Dzień Włóczykija czyli cały półwysep w nogach

W tym roku Dzień Włóczykija przypada idealnie we wtorek (co wtorek znajdziecie u mnie coś nowego!), w związku z czym przygotowałam dla Was lipcowy wpis specjalny 🙂 O samym święcie usłyszałam dwa lata temu. Z tej okazji przez około miesiąc tworzyłam album z alfabetem włóczykija, który znajdziecie tutaj (link). Rok później miałam już w głowie plan wycieczki, która wydawała się szalona dla mnie samej, ale o dziwo znalazłam nawet osobę chętną na taką wędrówkę. Nie udało się tego zrobić idealnie w poniedziałek, 23 lipca, ale spotkałyśmy się tydzień wcześniej, 16 lipca. Za moment opowiem Wam o tym ciut więcej 🙂

W tym roku nie zaplanowałam wycieczki specjalnie na tę okazję, utożsamiając się jednak z etykietką włóczykija / wędrowca / piechura, postanowiłam sprawić sobie koszulkę, nad której zakupem głowiłam się od dłuższego czasu, gdyż przez ostatni rok zmieniło się nieco moje podejście do zakupów jako takich 😉 Poza tym nareszcie zmobilizowałam się, by stworzyć na bazie ubiegłorocznego spaceru zapiski na bloga, a w dalszej perspektywie bardziej szczegółowe i okraszone także bardziej prywatnymi anegdotami zapiski na pamiątkę dla mnie i mojej towarzyszki.

Na celowniku znalazł się Półwysep Helski. Odwiedzałam konkretne jego punkty kilka razy, byłam w Chałupach, widziałam helskie fokarium czy plażę, nawet Jastarnię zdarzyło mi się wizytować już wcześniej. Ale przejść całość na własnych nogach? Byłam ciekawa, czy się to uda. Samemu frajda byłaby dużo mniejsza, zabrałam zatem koleżankę, z którą (między innymi) planowałam późniejszy wypad w góry. Plan zakładał zatem, że spróbujemy przejść od samego Helu do nasady półwyspu, niekoniecznie zwiedzając muzea i tego typu placówki, ale stawiając na wędrówkę i rozeznanie w lokalnych atrakcjach.

Taka wyprawa, szczególnie z moją miłością do mapek, wymagała przygotowania ich wcześniej i rozeznania, które punkty chcę zobaczyć, a mogą nie być przy głównej drodze. Przygotowałam sobie kilkanaście screenów z mapkami, które następnie wydrukowałam i z którymi wróciłam zapisanymi naprawdę obficie naszymi dialogami i hasłami dotyczącymi zdarzeń i atrakcji napotkanych po drodze. Tak na marginesie, dzięki temu i bogatej dokumentacji zdjęciowej, jestem w ogóle w stanie po takim czasie przypomnieć sobie większość wyprawy 😉

W każdej miejscowości dodatkowo chwytałam ichnie mapki. Hel oferował skrzynki, przypominające te pocztowe, z których można było wyciągnąć sobie mapkę (super idea!), w kolejnych miejscach zaglądałyśmy już po nie do punktów informacji turystycznej. Postanowiłam nie kupować pamiątek innych niż przewodnik po półwyspie i pocztówki. Zauważyłam, że coraz częściej moimi pamiątkami z podróży są głównie książki, pocztówki, ewentualnie jakiś regionalny drobiazg, choć ten trudniej zapakować. W każdym miasteczku zdobyłam jedną lub dwie widokówki i cieszą oko szczególnie teraz, gdy wracam wspomnieniami do tamtego dnia.

Już na starcie rozglądałyśmy się bacznie. Minęłyśmy kilka pomników (na zdjęciu taki poświęcony Żeromskiemu). Z zaciekawieniem patrzyłyśmy na zabudowę, która prezentowała jak przenika się historia z teraźniejszością. Niewątpliwie Hel ma do zaoferowania całkiem sporo turystom. Kilku rzeczy nie obejrzałyśmy, bo były nam już znane, jak np. latarnia morska czy fokarium, a dodatkowo byłyśmy tam na tyle wcześnie rano, że muzea i tak były pozamykane, nawet gdybyśmy wybrały jedno z kilku. Do jednego z nich zajrzałam w tym roku ramach kursu przewodnickiego. Zlokalizowane w dawnym gotyckim kościele Św. Piotra i Pawła Muzeum Rybołówstwa jest oddziałem Narodowego Muzeum Morskiego i choć tematyka statków do niedawna była mi zupełnie obca, obejrzałam je z ciekawością, także pod kątem życia dawnych mieszkańców, a kącik przyrodniczy był dla mnie szczególnie interesujący.

Hel to także spory obszar leśny, będący nie lada gratką dla fanów militariów i wojskowości. Bunkry i inne obiekty militarne mogą przyciągać zainteresowanych tematem, ale i my, jako dwójka laików, z ciekawością je oglądałyśmy i pozowałyśmy na ich tle.

Niewątpliwie najciekawszym punktem na trasie militarnych wędrówek jest Bateria im. Heliodora Laskowskiego, szczególnie dla osób zainteresowanych II wojną światową. Mamy tam niewielkie muzeum, gdzie można poczytać nieco w kontekście obrony wybrzeża. Do nabycia są także broszury historyczne, a nam udało się również zapozować na motocyklach. Byłyśmy jedynymi gośćmi o tak wczesnej porze i chciałyśmy sfotografować siebie nawzajem, ale pan, który tam pracował, zasugerował, że sam zrobi nam wspólne zdjęcie. Zgodziłyśmy się na to, ale nie miałyśmy pojęcia, że będzie to „transakcja wiązana”. W zamian wymógł na nas pozowanie w ciężkich wojskowych płaszczach i hełmach, co było równie krępujące, co fascynujące 😉

Oczywiście będąc na półwyspie trudno choć raz nie zajrzeć na plażę, nawet gdy nie jest to priorytetem wycieczki. Postanowiłyśmy wykorzystać ładną pogodę (tego dnia bardzo dopisała, dwa razy tylko była lekka mżawka) i dokonać tego już na początku. Niemałą przyjemnością był spacer bosą stopą po ciepłym piasku, po czystej plaży. Choć sam piasek porównałyśmy do delikatnego peelingu, był ciut twardszy niż chociażby w Gdańsku 😉

Ponadto przespacerowałyśmy się specjalnie zaaranżowaną drewnianą promenadą, przy tej okazji natykając się na ciekawe urządzenie. Tabliczka określała je jako „Monitoring antropopresji w rejonie Cypla Helu” 😉

Wreszcie dotarłyśmy do głazu, który przypomina nam, że Hel jest na końcu naszej różnorodnej turystycznie Polski. Grzechem byłoby tam nie zapozować 😉

Dalsza wędrówka, już z powrotem w kierunku zabudowań, pozwoliła nam poczuć rybacki klimat Helu. Nie tylko za sprawką łodzi w porcie czy tawern, ale chociażby poprzez uliczną sztukę.

Opuszczając helskie zabudowania, natknęłyśmy się jeszcze na cmentarz z mogiłą Obrońców Helu, którą [ponownie] obejrzałam z bliska dopiero w tym roku.

Przed nami był dość długi odcinek leśny, ale i tam nie obyło się bez przygód. Wędrowałyśmy ubitą ścieżką, którą poruszali się głównie rowerzyści i choć przez większość czasu byłyśmy na trasie tylko we dwie, zdarzały się momenty, gdy liczba rowerzystów gęstniała, a my, nie mając innego wyboru, tak naprawdę przystawałyśmy z boku.
– Ja wiem, że to jest ścieżka rowerowa, ale którędy mamy iść? – zwątpiła koleżanka.
– Po prostu nikt nie przewidział, że ktoś tu będzie chodził pieszo. A Marta jak zawsze weszła – odparłam.
– Jakoś mnie to nie dziwi – zauważyła moja towarzyszka.

Wykorzystałyśmy ten czas na pogaduchy, ale obserwowałyśmy też rejon wokół, szczególnie pod kątem botanicznym. Gdyby nie odległość od Gdańska, mogłyby się tam odbyć idealne terenówki o tematyce mchów, skrzypów i paproci. Nie brakowało ich. W pewnym momencie znalazłyśmy też fragment lasku z borówkami i innymi drobnymi krzewinkami, pośród których postanowiłyśmy zapozować.

Bacznie obserwowałyśmy to co większe, jak tabliczki informujące o drodze ku terenom wojskowym, jak i malutkie gąsienice spacerujące jedna za drugą w poprzek ścieżki.

Wreszcie dotarłyśmy do Juraty. Mieścił się tu nawet odrębny chodnik, co mogło być spowodowane faktem, że odległość z Juraty ku Jastarni nie była dla pieszego tak ekstremalna jak z Juraty do Helu.

Ta niewielka miejscowość miała swój klimat. To co niezwykle mi się spodobało, to umieszczenie zaraz przy głównej drodze figury Juraty i tabliczki opisującej legendę nawiązującą do powstania miasta. Uwielbiam takie historie! Jurata jako córka króla mórz sprawowała władzę nad wodami Bałtyku. Zakochała się jednak w zwykłym rybaku, co nie spodobało się jej ojcu. Wzburzył morskie fale i ciskał piorunami, z których jeden trafił w bursztynowy pałac, zabijając przy tym Juratę. A niesione falami kawałki bursztynu możemy znaleźć do dziś.

Bardzo dobre wrażenie zrobiło też na mnie lokalne molo, nieco mniej punkt widokowy, ale nagrałam tam krótki filmik, który możecie zobaczyć (obejrzyj). Choć widoki nie były spektakularne, nie zmieniły mojego pozytywnego zdania o samej przestrzeni.

Następna w kolejności była Jastarnia. Wciąż miałam żywe wspomnienia z ostatniej wycieczki tam, ale dla porządku sfotografowałam kilka najciekawszych moim zdaniem obiektów. Swój urok ma niewątpliwie port w Jastarni, a z racji swojej słabości do zegarów z niekłamaną przyjemnością zobaczyłam ponownie budynek urzędu miejskiego. Wiedziałam też, że mają tu swoją latarnię morską – ale dużym rozczarowaniem był dla mnie brak możliwości zwiedzania.

Jastarnia prezentowała się w kilku odsłonach. Z jednej strony jako dawna, rybacka, z drugiej już bardziej współczesna, typowo turystyczna. Tam zrobiłyśmy sobie dłuższą przerwę – obiadową. Gdy zjadłyśmy i wzięłyśmy również lody na deser, zagadała nas mała dziewczynka, słowami:
– Ja też lubię lody.
Totalnie rozłożyła mnie na łopatki mnie jej szczerość i otwarte podejście, w końcu byłyśmy dla niej obce.

Prawie w każdej z miejscowości mogłyśmy też obejrzeć lokalny kościół, co nie dziwi, biorąc pod uwagę pokonywane pieszo odległości między nimi.

W drodze do Kuźnicy znów czekał nas dłuższy odcinek pozornie bez większych atrakcji. Tym razem ścieżka była wyraźnie współdzielona z rowerzystami, na co wskazywał stosowny znak, ale wielu rowerzystów zdawało się go nie zauważać i nie do końca pasowało im, że szłyśmy tam pieszo, choć starałyśmy się iść bokiem, a wręcz gęsiego, gdy tylko sytuacja tego wymagała.

I ponownie wykorzystałyśmy naturalne otoczenie, by zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Tym razem na tle morza, spoglądając na linię horyzontu <3

Wkrótce minęłyśmy znak informujący o znalezieniu się w Kuźnicy. W okolicy portu obserwowałyśmy stojące tu łodzie, a wypatrzyłam coś idealnie dla siebie! Szłyśmy nabrzeżem, koleżanka kilka kroków z przodu, bo przystawałam co chwilę, aby zrobić zdjęcia. I nagle przed ławką, przy której zasiadł jakiś pan, wypatrzyłam obrazek kredą:
– O, patrz, żółw! – zawołałam do koleżanki.
– Nawet nie zauważyłem – stwierdził pan.
– Ja zawsze żółwia zauważę – powiedziałam, wzbudzając śmiech mojej towarzyszki.
– Jutro go nie będzie. Ma spaść deszcz – uznał jegomość.
– Na zdjęciu zostanie – odparłam z dumą, a pan przytaknął.

Gdy przeglądam swoje zapiski na mapkach, dopatruję się dialogu, którego sama nie pamiętałam, ale wydał mi się zabawny w kontekście tego, jaką drogę pokonałam przez ten rok i gdzie jestem teraz:
– Poproszę pocztówkę – zapytałam w sklepiku.
– Znaczek też? – spytała sprzedawczyni, po czym pokazała pocztowe.
– A, nie. Myślałam, że takie pieczątki jak PTTK.
Swoją drogą podbijam takie pieczątki na każdej z wypraw po parkach narodowych.

Ostatnim miejscem na naszej trasie były Chałupy 🙂 Odwiedziłam je kilka tygodni wcześniej, więc przeszłyśmy tylko wzdłuż głównej drogi, oglądając przy tym m.in. kościół.

Po 11 godzinach wędrówki (w tym z niespełna godzinną przerwą obiadową) wsiadłyśmy w pociąg powrotny. Pokonałyśmy prawie 36 km, co było moim pieszym rekordem, jest nim póki co nadal i dało mi niesamowitą porcję satysfakcji. Zresztą nie tylko mi 😉

– Chałupy, czujesz satysfakcję? – spytałam moją towarzyszkę.
– Miał być Władek.
– Ja czułam, że dojdziemy do Chałup.
– Ja nie wierzyłam, że zrobimy chociaż połowę.
Także chyba to był całkiem niezły wynik 🙂

Tak na koniec powiem Wam, że naprawdę lubię być wędrowcem, włóczykijem, podróżnikiem, piechurem – zwał jak zwał. Odkrywanie nowych przestrzeni, poszerzanie wiedzy, spotykanie nowych ludzi, zacieśnianie więzi z tymi, których już znamy – korzyści są niezliczone… A wspomnienia, które z taką lubością spisuję, pozostaną z nami jeszcze na długo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *