Lato w pełni. Wakacje na półmetku. Pewnie część z Was jest już po urlopie, inni w trakcie, niektórzy korzystają z każdego weekendu albo jak ja – odliczają dni do wyjazdu 🙂
Każdego z nas przed taką wyprawą czeka pakowanie. Przyczyny wyjazdu mogą być różne, podobnie jak jego kierunek, dlatego skład bagażu zwykle trochę się różni. Gdy zaczynałam zwiedzać parki narodowe, choć był to enty z moich wyjazdów, dopiero wówczas zdecydowałam się na stworzenie ujednoliconej listy rzeczy do spakowania. Dziś chciałabym ją przeanalizować i ciut zaktualizować, bo jednak powstała 2 lata temu 😉
Najłatwiej jest mi zawsze skompletować apteczkę i kosmetyczkę (sprawdzam je na tydzień przed, by wiedzieć, co ewentualnie dokupić), zatem od nich zaczynam.
W przeciągu tych dwóch lat zmienił się nieco skład mojej apteczki, choć nieznacznie, za to zdecydowanie w tym roku zmniejszyłam jej objętość, wykorzystując praktyczne pudełka na plastry i tabletki zamiast szeregu podocinanych blistrów z tabletkami 😉 Wspomniane gadżety nabyłam na jednym z otwartych wydarzeń Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego – fajna sprawa. Tylko jeden haczyk – pozbywając się blistrów, pozbywamy się dat ważności, dlatego do pudełka wkładam tabletki o długiej dacie i raczej w ilościach, które potencjalnie mogę wykorzystać, a nie zaporowych 😉 Drugą ważną kwestią jest to, że kilka razy w roku robię przegląd swojej stacjonarnej apteczki pod kątem ważności znajdujących się tam leków.

Co zatem zabieram w apteczce?
– plastry
– coś do odkażania – ostatnio Octenisept
– leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe
– tabletki na bolące gardło
– ewentualnie krople do nosa – tak naprawdę nie czuję konieczności, gdybym miała łatwy dostęp do apteki
– leki na alergię
– leki na chorobę lokomocyjną – tak naprawdę używane coraz rzadziej 😉
– ewentualnie spray na owady i żel na ukąszenia – zależy od terenu, gdzie się wybieram, przydały się w Białowieży, choć spray był za słaby i z żelu też musiałam zrobić użytek 😉
– ewentualnie folia NRC – jeśli to wyjazd terenowy; jeszcze z niej nie korzystałam, ale daje mi poczucie bezpieczeństwa, a prawie nie zajmuje miejsca i jest leciutka
Wychodzę z założenia, że apteczka i kosmetyczka powinny być tak skompletowane, by nie wymagały od nas zakupu nowego, dużego opakowania na trasie 😉 Lepiej mieć ciut więcej w tym małym, niż kupować kolejne, zwłaszcza, gdy w domu mamy jeszcze zapas.
Co powinno się znaleźć w mojej kosmetyczce?
– pasta i szczoteczka do zębów – bardzo praktycznym rozwiązaniem są takie składane szczoteczki, zajmują dużo mniej miejsca, a aktualnie, nosząc jeszcze aparat ortodontyczny, właściwie rzadko wychodzę z domu bez takiego minizestawu 😉
– pomadka – jej też raczej nie zapominam nawet na co dzień 😉
– żel pod prysznic / mydło
– szampon do włosów, grzebień, coś do upięcia
– dezodorant
– patyczki do uszu, ewentualnie waciki i tonik
– kremy (w moim przypadku do twarzy i do rąk, ewentualnie krem z filtrem zależnie od okoliczności)
– żel antybakteryjny do rąk i / lub mokre chusteczki
– chusteczki do okularów
– zwykłe chusteczki higieniczne
– kobiece artykuły higieniczne
– przy dłuższych wyjazdach maszynka
– ewentualnie kosmetyki do (de)makijażu, jeżeli wyjazd związany jest z jakąś uroczystością, na co dzień prawie wcale się nie maluję, więc na urlopie tym bardziej 😉
– podręczne lusterko
– pilniczek do paznokci
Kiedyś kupowałam na wyjazd kosmetyki w małych opakowaniach ze specjalnych półek w drogeriach. Z jednej strony to wygodne, ale uznałam, że ani opłacalne finansowo, ani dobre dla środowiska. Zakupiłam zatem kilka opakowań, których od zeszłego roku używam i planuję używać wielokrotnie, przelewając kosmetyki w odpowiednich ilościach z opakowań, które użytkuję w domu. Jedynie na pastę do zębów jeszcze nie mam patentu i uzupełniam małe opakowania przed każdym wyjazdem, a także noszę we wspomnianym minizestawie codziennym 😉

Ostatnio zainteresowałam się nawet ideą „zero waste”, ale otwarcie mówię, że potrafię być tylko (a może aż?) „less waste”. Nie wszystko też przychodzi od razu łatwo i wciąż szukam balansu pomiędzy komfortem życia a chęcią dbania o środowisko. I przyznaję bez bicia, temat kosmetyków jest dla mnie zdecydowanie tematem najtrudniejszym.
Zaś najtrudniejszą częścią pakowania jest dla mnie zawsze wybór ubrań i wybrnęłam z tego sprytnie, na swojej uniwersalnej liście pisząc po prostu: „buty i ubrania wg pogody” 😉 Gdy jednak przychodzi do samego pakowania, nad tym punktem myślę najdłużej. Stoję przed szafą i myślę. Na pewno kieruję się tym, co jest celem podróży, jakie czekają mnie tam aktywności i jakiej pogody mogę się tam spodziewać. Za kilka dni pozwiedzam zarówno miasta, jak i teren, więc pewnie zabiorę jedną sukienkę, ale poza tym raczej postawię na odrębne „góry” i „doły”, by je razem zestawiać. Zwykle staram się zabrać tyle „gór” ile dni plus dwa plus coś na wierzch 😉 Podobnie z bielizną. Raczej nie jestem z tych, co piorą ręcznie w podróży, zdarzyło mi się raz w Pieninach, poza tym urlop staram się wykorzystać na ciekawsze aktywności niż pranie. Doły dobieram tak, by móc się dopasować do różnych temperatur, a przy nastawieniu na zwiedzanie i teren raczej biorę spodnie. Wiadomo, że czasem okoliczności wyjazdu sugerują z jednej strony dobranie czegoś bardziej eleganckiego albo w drugą stronę – bikini 😉 Poza tym biorę coś do spania i ręcznik. Okrycie wierzchnie tak naprawdę sugeruje już pora roku – pewnie chwycę tym razem kurtkę przeciwdeszczową, ale i tak w razie czego spakuję parasol. Na wyjazdy w ciepłych porach roku zabieram także koniecznie czapkę z daszkiem, rzadziej dokładam do tego okulary przeciwsłoneczne. Butów, wraz z klapkami / kapciami zwykle wychodzą mi 2-4 pary. To też zależy od tego, gdzie się wybieram i czy mogę mieć różne warunki pogodowe. Typowo w góry wrzucam dodatkowo rękawiczki bez palców i stuptuty 🙂
Ponadto w moim bagażu znajdzie się oczywiście kilka „klasyków”:
– „portfel, klucze, telefon” (jak śpiewał Taco Hemingway 😉 – dzięki temu łatwo zapamiętuję i sprawdzam tę trójkę przed każdym wyjściem z domu)
– inna elektronika – ładowarka do telefonu, powerbank, selfie-stick, czasem aparat fotograficzny lub mp3 (ostatnio wystarcza mi telefon)
– bilety na pociągi, busy, spektakle itp.
– mapy
– rozpisany plan ramowy wycieczki – gdy niektóre rzeczy trzeba zaplanować z wyprzedzeniem
– książka – wiem, że w trasie wygodniej z ebookami, ale czasem nie chce się patrzeć na ekrany albo trzeba sprzęt podładować, coś do poczytania w telefon też staram się wrzucić, choć częściej już sama tworzę jakieś zapiski z podróży 😉
– czasem biorę notes i długopis, ale coraz częściej notuję w telefonie, natomiast długopisy są cenne, gdy chcesz wypisać pocztówki – pewnie i teraz zrobię mały konkurs, bądźcie czujni 🙂
– ewentualnie przewodnik (zwykle kupuję na miejscu w ramach pamiątki), kompas (raz użyłam w górach, ale bardziej dla sprawdzenia, zwykle mapa i oznaczenie szlaków dają radę), latarka (przydała mi się w jaskini w Ojcowskim Parku Narodowym)
Na pewno kupując nowe rzeczy pod kątem wycieczek, patrzę na możliwość ich wielokrotnego wykorzystania, za wyjątkiem map, które traktuję jako niezbędny atrybut i uwielbiam nad życie! 😉 Plecak i torba zakupione na początku moich wyjazdów do parków narodowych, służą mi do dziś, buty również, choć w kolejnym sezonie będę się zastanawiała już nad zakupem nowych. Pewne gadżety np. rękawiczki bez palców ze wzmocnieniem dla powierzchni dłoni, przydają się tylko w górach i na ten moment założyłam je raz, ale kilka górskich parków jeszcze przede mną 🙂 Z pewnymi dodatkami jak selfie-stick dopiero się oswajam i szybciej mi idzie zrobienie tego typu zdjęcia od razu niż wyciąganie „kijka” 😉 ale pewnie jeszcze nie raz i nie dwa się przyda, nie tylko na dalekich wojażach.
Istotną częścią bagażu jest też prowiant, zwykle biorę więcej niż trzeba, ale dzięki temu wiem, że na drogę powrotną spakuję tego mniej i będę miała miejsce na pamiątki (ostatnio głównie pocztówki, książki, broszurki, by poszerzyć wiedzę o danym miejscu) – taką mam taktykę 😉 Zamierzam wziąć butelkę na wodę z filtrem oraz drugą, w której będę sobie rozrabiać elektrolit przy dłuższych wędrówkach terenowych – to się zmieniło w tym roku, dotąd zwykle kupowałam na bieżąco spore ilości płynów w jednorazowych butelkach. Tym razem nie będę też pakowała dużo jedzenia, bo jadę tam, gdzie sklepów spożywczych nie zabraknie 😉

Nie da się ukryć, że kluczowe jest, w co się spakujemy, a to, co chcemy zabrać, musi się tam zmieścić. Wyjazdów oczywiście jest wiele, dwa razy udało mi się na jeden nocleg spakować w większą damską torebkę, ale bywały i wyjazdy z plecakiem i torbą (duża walizka pozostała w zamierzchłej przeszłości). Ostatni wyjazd do Ojcowa pozwolił mi spakować się w plecak górski i duuuużą siatkę materiałową z prowiantem, bo podobno miało tam nie być sklepów 😉 Za to wracałam już z samym plecakiem. I właściwie tak chciałabym podróżować, by mieć tylko jedną rzecz i w niej zmieścić wszystko, ale nie zawsze mi to wychodzi. Sprawdzam też wagę bagażu jako całości. Zwykle wychodzi kilkanaście kilogramów, moim marzeniem byłoby zmieścić się w 10 kg na wyjeździe (jak wracamy, to i tak musimy się zmieścić w tym, w co się zapakowaliśmy na wyjazd).

A jak Wy się pakujecie? Macie swoje „checklisty”? Rzeczy, bez których nie ruszacie się z domu? Coś, co umila Wam każdy urlop? A może pakujecie się spontanicznie? Podzielcie się swoją taktyką! 🙂 A swoją, zaktualizowaną „checklistę” w wypunktowanej wersji, z przyjemnością się podzielę – napiszcie wiadomość tutaj.

Szanuję za wybór książki ponad e-bookiem. 😉
W sumie u mnie to zależy od tego dokąd się wybieram. Standardem na weekendowe/ tygodniowe wyprawy stał się dla mnie placak turystyczny + „zwykły”. Jeśli jestem gdzieś w mieście, to w „zwykłym” noszę rzeczy ze sobą (prowiant, laptop [w przypadku jechania jako dziennikarz] oraz inne potrzebne w czasie dnia rzeczy), a duży, wraz z ubraniami, książkami (zwykle biorę 2+, takie zboczenie), przyborami toaletowymi itd zostawiam w hostelu/na campingu.
W góry w sumie tak samo. Jeszcze na obozie wędrownym nie byłem – ale wtedy 1 turystyczny plecak to obowiązek. Z drugiej strony wówczas odpada potrzeba brania laptopa, więc chyba jakoś dałoby radę. 🙂
Ogólnie to zwykle mam problem z pakowaniem się, bo zwykle chciałbym wziąć za dużo, a potem z niektórych rzeczy nie korzystam. I w sumie zwykle robię to na ostatnią chwilę, chyba, że to jakiś dłuższy lub nietypowy wyjazd. 😉 Ale ogólnie, a nieznanych przyczyn, lubię sam proces pakowania się (ale tylko w jedną stronę: gdy trzeba wracać, to nigdy nie chce mi się tego robić „porządnie”).
Dziękuję Ci Kuba za Twój komentarz! Dokładnie jest tak jak mówisz, powód wyjazdu warunkuje, co dokładniej w bagażu się znajdzie, ale pewne rzeczy zabiera się zawsze, stąd mój pomysł na stworzenie „checklisty” i tylko niektóre jej podpunkty są zmienne. Wierz mi, to ułatwia sam proces pakowania 🙂 Odkąd z nich korzystam, dłużej zajmuje mnie jedynie temat garderoby i prowiantu. No i wybór książki/książek 😉 A co do tego, w co się zapakuję, mam zawsze pewne aspiracje, ale nie zawsze udaje się to w 100% zrealizować, zobaczymy, jak wyjdzie tym razem, ale sam plecak może nie podołać 😉
Powodzenia. 😀 U mnie w sumie największym problemem jest to, że zawsze czegoś zapomnę. 😉 Jak jest to mało ważna rzecz, którą można dokupić (np. plastry) to pół biedy. Gorzej jak są to jakieś dokumenty albo ubranie przeciwdeszczowe, kiedy nagle trafi się deszcz. 😛
Jak da się to dokupić w danym miejscu, to jak mówisz, pół biedy 😉
Podrzucę Ci moją checklistę, po lekkim przerobieniu może i Ty zrobisz z niej użytek 🙂
Nie napisałem tego w sierpniu, ale Twój temat setlisty mi się kojarzy z pewną piosenką „słowackiej Kylie Minogue”. 😉 Oľga Záblacká swym słodkim głosem wymienia w niej różne przedmioty, bo „w damskich torebkach świat dziewcząt zaklęty jest”. Polecam nie tylko do nauki języka!
Aby jakkolwiek się odnieść, musiałabym jednak mieć tekst przed oczami, a najlepiej tłumaczenie. I o dziwo Google nie są szczególnie pomocne, podzielą się chwytami do gitary, ale tekstem już nie…
Jak mam być szczery, to znaczenie tekstu w pełni poznałem dzięki komentarzowi z tekstem (choć pod innym filmem). 😉 Ale nie da się ukryć, że fajnie brzmi.
Przy okazji wypróbowałem, jaki efekt daje wstawienie linka z filmem na YouTube – jeśli zamienisz „https” na „http”, to doskonały! 🙂
A jeśli ja mam być szczera, to dalej nie mam jak się odnieść 😉