Między majówką na Górze Gradowej (1-2 maja 2020 roku) i wędrówką po okolicy Europejskiego Centrum Solidarności rozpoczęłam zwiedzanie Przymorza Małego. Wykorzystałam niedzielny poranek (3 maja 2020 roku), by udać się w pojedynkę na spacer. Pogoda była doprawdy wyśmienita!

Mój cel stanowiło przejście obszaru pomiędzy ulicą Bora-Komorowskiego, a północnym krańcem dzielnicy czyli dość ambitnie. Już przy wspomnianej drodze znalazłam interesujące elementy. Pierwszym z nich był głaz z napisem: „Mierz siłę na zamiary, nie zamiar podług sił”. Znane hasło, nieprawdaż? Obecny projekt przychodzi mi o tyle łatwo, że już wiem, że przejście Gdańska w całości jest jak najbardziej wykonalne (przynajmniej ulicami), bo przecież to nie jest mój pierwszy raz. Jednocześnie przez kilka lat wędrówek zdobyłam już wiedzę, na ile mnie stać i jak rozłożyć swój duży cel na mniejsze etapy.
W pobliżu tego głazu znajdowały się też dość barwne i nawet przyjemne dla oka graffiti ze śpiewającym pudlem i gramofonem. Ciekawego, nakrapianego psiaka zobaczyłam chwilę później, gdy weszłam w ulicę Chociszewskiego.
– Dzień dobry, piękny! – zawołałam w jego stronę.
Przy ziemi zobaczyłam mijane już parę razy gdzieś na trasie ludki – zawsze do pary, jak podczas pierwszej wycieczki po Przymorzu Wielkim. Warto było jednak także spoglądać ku górze – na dachach przysiadywały ptaki, a przy najbliższym skrzyżowaniu urządziły sobie chyba konkurs lotów nad placem zabaw! Przy tej okazji zobaczyłam też, że tutejsze bloki dość mocno wyróżniają się swoją wysokością spośród zabudowy jednorodzinnej. Zaintrygowała mnie też kompozycja żywej zieleni korony drzewa, przygasłej zieleni altany śmietnikowej i wyraźnie odcinającej się na ich tle bieli trzepaka i ciemnej połaci dachu.
Zajrzałam w Bzową, ale w całości przeszłam Bydgoską, zawracając nią do Bora-Komorowskiego i przy tym zafascynowałam się… garażami. Biegły po mojej prawej przez całą długość ulicy. Znad nich wychylały się różnobarwne korony drzew oraz dachy domów przy równoległej drodze. Ulicą Poznańską spacerowałam zresztą chwilę później. W okolicy następnego skrzyżowania, z Mściwoja II, zaczęłam się przyglądać drzewom – tym jak niektóre miały pełne korony, inne zdawały się stroszyć powyginane, nagie gałęzie, a ich kształt niewątpliwie dodatkowo udziwniła ludzka ręka z sekatorem. Niektóre dodatkowo obrosły jemiołą.
Okoliczne uliczki były brukowane. Przy Obotryckiej pojawiła się jednak nowsza nawierzchnia. Dopatrzyłam się też ciekawej tabliczki z szalonym psem, który twierdził, że jest szybszy niż kot sąsiada. Przeszłam się znów fragmentem ulicy Bora-Komorowskiego, fotografując zresztą tabliczkę z nazwą na ogrodzeniu. Ładniejsze okalało posesję przy Beniowskiego, gdy skręciłam w prawo. Kojarzyło mi się trochę z kreowanym w filmach wizerunkiem amerykańskich przedmieść.











Wkrótce dotarłam do zaaranżowanego przy skrzyżowaniu skwerku z ławkami i stolikami szachowymi. Podążyłam dalej Słowiańską i trochę się zagapiłam, bo planowałam skręcić wcześniej, a tymczasem wyszłam naprzeciw fabryki czekolady Bałtyk. Naprzeciwko, po mojej stronie, mieściła się jeszcze Sala Królestwa Świadków Jehowy. Powędrowałam następnie odcinkiem Droszyńskiego prowadzącym do dworca Gdańsk Oliwa i przyznać muszę, że niezwykle zaintrygował mnie swoim kształtem budynek tuż przy lokalu gastronomicznym i przystanku autobusowym.
Przy pętli autobusowej skręciłam w prawo w ulicę Krzywoustego. Metodą harmonijki pokonałam kilka najbliższych dróg: Sambora, Świętopełka i Beniowskiego, ponownie wychodząc na mijany już zaaranżowany skwer. Na Mściwoja II podeszłam pod budynek Biura Obsługi Mieszkańców, by sfotografować gdańskie lwy oraz łopoczące flagi – polską i gdańską. W bok odchodziła ulica Morawska.
Ulica Krzywoustego na tle pozostałych była doprawdy przestrzenna. Już po chwili skręciłam jednak w Poznańską, gdzie moją uwagę skupiły detale. Jednym z nich była latarenka z numerem budynku na jego ścianie. Co ciekawe, tabliczkę adresową umieszczono od razu pod nią, więc w pewnym sensie było to powielenie. Wejście do innego pobliskiego ozdobiono dodatkowymi cegiełkami wystającymi ze ściany.
Tymczasem ja znalazłam się już na wysokości Kętrzyńskiego i równie zaciekawiły mnie posesje tam, jak i po przeciwnej stronie wystający zza zieleni blok przynależący do Bydgoskiej. Wędrowałam ulicą Czerwony Dwór w okolice pasażu. Wzdłuż sklepów przeszłam na Krzywoustego. Udało mi się uchwycić ptaka w locie i usłyszeć fragment rozmowy pierwszej mijanej tego dnia grupy ludzi. Wynikało z niej, że nie przejmują się epidemią. Osobiście wędrowałam w maseczce, ale wiedziałam, że będzie mi potrzebny przystanek. Już niedługo. Miałam na to pomysł na trasie.














Obejrzałam jeszcze kilka graffiti na garażach przy Krzywoustego, które nawiązywały do 1939 i 1989 roku, a także opustoszałe targowisko zwane Zielonym Rynkiem. Wkrótce dotarłam do ulicy Chłopskiej, a dokładniej do tunelu pod nią. W codziennym życiu niezbyt często z niego korzystałam, zdarzyło mi się tu przejść dwa, może trzy razy. Tym razem jednak, w ów niedzielny poranek, poza dwoma mężczyznami siedzącymi na schodach do niego prowadzących i jednej pani, która nim przeszła, nie było nikogo. Uznałam, że to nie tylko doskonałe miejsce na wymianę maseczki, ale zrobiłam sobie też przerwę regeneracyjną. Zjadłam, napiłam się wody, pooddychałam rześkim powietrzem. Moją uwagę skupiły i tu graffiti, w tym dość obszerna kompozycja nawiązująca dziecięcą kreską do orkiestry. Dostrzegłam m.in. harfę, fortepian, perkusję, trójkąt, gitarę i inne instrumenty. Znalazłam nawet swój ukochany saksofon – jakoś rozczula mnie jego dźwięk!








Po opuszczeniu tunelu tą samą stroną, skierowałam się Chłopską ku Piastowskiej. Tutaj też drzewa były dość dziwnie ścięte. Skręciłam w Poznańską, gdzie natrafiłam na jakże „adekwatnie” nazwane osiedle „Oliwa Park”. Zawróciłam przez Mściwoja II i gdy znalazłam się ponownie na Piastowskiej, dopatrzyłam się symbolu Lechii Gdańsk. Przespacerowałam się jeszcze kolejnymi odcinkami Beniowskiego i Świętopełka, po czym na Piastowskiej znalazłam się w okolicy Szkoły Podstawowej nr 37.
Swoje dalsze kroki skierowałam w stronę wiaduktu kolejowego. Skręciłam w ulicę Subisława i ruszyłam wzdłuż mieszczących się tam ogródków działkowych. Kolejny etap wędrówki biegł ulicą Ziemowita, przy której rozkopano szeroką połać zieleni. Na skrzyżowaniu z Beniowskiego rozejrzałam się wokół, bo już wcześniej dostrzegłam trzy maszty flagowe, z czego na środkowym umieszczono pionowo flagę Polski. Moją uwagę zwrócił także zielony samochód z kremowym dachem, taki w starym stylu.







Zmierzałam w stronę Potoku Oliwskiego. Zauważyłam panią na rowerze w okolicy kolejnego skrzyżowania i przystanęłam, aby ją przepuścić.
– Dziękuję – zawołała.
– Nie wiedziałam, w którą stronę pani jedzie – stwierdziłam.
Posłałyśmy sobie uśmiechy zza maseczek. Oczy nie kłamią.
Pani pojechała ku ogródkom działkowym, a ja powędrowałam w stronę stawu na Potoku Oliwskim – zbiornika retencyjnego Subisława. Najpierw podziwiałam go z poziomu mostu, później przeszłam kawałek ścieżką wzdłuż ulicy Kupały, przy tej okazji przyglądając się tablicy o lokalnym ptactwie wodnym. Mając jednak już w głowie plan na zwiedzanie Żabianki, uznałam, że skoro pogoda sprzyja, a ja wciąż jestem nakręcona własnym entuzjazmem, to obejdę zbiornik też od strony tejże i przejdę sobie mostem przy drugim krańcu stawu. Swój wybór dodatkowo argumentowałam faktem, że przy tamtejszej ścieżce widziałam kamienne rzeźby i byłam ciekawa co przedstawiają. Wszystkie okazały się dziełem Alfonsa Łosowskiego i pochodziły z lat 60. Trudno było mi dopatrzeć się w nich tego, co sugerował tytuł. Ostatnia była jednak wyjątkiem – „Centaur” naprawdę skojarzył mi się z tym mitycznym zwierzęciem i przypadł mi do gustu. Dodatkowo na zbiorniku była wyspa i znajdowała się właśnie bliżej jego północnego brzegu.
Most mieścił się przy ciekawym budynku o szachulcowej konstrukcji. W parku po lewej ustawiono plac zabaw i ławki na kształt widowni amfiteatru. Przy ulicy Janki (nie, to nie błąd!) Kupały ustawiono poświęcony temu wieszczowi głaz z pamiątkową tablicą. Szczególnie spodobał mi się motyw księgi i pióra zanurzonego w kałamarzu. Usiadłam na pobliskiej ławce z widokiem na staw. Wędrowałam już blisko cztery godziny i musiałam przyznać, że chciałam dać plecom odpocząć. Przez tę epidemię odzwyczaiłam się od tak długich wypraw. Nie było mi dane jednak posiedzieć zbyt długo, bo przyczepiła się do mnie osa. Śmiałam się pod nosem, że mnie z tej ławki pogoniła. Część zdjęć wspomnianego budynku przy moście oraz lotu ptaków uwieczniłam już na stojąco.









Następnie powędrowałam ulicą Kupały i z niej przeszłam na Rzepichy. Wędrowałam wzdłuż ogródków działkowych. Wreszcie dotarłam do parku, gdzie postanowiłam ponownie podejść i przespacerować się wzdłuż Potoku Oliwskiego i pośród zieleni. Rozciągał się stąd także widok na bloki na Żabiance.
Kawałek dalej moją uwagę zwróciły kaczki oraz kaskada na potoku i przystanęłam, dopiero po chwili orientując się, że w moją stronę kieruje się młody mężczyzna z ciekawskim psiakiem. Stałam po lewej stronie ścieżki, fotografując potok, a pan szedł po mojej prawej. Pies jednak pobiegł na trawnik z mojej strony, tym samym „rozpinając” mi smycz tuż przed nogami i ani myślał przejść inaczej, lecz już go ciągnęło do przodu.
– I co teraz? – zaśmiałam się serdecznie i panu też się udzieliło.
Psiak ani myślał ustąpić. Ostatecznie to ja przeszłam na prawą stronę ścieżki i po wykonaniu zdjęć ruszyłam dalej. Czułam się zdecydowanie odprężona pośród zieleni i gdyby nie kondycyjne zmęczenie (a raczej wynikające z osłabionej kondycji) oraz konieczność noszenia maseczki już dłuższy czas, pewnie bym myślała, gdzie się rozsiąść. Mijałam kolejnych spacerowiczów i zbliżałam się do stawu przy Chłopskiej. Na nim też mieściła się wyspa i wkomponowałam ją w niejeden kadr, a wraz z nią – przepływającego łabędzia. Znalazłam też tablicę na temat jeży.
Ostatecznie z Chłopskiej ponownie weszłam na ulicę Rzepichy, by obejrzeć krańcowy jej odcinek. Natknęłam się też na tabliczkę z nazwą dzielnicy. Kolejną ulicą, którą odwiedziłam, była ulica Leszka Białego. Ostatnia na tę wycieczkę, z czego bardzo się cieszyłam, bo zanosiło się na deszcz. Zmobilizowałam się jeszcze, by odcinek dzielący mnie od domu pokonać pieszo, choć tramwajem byłoby zdecydowanie szybciej, ale jakoś czułam, że wykrzesam z siebie tę siłę. I rzeczywiście, wędrując w sumie cztery i pół godziny, mijając jeszcze graffiti Lechii naprzeciw centrum handlowego Kamyk Zielony, ale ledwie wygrywając wyścig z ulewnym deszczem, wróciłam do domu, gdzie miałam kilka dni na regenerację.







Przechodząc na drugą stronę Chłopskiej, natrafiłam na hasło na murze „Zamień koronę dziś na garść ambicji”. Nie zauważyłam go, zwiedzając Przymorze Wielkie, a jednocześnie miałam przeczucie, że napis był starszy niż epidemia koronawirusa, więc owa „korona” musiała zostać użyta w bardziej standardowym znaczeniu. Choć to nowe też dawało pole do interpretacji.
Ciąg dalszy nastąpi 😉

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów: z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Przymorzu Małym.
