tylko tego dnia, ale i pierwszy w życiu! Niesamowita satysfakcja! Znalazłam się te 982 metry n.p.m. Dostałam dyplom zdobywcy, pieczątkę do zeszyciku PTTK, który postanowiłam ze sobą zabierać na wszystkie „parkowe” wyprawy i oczywiście skierowaliśmy się na punkt widokowy.

Nie dało się przejść obojętnie wobec roztaczających się widoków. Podziwiałam je pełna entuzjazmu, zrobiliśmy sobie nawzajem parę fajnych ujęć, a później wsparł nas pewien starszy turysta. Sfotografował nas wspólnie. Mężczyzna zachęcił mnie też do wspięcia się na betonowy podest, z którego skakał ponoć legendarny brat Cyprian, marzący o lataniu niczym ptaki 🙂 Długo nie musiał prosić i naprawdę czuło się tam powiew wolności. A sam Cyprian był ponoć mnichem z Czerwonego Klasztoru (już po słowackiej stronie), pełnił tam rolę cyrulika, lekarza, aptekarza, botanika, alchemika, kucharza. Sam robił leki z ziół z przyklasztornego ogrodu i stworzył zielnik z 283 gatunkami roślin z Pienin i Tatr wraz z informacjami o leczeniu za ich pomocą.

Dalej obraliśmy kierunek na Sokolicę – wedle legendy była córką króla Pienin i została zamieniona w kamień przez złego czarownika. Jej dwaj bracia nazywali się Czerteż i Czertezik, a na wzniesienia o tych nazwach natknęliśmy się po drodze. Niebieski szlak prowadził ostatecznie na Sokolicę o wysokości 747 metrów n.p.m. U samego szczytu tworzyły ją ostre, a po deszczu dość śliskie skały. Obyło się bez szwanku, a krajobraz po raz kolejny wynagradzał trud wspinaczki. Roztaczał się stamtąd widok na dolinę Dunajca.

Zobaczyliśmy też słynną sosnę, pojawiającą się na wielu pocztówkach (nie tak dawno głośno było o akcji ratowniczej w tamtym rejonie, podczas której drzewo zostało niestety uszkodzone). Ponadto wspięliśmy się na najwyższe głazy, dla bezpieczeństwa otoczone barierkami. W tym miejscu zorientowaliśmy się, że zeszło nam na trasie dłużej niż zakładaliśmy, nie mogliśmy zatem skorzystać z przepłynięcia przez rzekę i zielonym szlakiem ruszyliśmy pieszo do Krościenka. Przy tej okazji zobaczyliśmy znak ostrzegający przed osypywaniem się skarpy, kapliczkę i ciekawe ogrodowe figurki ze zwierzakami, grzybkami i postaciami ludzkimi, np. górali. Zaaranżowano tam nawet maleńki drewniany domek 🙂 Po całym dniu wyprawy i 25 kilometrach w nogach dotarliśmy do pensjonatu.

4 thoughts on “Pieniński Park Narodowy – mój pierwszy górski szczyt

  1. Michał says:

    Ciekawe w moich oczach zabrzmiał ten wiersz z podpisem „M.H.”, aż się zaśmiałem z Twojego dystansu do siebie. 😃 A potem pokazałaś, jak powoli zaczynałaś się interesować np. architekturą, co zresztą zaprocentowało. 👍

    Inna sprawa to ciekawi mnie, czy na takie wyprawy starasz się o EKUZ. W końcu jest jeszcze Pieninský národny park. 😉🇸🇰

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Czasem mi się uda ten dystans do siebie mieć, staram się jak mogę 😉

      No tak, te inicjały mogą się nam kojarzyć przynajmniej dwojako 🙂

      Ciekawe spostrzeżenie z architekturą, nie pomyślałam o tym, to był czerwiec 2017, gdy jeszcze nie sądziłam, że będę robiła kurs przewodnicki 🙂

      Chyba musisz wprowadzić mnie w temat, czym jest EKUZ, aczkolwiek z założenia mam na celowniku polskie Parki Narodowe 😉

      Odpowiedz
      1. Michał says:

        EKUZ – Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego, pozwalająca na opłacenie ze składek NFZ leczenia np. w szpitalu w Lubowli (Stará Ľubovňa). 🇸🇰
        Chodziło mi o Twoje podejście do wyjazdów przygranicznych, choć częściowo mi napisałaś, że nie przewidywałaś zwiedzania poza Polską. 😉

        Odpowiedz
        1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

          Wydaje mi się, że jeśli podczas tych górskich wypraw wychodziłam ledwie kilka kroków za granicę, to mniej problematyczne jest jednak cofnięcie się do Polski, gdzie już mogę być leczona bez dodatkowych formalności 🙂

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *