Pieniński Park Narodowy – pierwszy na celowniku

Już niedługo wyjeżdżam na urlop, aby zwiedzić kolejny polski park narodowy, uznałam zatem, że czas najwyższy zaprezentować Wam na blogu ten pierwszy 😉 Dziś dość detaliczny wpis z pierwszego dnia wyprawy, gdy jeszcze pisałam na bieżąco, bo później nieco mniej notowałam. Podczas kolejnych wycieczek nie popełniłam już tego błędu i nie odpuściłam, ale pisałam na świeżo, w emocjach… Do takich zapisków lubię wracać najbardziej 🙂

Przyjęłam założenie, że odwiedzę je chronologicznie i realizuję je od 2017 roku, o czym w paru akapitach wspomniałam tutaj.

W pierwszą podróż po parkach narodowych wyruszył ze mną kolega. W Gdańsku Głównym wsiedliśmy w Pendolino do Krakowa. Dla nas obojga była to pierwsza podróż tego typu pociągiem. Pozytywnie zaskoczyła mnie ilość miejsca na bagaż oraz pomiędzy siedzeniami, choć jechaliśmy wagonem bezprzedziałowym. Podczas startu oczekiwałam niesamowitego dźwięku, który byłby dobrze słyszalny z peronu i który kojarzył mi się zawsze z musicalem „Metro”. Tym razem nie usłyszałam tej dobrze znanej melodii, ale nie wiem, czy wewnątrz nie dobiegały dźwięki z zewnątrz, czy po prostu tak byliśmy podekscytowani, że nie zwróciliśmy na nie uwagi.

Ta część podróży upłynęła spokojnie i szybko, bo pociąg zatrzymywał się tylko w Warszawie. Załapaliśmy się na darmowe napoje, dzięki czemu napiliśmy się herbaty. Później dokupiliśmy sobie obiad. Właściwie całą drogę przegadaliśmy. Kolega nauczył mnie gry karcianej „Cambio”. Co pewien czas siedzące obok dzieci raczyły nas mądrościami w stylu: „nie lubię nastolatków, bo nastolatki mają głupie pomysły” 🙂

W Krakowie udaliśmy się na dolną kondygnację Miejskiego Dworca Autobusowego w poszukiwaniu naszego busa. Po drodze kupiłam pyszne obwarzanki. Z okien autobusu podziwiałam piękne widoki. Z niebem graniczyły pokryte drzewami wzniesienia, dominującym kolorem była zieleń, a domy wyglądały inaczej niż gdziekolwiek, wyróżniając się spadzistymi dachami. Ten sam intrygujący kształt miały przystanki autobusowe w niektórych mijanych miejscowościach. Podobały mi się lokalne kościoły, np. w Lubieniu, oraz Park Miejski im. Krasińskich w Mszanie Dolnej. Szczególnie urzekły mnie jednak strumyki z głazami wystającymi z płytkiej wody (np. rzeka Mszanka) oraz kaskada na rzece Głębieniec.

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku w Szczawnicy, gdzieś w obrębie ulicy Szalaya (prawdopodobnie przy Urzędzie Miasta). Od razu skierowaliśmy się ku Głównej. Minęliśmy tablicę upamiętniającą nieistniejący już kościół, siedzibę Ochotniczej Straży Pożarnej oraz lokal gastronomiczny, który kusił mnie pierogami z borówkami. Tymczasem ruszyliśmy dalej. Stanęłam do zdjęcia na tle ciekawego kamiennego murku a sama sfotografowałam kilka domostw. Dotarliśmy do Informacji Turystycznej, obok której biegła droga do uzdrowiska. Wyszłam z niej zaopatrzona w mapę i przewodnik. Nieopodal zauważyłam krzew wycięty na kształt wiewiórki. Jak miało okazać się później, takowe podobizny miało w miasteczku kilka zwierząt. O dziwo znaleźliśmy także Statuę Wolności. Nieopodal zdroju Szymon powędrowaliśmy dołem wzdłuż straganów. Posmakowałam oscypków, której nie były tak słone jak te, które kiedyś przywiozła nam moja siostra i nawet przypadły mi do gustu.  Spodobała mi się także chusta z niebiesko-fioletowymi kwiatami na czarnym tle, ale ostatecznie jej nie kupiłam. Wyszliśmy na wysokości Parku Dolnego. Po chwili doszliśmy do krzewu-ślimaka, a dalej był także krzew-dzban w ramach dodatku do tablicy witającej w uzdrowisku. Dalej zwróciliśmy uwagę na niebezpiecznie zwężające się chodniki, częste przydomowe kapliczki i ciekawe nazwy domów, jak chociażby Pod Bożą Opatrznością”.

W drodze do pensjonatu (którego tak swoją drogą trochę się naszukaliśmy) zapozowałam jeszcze z krzewem na kształt jaszczurki zwinki – zdecydowanie moim ulubionym. Na skrzyżowaniu z Zyblikiewicza znajdował się herb Szczawnicy, również w aranżacji roślinnej. Dalej przemieszczaliśmy się wzdłuż Dunajca, zaczynając od trzymetrowego pomnika pienińskiego górala na Kotuńce czyli wystającej z rzeki skale.

Ośrodek bardzo przypadł nam do gustu. Szybko się przepakowaliśmy, chcąc jeszcze tego dnia zwiedzić Szczawnicę. Doszliśmy wzdłuż Dunajca do Kotuńki i górala, a dalej ulicą do jaszczurki zwinki. Wówczas skręciliśmy w prawo ku promenadzie wzdłuż Grajcarka. Potok urozmaicały skały, kaskady oraz pomosty. Na jednym z mostów wisiały kłódki zakochanych oraz wspawano napis „Szczawnica”. Dalej zobaczyliśmy krzaki w kształcie baranków oraz stadko żywych kaczek ze słodkimi kaczętami.

W okolicy kolejki na Palenicę wyszliśmy na ulicę Główną. Stały tam krzewy – słonie. Ruszyliśmy ku Zdrojowej. Po drodze kupiłam pocztówki w sklepie z pamiątkami, a już na Zdrojowej odwiedziliśmy sklep z produktami regionalnymi, skusiłam się na czekoladę 🙂 Za figurą ojca Pio rozpoczynały się tereny uzdrowiska. Tryskała tam kolorowa fontanna. W drodze powrotnej, obok Parku Dolnego, stały krzewy na kształt ptaka i ślimaka. Wróciliśmy do pensjonatu, by nabrać sił na kolejny dzień. Zza okna słyszeliśmy śpiew zięby.

Ciekawi dalszego ciągu? Już za tydzień kolejna porcja przygód w Pienińskim Parku Narodowym 🙂 Ale już teraz zdradzę Wam, że z każdą chwilą podobało mi się tam coraz bardziej!

4 thoughts on “Pieniński Park Narodowy – pierwszy na celowniku

  1. Michał says:

    Ciekawa podróż, w której najbardziej podobały mi się rzeźby i figury z krzewów. Czytając o wypowiedzi dzieci z pociągu, odebrałem ją jako komplement „odmałdzający” – w końcu nie byliście już nastolatkami, prawda? 😀

    No i zaskoczyłaś mnie, że pod „produkty regionalne” podciągnęłaś ten akcent czeski – czekoladę „Studentská pečeť” z opisami w dwóch językach. 😉 U nas jest trudno dostępna. Oczywiście czekam na ciąg dalszy o samym parku narodowym.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Michale, rzeźby i dla mnie były inspirujące, a te słowa o nastolatkach nie były o nas, ale raczej o nastolatkach, które dzieci znały ze swojego otoczenia 😉 My już byliśmy obydwoje dawno pełnoletni 😉

      Czekolada pyszna, kilka razy w życiu miałam okazję jej spróbować, ale tylko raz tam, niemal na granicy, choć ze Słowacją 😉

      Ciąg dalszy będzie, w kolejne wtorki 🙂

      Odpowiedz
  2. Michał says:

    Ja tą czekoladę sprowadzałem z Czech w czasie swoich przyjazdów. 😉

    Natomiast ta wypowiedź o nastolatkach została przeze mnie odebrana jako osobista, do Was – w końcu ile razy wygląd sprawia, że sprzedawca prosi o dowód osobisty? Zobaczymy, jak będzie u mnie teraz, po trzydziestce. 😉

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Fakt, wiek to tylko liczba, można wyglądać, a co najważniejsze czuć się, inaczej niż na to wskazuje metryka 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *