Razem weselej – czyli Żabianka już w towarzystwie!

Nadszedł wreszcie ten dzień, a był to 9 maja 2020 roku, kiedy pomimo wciąż trwającej epidemii mogłam wybrać się na spacer w towarzystwie. Wybór był solidnie uzasadniony, bowiem kolega od wielu tygodni pracował zdalnie. Poza tym fajnie było się zobaczyć na żywo, Messenger to zawsze tylko substytut.

Obiecaliśmy już sobie jakiś czas wcześniej, że wspólnymi siłami przejdziemy Żabiankę i stanowiące wraz z nią jedną dzielnicę dwa osiedla: Wejhera i Tysiąclecia, bowiem Jelitkowo pokonałam na samym początku projektu, nim epidemia rozpętała się na dobre.

Spotkaliśmy się na przystanku tramwajowym Subisława i choć jechałam tramwajem dość krótko, był to mój pierwszy prywatny przejazd w trakcie epidemii. Powędrowaliśmy na początek fragmentem Pomorskiej ku Pelplińskiej, a ja już na starcie ekscytowałam się zarówno towarzystwem drugiego człowieka, jak i detalami architektonicznymi, takimi jak laubzegi. Opowiadałam też o widzianych niedawno szpakach i kolega dziwił się, że nie widziałam tych ptaków wcześniej na żywo.

Uliczka była ślepa. Na wejściu witał nas napis na murze z nazwą dzielnicy. Dalej pachniało bzem, a przejrzyste niebo aż prosiło się, by tego dnia zrobić wiele zdjęć, wydobywając przy tym koloryt dzielnicy. Część zabudowy w tym miejscu miała charakter prywatny, ale był tu także magazyn przemysłowy.

Następnie przeszliśmy ulicę Subisława, którą kierowaliśmy się na północ. Pierwszym obiektem na trasie była Wyższa Szkoła Zdrowia. Dalej wędrowaliśmy wzdłuż wysokich bloków. Dopatrzyliśmy się powszechnie malowanego napisu „Słyszałeś już?”. W okolicy stacji SKM Gdańsk Żabianka-AWFiS przeszliśmy po pasach i zaciekawiła mnie rzeźba po lewej, której jednak nie potrafiłam zinterpretować. Co również ciekawe, choć dowiedziałam się tego później, ponoć tutejsze światła były ustawione, by świeciło się głównie zielone dla pieszych, a czujka reagowała na nadjeżdżające auta i zmieniała światła tak, by te mogły przejechać.

Zależało mi także, by wejść na peron. Ze względu na bliskość uczelni sportowej na szybach widniały tu sylwetki różnych sportowców i chciałam przynajmniej kilka sfotografować.

– Łyżwiarz czy gimnastyk? – zapytałam na widok jednej z postaci, znając sportową przeszłość kolegi jako gimnastyka.

– Łyżwiarz – odpowiedział bez wahania.

Dalej dopatrzyłam się między innymi narciarzy, szermierzy i pływaków, ale szybko zorientowaliśmy się, że postaci się powtarzają.

Po opuszczeniu stacji tą samą stroną, skierowaliśmy się chodnikiem w lewo. Zaintrygował mnie niski budynek pomalowany niczym łąka, co budziło dość przyjemne skojarzenia.

– Ładna budka. Sklep czy stacja transformatorowa? – gdybałam.

– WC – skwitował krótko moje przypuszczenia mój kompan.

Minęliśmy również boisko, przed którym mieścił się parking. Z opowieści mojego towarzysza wynikało, że dawniej w miejscu parkingu był rynek.

Przeszliśmy na pasach na drugą stronę ulicy, by wejść w Sztormową. Pomiędzy blokami wyróżniał się niski budynek handlowy. Obserwowaliśmy też, jak mieszkają ludzie. Na jednym z balkonów naszą uwagę zwróciły wielobarwne doniczki, a jednocześnie sprzęt do ćwiczeń niczym na siłowni. Ktoś inny powiesił na ścianie pluszowego węża. Takie nietypowe widoki często prowokują i prowokowały mnie do rozmów z moimi towarzyszami na równie nietypowe tematy – potrafią być ciekawymi punktami zaczepienia. Po drodze dopatrzyłam się też przejścia w stronę budynku, w którym kiedyś oglądałam pokój do wynajęcia, na który jednak ostatecznie się nie zdecydowałam. Dostrzegłam też zadbane ogródki przed klatkami bloków, co zawsze mnie w Żabiance urzekało.

Jednak przy jednej z klatek w zawijasach ulic znaleziska okazały się nietypowe. Ktoś wystawił szafkę, a na niej i wokół niej leżał sprzęt elektroniczny, w tym komputerowy. Otwarta jednostka centralna komputera, faks, klawiatury, w tym jedna owinięta kablem VGA. Kolegę zainteresowało to ze względu na jego branżę, ja z kolei pomyślałam sobie, że jeszcze kilka lat temu, gdybym usłyszała o kablu VGA, nie miałabym pojęcia o co chodzi, jednak pod kątem technicznym też się czegoś nauczyłam w ówczesnej pracy.

– Co ludzie wyrzucają! – podsumowałam.

Widzieliśmy pozostawione meble jeszcze później, w innym miejscu, przy altanie śmietnikowej i choć mi wyobraźnia podpowiadała, jak mogłaby wyglądać renowacja takiego mebla, kolega uznał, że jego stan pozwalał go jednoznacznie zaklasyfikować już tylko jako śmiecia. Szkoda mi często tego, ile my jako ludzie, nie wykorzystujemy ponownie. I pewnie sama też, nie raz i nie dwa, powinnam uderzyć się w pierś, że tak zrobiłam.

Kontekst śmieci pojawił się także w okolicy kolejnego niskiego, ale bardzo zadbanego poza tym budynku. Było to Liceum Ogólnokształcące Collegium Gedanense. Teren był obsadzony kolorowymi roślinami (a jedna rabatka wyglądała jak serduszko!), czysty i tylko widok przy furtce, wielu worków na śmieci, psuł nieco ten wizerunek.

– Produkują dużo śmieci – zauważył mój kompan.

Sama zastanawiałam się, czy może po prostu nie podjęto tu jakichś szerszych działań porządkowych, wykorzystując okres epidemii i dlatego natrafiliśmy na taką liczbę worków.

Przeszliśmy się kawałek Rybacką. Przy tej okazji naszą uwagę zwróciło dziwne, ciemne znalezisko w koronie drzewa. Wytężyliśmy wzrok i doszliśmy ostatecznie do wniosku, że był to… but. Nieco dalej, zza ekranów akustycznych przy Drodze Zielonej, wystawały cztery maszty, na których powiewały cztery flagi – polska, europejska, gdańska i… Chwilę zastanawialiśmy się nad żółtym fragmentem, jak prezentuje się w całości. Gdy wiatr pozwolił nam dostrzec, że mieliśmy do czynienia z flagą Sopotu, wydało się to, jakby nie patrzeć, dość oczywiste w tym miejscu.

Tymczasem jeszcze nie podchodziliśmy bliżej flag, lecz weszliśmy w ulicę Szyprów między blokami nr 1 i 2. Wkrótce znaleźliśmy się przy przedszkolu. Wymyślny plac zabaw, zjeżdżalnie w kształcie łodzi, kolorowe ciuchcie… Cóż, stwierdziliśmy, że nasze pokolenie takich atrakcji raczej nie miało. Natomiast nie to pobudziło nas do głębszej debaty. Nieopodal stał trzepak. Jedną z zagadek dzieciństwa była dla mnie towarzysząca często trzepakom „ławka”. A przynajmniej tak to dla mnie wyglądało, ale kolega zasugerował, że być może tam kładło się dywany, których się akurat nie trzepało. Uznałam jego pomysł za całkiem realistyczny, choć sama trzepałam dywan może ze dwa razy w życiu i nigdy nie brałam więcej niż jednego naraz ze sobą (może to kwestia dziewczęcych sił?). Osobiście w głowie miałam obraz trzepaka obok mojego przedszkola, który mijałam też wielokrotnie, chodząc już do podstawówki. Wraz z koleżankami zawisałyśmy na trzepaku, a te, które aktualnie na nim nie przebywały, czasem siadały lub przynajmniej kładły plecaki na „ławce”. Przypominając sobie te doświadczenia, poparłam jego ideę:

– Mało ergonomiczna taka ławka.

Wędrowaliśmy kolejnymi ścieżkami, dostrzegając, że na Żabiance jest dużo zadbanej, zielonej przestrzeni. Natrafiliśmy po drodze chociażby na graffiti przedstawiające uskrzydlone czarne serce (zaciekawieni, czy owo serce czegoś nie „zamalowało”) i płaskorzeźby prezentujące ludzkie postaci, jakby kobiety z dziećmi.

Wyszliśmy ku szerokiej połaci zieleni przed Szkołą Podstawową nr 89. Nie pasowały nam tam drobne płytki i zastanawialiśmy się, czy skrywają coś pod sobą. Osobiście zaciekawiła mnie też ustawiona przy ogrodzeniu szkolnym kompozycja z plastikowych butelek, choć w pierwszej chwili nie dopatrzyłam się, co przedstawiała. Zwyczajnie stałam za blisko. Gdy oddaliłam się, celem uwiecznienia instalacji w kadrze, momentalnie załapałam, co autorzy mieli na myśli! Był to symbol recyklingu w postaci trzech skierowanych kolejno na siebie strzałek, tworzących razem trójkąt.

Wkrótce wyszliśmy na Gdyńską i skierowaliśmy się ku kościołowi pw. Matki Bożej Fatimskiej. Ustawiono przy nim głaz upamiętniający pierwszego duszpasterza „Żabiankowej 😉 Wspólnoty Wiernych” – Jerzego Kuhnbauma. Gdy próbowałam jednak sprawdzić nazwisko ze zdjęcia w sieci (mały kontrast na zdjęciu kazał mi się upewnić), dotarłam do artykułów, także na forum dzielnicowym, gdzie ludzie spierali się, czy osoba prawdopodobnie mająca kontakty z SB powinna mieć w dzielnicy swój pomnik. Z drugiej strony mieszkańcy musieli chyba być zadowoleni z jego posługi, skoro ustawili ów głaz. Intrygująca kwestia. Co do samego kościoła, byłam kiedyś w środku na mszy dziecięcej i podejście księdza do dzieci było naprawdę na medal.

Tymczasem my zrobiliśmy sobie przystanek przy fontannie obok deptaka. Wokół niej były kamienne puste ławki, a ciut dalej drewniane. Przysiadłam zatem, by uporać się z objawami alergii i aby zjeść, co nie uszło uwadze lokalnych gołębi. Podchodziły na tyle blisko, nic się nie bojąc, że zrobiłam im całą sesję zdjęciową (zresztą mój towarzysz też został kilka razy uwieczniony), ale chyba zrozumiały, że nie mają co liczyć na poczęstunek. Gołębie spacerowały, ale i konkurowały ze sobą. Zaciekawiła mnie też sama fontanna. Czy była czynna? Czemu wyglądała jak rozbita na kawałki prostokątna bryła betonu, z miejscem na tryskające źródło pośrodku? Jednocześnie wyglądało to na zamysł twórcy – barwa płyt i kamiennych ławek były spójne.

Po przerwie przeszliśmy obok Placu im. Kardynała S. Wyszyńskiego, gdzie poczekałam chwilę, aż pani wyszła z kadru, żeby sfotografować kościół. Minęliśmy lokal gastronomiczny. Pamiętałam inny, mieszczący się tu pięć lat wcześniej, gdy zwiedzałam cały Gdańsk po raz pierwszy. Zauważyłam zawieszoną na płocie puszkę i pomyślałam, jakie to miłe, że zadbali o wodę dla ptaków, choć puszka może być ostra. Kolega okazał się bardziej pragmatyczny i uznał, że to pewnie puszka na pety.

Dotarliśmy do Zespołu Szkół Sportowych i Ogólnokształcących. Pamiętałam, że na ścianie umieszczono tu kiedyś tablicę upamiętniającą patrona szkoły – Janusza Kusocińskiego – sportowca okresu międzywojnia, który był jedną z ofiar II wojny światowej. Patronem szkoły został w 2011 roku. Szkoła, mająca charakter sportowy, posiadała także własną pływalnię.

Skierowaliśmy się w stronę skweru i po drodze natknęliśmy się na kolejne znalezisko garderobiane na drzewie. Tym razem był to biustonosz. W głowie zrodziło mi się pytanie, jaka historia stoi za taką jego lokalizacją?!? Z kolei w pobliżu skweru kolega miał mi coś do pokazania. Dawniej znajdowała się tam kapliczka. Dziś ostały się raczej jej fundamenty, ale wciąż stały tam znicze, kwiaty i wizerunek Matki Boskiej. Rosły tam też różnobarwne rośliny zielne i rozrzucono pokruszone płytki i kafelki. Zaciekawiła nas nieduża, jasna kulka. Myślałam, że to guma do żucia, dlatego nie chciałam „badać” jej butem i trąciłam ją patykiem, ale okazało się, że to nie guma. Nie doszliśmy jednak do wniosku, z czym mieliśmy do czynienia. Ponadto trawnik upstrzony był stokrotkami o zaróżowionych płatkach i zerwałam jeden kwiatek, by uwiecznić go artystycznie na zdjęciu i zabrać jako pamiątkę owej wyprawy.

Widząc kolejne górki w obrębie blokowiska, mój kompan zauważył, że Żabianka była i jest dobrym miejscem na bezpieczne, dziecięce zabawy. W bezpośredniej bliskości nie było żadnej ruchliwej ulicy, ale przede wszystkim piesze alejki. Patrząc na jedną z nich, uznałam nagle, że fajnie byłoby mieć wspólne zdjęcie z naszej wycieczki.

– Daj – powiedział mój towarzysz, wyciągając dłoń po mój telefon.

Spojrzałam na niego zdziwiona.

– Ja mam dłuższą rękę – wyjaśnił.

Zrealizowaliśmy plan na wspólne zdjęcie, po czym przeszliśmy ową alejką. Dalej naszą uwagę zwrócił ponownie krajobraz blokowiska. Na latarni zasiadła mewa. Jeden z balkonów był wypełniony dość licznymi doniczkami. Graffiti Lechii na bloku odbiegało charakterem od innych nam znanych, a zieleń była tak ciemna, jakby miała wpadać w czerń. Podeszliśmy pod kościół pw. Chrystusa Odkupiciela, zwany podobnież „blaszakiem”. Następny przystanek mieliśmy przy sklepie wędkarskim, ozdobionym tematycznym graffiti, które wciąż wyglądało dobrze, pomimo upływu czasu. Pamiętałam je sprzed pięciu lat, podobnie te zlokalizowane w tunelu w bloku.

Najpierw naszą uwagę zwróciły kolejne płaskorzeźby z postaciami. Następnie foliowa siatka, w której ktoś zostawił ceramikę. Dopiero wówczas wsiąkliśmy w galerię graffiti i używam tego słowa nieprzypadkowo. Kilka prac nawiązywało do znanych obrazów, takich jak „Krzyk” czy „Dama z gronostajem”, przy czym tę drugą zaopatrzono w spray i wokół jej głowy umieszczono z jednej strony aniołka, z drugiej diabełka. Jak zawsze byłam też urzeczona pracą nawiązującą do obrazu Salvadora Dalego – uwielbiam „Trwałość pamięci”! Zamarzyło mi się zarówno zdjęcie na jego tle, jak i fotografki w akcji, gdy uwieczniam to malowidło. Kolega wczuł się w rolę. Jednocześnie niesamowicie ucieszył mnie kadr jego autorstwa, gdy nie widać co uwieczniam, za to świetnie komponuję się z postacią przedstawioną na graffiti za moimi plecami. Ogląda ona świat przez szkiełko, mrużąc drugie oko. Ja również tak skupiłam się na zdjęciu, że zupełnie nieświadomie powieliłam tę mimikę. To na pewno jeden z lepszych kadrów tamtego dnia! (sprawdźcie sami!)

Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, ale w końcu trzeba było ruszać dalej. Wyszliśmy po drugiej stronie bloku i kierowaliśmy się do skrzyżowania. W kiosku moją uwagę zwróciły książeczki dla dzieci, o których słyszałam niedługo wcześniej oraz zadbany plac z ławeczkami i stołami do ping-ponga.

Przeszliśmy na drugą stronę i podążyliśmy ulicą Gospody na północ. Przy jednym z drzew zarejestrowaliśmy nagle ruch. W niewielkiej dziupli mieszkały sikorki! Gdyby nie fakt, że wylatywały na chwilę, po czym się chowały, nigdy byśmy się nie domyślili, że ten otwór był zamieszkany!

Nieopodal mieścił się ciąg sklepów. W witrynie jednego z nich zapisano hasło: „Nie damy się wirusowi”. Kolega kupił sobie coś do picia (kapsel głosił hasło „Świeże spojrzenie”, co wydało mi się adekwatne do zwiedzania znanej już sobie dzielnicy na nowo) i odeszliśmy na bok, by chwilę odsapnąć. Minęliśmy budynek z tablicą upamiętniającą mieszkającą w nim dawniej działaczkę Solidarności – Marię Płońską. Pamiętałam też, że przy ulicy Wejhera stał pomnik poświęcony jej patronowi, a w pobliżu było płożące się drzewo. Niestety, choć rosło dalej, nie mogłam go ponownie uwiecznić w pełnej krasie, bo starszy pan wykorzystał je niczym ławkę i ucinał sobie pogawędkę ze swoim rówieśnikiem. Raczej nie zapowiadało się, by miała się szybko skończyć, zatem poszliśmy dalej.

Kawałek przeszliśmy między blokami, natrafiając przy tym na połać zieleni, otoczoną drzewami bez zielonych koron, które wyglądały jak skrzywdzone cięciami, zwłaszcza w kontraście do pozostałych w okolicy, cieszących oko żywą zielenią. Z naszej perspektywy plac wyglądał niczym deltoid. Dalej, już bliżej ulicy Gospody, znaleźliśmy wygrodzony fragment, w którego obrębie znajdowało się pojedyncze drzewo.

– Drzewo w niewoli – skojarzyło mi się.

– To jedno drzewo jest naprawdę symboliczne – zauważył kolega.

Następnie moją uwagę zwróciła firma o nazwie złożonej niemal ze wszystkich spółgłosek zawartych w nazwie ulicy, gdyby poddać w wątpliwość, czy było tam Q czy G. Po drodze minęliśmy także restaurację z domkiem dla dzieci i przychodnię, do której miałam okazję kiedyś chodzić. Byliśmy już prawie na granicy z Sopotem, gdy przeszliśmy na drugą stronę ulicy celem uwiecznienia graffiti ku pamięci westerplatczyków. A potem podeszliśmy bliżej widzianych już wcześniej masztów z czterema flagami i zaczęła się zabawa. Trochę zajęło, nim udało się w miarę uchwycić jednocześnie rozpostarte wszystkie cztery!

Tutejsze rondo, na pograniczu miast, nosiło nazwę Ronda 4 Czerwca 1989 r. Z kolei plac przed Ergo Areną, halą widowiskowo-sportową, mianowano Placem Dwóch Miast. Sporą przestrzeń obecnie zaaranżowano na parking, przez który przeszliśmy. Dawniej był tu między innymi tor motocrossowy, a sama pamiętałam, że na Ergo Arenie grano też musical „Metro”. Przeszliśmy przez teren parkingu, mijając przy tym „upadłe barierki” i zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek na krańcu Orłowskiej.

Z niej weszliśmy w ulicę Husytów, gdzie natrafiliśmy na przedszkole, którego patronem był Jan Brzechwa. Na jego ścianach namalowano Kaczkę Dziwaczkę i pana Kleksa, z którym nie omieszkałam zapozować. Tutejszy plac zabaw też był dość kreatywnie urządzony. Jednocześnie nie wiedziałam, gdzie oczy podziać, bo obok mieściło się boisko Szkoły Podstawowej nr 77 i przy świetnej pogodzie, patrząc na z pozoru zwykłą bieżnię, zachwyciłam się kolorami i perspektywą. Aż pokazałam to zdjęcie mojemu towarzyszowi! To też dodałam do ulubionych z tego dnia!

Przy altanie śmietnikowej, gdzie była wspominana wcześniej szafka, wracając tym samym na Orłowską, ucięliśmy sobie pogawędkę na temat trzymania rzeczy z sentymentu. Kolegę niezwykle zdziwiło, że trzymam wciąż zeszyty z liceum. Fakt, nie ze wszystkich korzystam do dziś, ale jakoś nie mam serca ich wyrzucić. Jeszcze nie.

Dalszy odcinek pokonaliśmy Orłowską. Zaciekawiło mnie, jak wiele było tam rzędów garaży. Przez ulicę Wejhera trafiliśmy na Helską i w ten sposób opuściliśmy Osiedle Wejhera. Na Pomorskiej wykorzystałam szeroki pas między jezdniami, by rozejrzeć się na wszystkie strony i porobić zdjęcia. Było tam miejsce także dla rowerzystów.

Po drugiej stronie rozpoczęliśmy zwiedzanie Osiedla Tysiąclecia od widoków na zbiornik wodny na Potoku Oliwskim. Zerkając bliżej, zauważyłam, że na trawniku wypoczywał wróbelek, a patrząc dalej doszłam do wniosku, że to kolejny staw, na którym znajduje się wyspa. Wędrując wzdłuż ogrodzenia wokół zbiornika wodnego, ponownie tego dnia spotkaliśmy sikorkę. Tymczasem po tafli wody sunęły łabędzie.

Znaleźliśmy się nieopodal bramy wejściowej do Parku Przymorze, który to park miał charakter zabytkowy i pochodził z XVIII wieku. Na słupku ogrodzenia po lewej widniał domalowany herb Gdańska, a droga prowadziła prawdopodobnie do obiektu również wpisanego do rejestru zabytków, choć nie przekroczyliśmy bramy, więc nie jestem w stanie tego potwierdzić.

Po wejściu do parku skierowaliśmy się w prawo. Pomyślałam, że pozwolę swojemu kompanowi prowadzić przez park. Po prawej rozciągał się wspomniany staw, po lewej pusty dół, który z powodzeniem mógłby również pełnić taką rolę i w późniejszym czasie dowiedziałam się, że w przeszłości pełnił i że planowano ponownie spróbować uzupełnić go wodą. Spacerowaliśmy niejako najbardziej skrajnymi ścieżkami, aż wyszliśmy na ulicy Tysiąclecia.

Skierowaliśmy się w lewo i doszliśmy w ten sposób do końca ulicy, nim skręciliśmy ku Piastowskiej. Zastaliśmy tam intrygujący widok. Ktoś opiął pień drzewa zapięciem rowerowym. Przy najbliższej altanie śmietnikowej ktoś ustawił zupełnie niezniszczony stojak na doniczki. Weszliśmy w ulicę Lecha i przez ulicę Mieszka I zawróciliśmy ponownie ku Piastowskiej. Przy tej okazji w drodze dopatrzyłam się włazu z napisem „Węgierska Górka”. Było to dla mnie o tyle ciekawe, że znalazłam tylko informacje o wsi o tej nazwie w województwie śląskim, więc byłam ciekawa powiązania z Gdańskiem.

Na skrzyżowaniu Piastowskiej i Chłopskiej zasugerowałam koledze, by spojrzał w kierunku falowca. Zaprezentowałam mu graffiti z lwem, którego postać nawiązywała do formy pomnika na Westerplatte. Spodobało mu się na tyle, że sam wyciągnął wtedy telefon, by zrobić zdjęcie.

Kolejny przystanek mieliśmy przy Szkole Podstawowej nr 60 przy ulicy Chłopskiej. Była to tzw. tysiąclatka, wpisująca się w plan wybudowania tysiąca szkół na tysiąclecie Polski. Podeszliśmy bliżej, gdzie żywo zareagowałam na umieszczoną w oknie grafikę:

– Tu jest otwarta księga i z niej wychodzi cały świat!

Mój kompan wskazał mi też dom stojący nieopodal. Podczas gdy mnie zachwyciła jego nieskazitelna biel i malutka latarenka w starym stylu, on miał na myśli ogromną białą maskę na balkonie, którą określił jako „niepokojącą twarz”. To ciekawe, że ile osób, tyle sposobów odebrania tej samej przestrzeni.

Na koniec przeszliśmy w całości ulicę Pomorską, zmierzając do tego samego miejsca, w którym rozpoczęliśmy naszą wycieczkę. Nim jednak tam dotarliśmy, natknęliśmy się jeszcze na tablicę na bloku w podobnym stylu jak wcześniej. Upamiętniała kolejnego działacza Solidarności – Macieja Miatkowskiego. W drodze do celu przeszliśmy przy zbiorniku retencyjnym Subisława, gdzie kolegę zaciekawiły rzeźby Łosowskiego – te same, które oglądałam, zwiedzając Przymorze Małe. I znów dopatrzyłam się łabędzi. Pożegnaliśmy się przy skrzyżowaniu, sklejając żółwika, co ponoć jest najbardziej higieniczną formą przywitania / pożegnania. Pomimo kilku godzin w terenie, do domu też wróciłam spacerkiem.


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z Żabianki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *